![]() |
I nagle szok. Z ambasady w Sajgonie w
1975 roku spieprzali chwytając się kół helikopterów. Niedługo później brodate
dzikusy w Iranie, też w ich własnej ambasadzie, zatrzasnęli im drzwi przed
nosem i przystawili lufy do głów. Supergrupa "Delta", która miała ich uwolnić,
rozsypała się na pustyni w czasie burzy. Dopiero po roku targów zostali
wykupieni przez facetów z Waszyngtonu i właściwie do dziś śmierdzi koło
tej sprawy.
Dalej był Bejrut - kilkadziesiąt osób
złapanych nie wiadomo kiedy i jak, ładnych parę lat gniło w jakiś dziurach
jako zakładnicy. Paru wyprawiono na tamten świat. A dupki w Waszyngtonie
odstawiały jakiś dyplomatyczny cyrk i żadnemu jakoś nie przyszło do głowy,
że ludzie po to także płacą podatki, żeby było za co szkolić siły specjalne.
Ale w Białym Domu i w okolicach też liczą
te podatki. I wyszło im, że jeden strzał z karabinu kosztuje około 50 dolarów,
a przecież nie tylko o naboje tu chodzi. Bardzo dużo kosztuje też ochrona
wszystkich amerykańskich polityków i dyplomatów na świecie. Koszty takiej
ochrony, która dawałaby chociaż 80% szans uratowania przed zamachem, czy
porwaniem, łatwo przekroczyłaby budżet całego rządu.
Faceci w ciemnych okularach i z miniaturowymi
słuchawkami w uszach, to tylko pozoracja, ale i oni muszą znać swój fach
i swoją cenę. Właściwa ochrona jest niewidoczna, a jest to cała armia.
Kiedy prezydent jedzie z Białego Domu do Departamentu Stanu, holuje go
kilkaset osób. Każdy dom, okno w tym domu, każdy krzaczek, czy drzewo,
każdy samochód na tej trasie musi być nieustannie obserwowany. Obiektywy,
noktowizory, kamery, celowniki optyczne, łącza komputerowe i oczywiście
bro (i to jaka broń) cały czas są w pogotowiu.
Można w każdej chwili przesłać pytanie
do centralnego komputera Tajnej Służby o każdy podejrzany samochód i po
sekundzie mieć odpowiedź. Podobnie z pyskiem podejrzanego gościa w tłumie.
Zrobione ukradkiem zdjęcie wędruje po łączach i zaraz z archiwum wracają
dane. Przynajmniej czy notowany.
A i tak trzeba zostawić ten margines,
że coś się przeoczy, albo że trafi się na profesjonalistę lub szaleńca.
Ale też tu chodzi o prezydenta - jedną
osobę, a wysokich urzędników pracujących dla Ameryki na jej terenie i za
granicą jest prawie pół miliona sztuk.
Ich USA nie jest w stanie tak chronić.
Raz, że to w sumie płotki, a dwa - za ciężki szmal.
Ale jest też i druga strona medalu. Od
dwudziestu lat prawie na całym świecie organizacje terrorystyczne pączkują
jak pleśń pod wpływem światła. Te, które działają w imię interesów arabskich,
latynoamerykańskich, czy azjatyckich, mocno zawzięły się na Jankesów. Szybko
okazało się, że nie są to typy ze stali i nie potrzeba przeciw nim zaraz
ciężkich czołgów. Wystarczy trochę ołowiu.
Ponad stu Amerykanów zginęło w tych rejonach
świata od kul zamachowców. Drugie tyle zostało porwanych, a około sześćdziesięciu
nadal przebywa w niewoli.
Różni spece od antyterroryzmu stwierdzili,
że w większości wypadków zamachowcy mieli dokładnie rozpracowane swoje
ofiary, a te z kolei dawały się podejść w wyjątkowo głupi sposób.
Na przykład w 1985 roku zastrzelono w
Hondurasie amerykańskiego doradcę wojskowego - oficera kawalerii powietrznej.
Zamachowcy zaskoczyli go przy piwie w klubie dla Amerykanów. Teoretycznie
zamachowcy nie powinny tam w ogóle wejść.
Departament Stanu (takie ich ministerstwo
spraw zagranicznych), CIA i Secret Service (Tajna Służba zajmująca się
ochroną ważniaków z rządu) postanowiły więc, że nie ma innego wyjścia,
jak opracować coś w rodzaju antyterrorystycznej samoobrony.
Jest to dość gruba księga, którą należy
wkuć prawie na pamięć przed każdym dłuższym wyjazdem do niebezpiecznego
kraju.
Niektóre zawarte w niej porady są bardzo
ciekawe. Będziemy je omawiać w następnych odcinkach.
|
W kolejnych częściach m.in.
- jak uniknąć porwania, - jak uniknąć zamachu, - jak stwierdzić, że jest się obserwowanym, - jak obserwować otoczeniu wokół domu, - jak wykrywać obserwację pojazdową, - jak zachowywać się będąc porwanym lub będąc zakładnikiem oraz wiele innych porad. |