![]() |
Jestem - myśli jeden z drugim - profesorem antropologii
porównawczej na Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie, zwyczajnym skromnym
naukowcem. Komu zależy na tym, żeby mnie porywać, albo ukatrupić? Jeszcze
inni (tych zresztą jak "mrówków") olewają tubylców. Wydaje im się, że dopiero
przedwczoraj zeszli oni z drzewa.
Wszyscy pakują się w szambo równo dlatego, że
popełnili podstawowe błędy: uwierzyli w istnienie rzeczy niemożliwych,
nie docenili siebie i zlekceważyli przeciwnika.
Macherzy z wywiadu i Departamentu Stanu dobrze
wiedzą, że kiedy amerykański dyplomata lub urzędnik wyjeżdża na dłużej
do obcego kraju, musi wiedzieć o nim przede wszystkim to, czy normalni
ludzie liżą tam Amerykanom odwrotne strony medalu, czy raczej wybijają
im szyby w oknach. Dopiero później powinien się zorientować czy to spokojny
kraj, czy raczej niekoniecznie. I jak działa tam prawo oraz policja.
I na ogół jest tak - jeśli rząd kocha Jankesów,
to naród na nich pluje. A jeśli pluje, to znaczy, najczęściej, że władza
trzyma go za twarz. Tak jest przeważnie w Ameryce Łacińskiej, gdzie każdy
Yankqui jest od razu "gringo" i taka jest między siekierą a nim różnica,
że pierwszą trzeba ostrzyć, a drugiego tępić. W krajach arabskich uważa
się dość powszechnie, że za każdym Smithem stoi zaraz pięciu Żydów, a Żydzi
wiadomo opłacają Izrael, Izrael z kolei...
Tak można przelecieć przez cały globus i okaże
się, że w każdym miejscu świata ktoś coś ma do chłopców spod gwiaździstego
sztandaru.
Nawet na kursach dla żon dyplomatów takiej "geografii"
uczą przede wszystkim.
Faceci, natomiast, powinni naumieć się konkretów.
Na początek, czy są tak jakieś organizacje terrorystyczne, ile i jak liczne?
To ma znaczenie, można powiedzieć, taktyczno-polityczne. Większość takich
komand ma lekko czerwone zabarwienie, więc gości z USA traktuje jak kapitalistów.
Wiadomo- na odstrzał.
Poza tym również większość tych wszystkich "Armii
Wyzwoleńczych" i "Frontów Ludowych", to najwyżej dwudziestopięcio-, pięćdziesięcioosobowe
grupki. Nie zamachnie się więc toto na szychę. Jest najczęściej tak pilnowana,
że musieliby rzucić się na niego wszyscy.
Mała grupka nie zrobi też niczego dużego, bo nie
starcza im do tego ludzi. Będzie więc nękać rzadko i z doskoku zawsze tych,
których najłatwiej upolować, czyli bezbronne płotki bez znaczenia. A to
wiceprezes miejscowego oddziału "Bank of America" lub przedstawiciel "Forda",
a to właśnie naukowiec.
Trzeba się rozeznać także w taktyce działania
tych "rewolucjonistów". Jeśli komando jest nieliczne, to przede wszystkim
będzie zabijać. Bo najłatwiej. Po akcji spadną z miejsca zdarzenia, trochę
przycichną i za jakiś czas wylezą znowu. Raczej nie porywają, bo to skomplikowana
operacja i łatwo o wpadkę. Trzeba chować ofiarę w różnych miejscach, wozić
się z nią z miejsca na miejsce, ukrywać się, a jednocześnie szukać rozgłosu.
Poza tym to kosztuje, a jeśli nie handluje się narkotykami to skąd brać
szmal?
Ale też małe grupki łatwo rozpracować i od czasu
do czasu ktoś w końcu idzie do pudła. Wtedy koledzy muszą wziąć zakładnika,
żeby zmusić władze do wypuszczenia ofiary.
Z drugiej jednak strony, jeśli w jakimś kraju
hula kilka plutonów ledwie młodocianych zbawicieli świata, to znaczy, że
miejscowa bezpieka jest do d... Długotrwała bezkarność może skurczybyków
rozzuchwalić.
Czerwone Brygady we Włoszdch liczyły 50-70 ludzi,
goniła ich cała policja, karabinierzy i wywiad, a w 1981 roku porwały amerykańskiego
generała z dowództwa NATO Jamesa Doziera. A po tym występie działali jeszcze
siedem lat.