Huntington miał rację |
Zamach
terrorystyczny na budynek World Trade
Center i Pentagon skłania nas do ponownego przemyślenia tego, co Samuel
Huntington zawarł w swojej pracy pt Zderzenie cywilizacji. Wydaje
się bowiem, że niedoceniono realności wizji amerykańskiego politologa,
oskarżając go o dramatyzowanie i zbytnie upraszczanie sytuacji międzynarodowej.


Po raz pierwszy w historii atak terrorystyczny dotknął nie tylko zwykłych obywateli, ale poważnie uderzył w struktury państwowe i międzynarodowe, zakłócając pracę administracji USA i wzniecając panikę zarówno wśród zwykłych ludzi, polityków, jak i ekonomistów. Terroryści udowodnili, że choć dysponujący relatywnie niezbyt znacznymi środkami tak finansowymi, jak militarnymi, są w stanie nie tylko zastraszyć ludność cywilną, ale także bardzo skutecznie zdezorganizować aparat państwowy (choćby tylko na jakiś czas) a wręcz zniszczyć jego część (vide atak na Pentagon). Tym samym terroryzm przestał być dla zagrożonego nim kraju jedynie uciążliwym problemem. On stał się realnym zagrożeniem dla bytu państwowego.

Długotrwała
i prowadzona przez tajne służby cicha wojna przeciw terrorystom spektakularną
nie jest. Naloty i to ciężkie, muszą więc nastąpić, kwestia tylko w tym,
gdzie i kiedy Amerykanie uderzą. Afganistan wydaje się miejscem do tego
najlepszym. Z Talibami nikt nie prowadzi żadnych interesów (może poza bossami
narkotykowymi), nieprzychylnie spoglądają na nich muzułmańscy sąsiedzi
(poza Pakistanem, ale ten nad sympatię do Talibów przedłoży dobre stosunki
z USA i strach przed gniewem Waszyngtonu) wreszcie atak taki byłby względnie
łatwy z wojskowego punktu widzenia (brak obrony p-lot, cele powierzchniowe
- łatwe do zaatakowania i zniszczenia). Dlatego można spodziewać się w
najbliższej przyszłości nalotów właśnie na Afganistan.
Świat został również zszokowany reakcją Palestyńczyków na wieść o zamachu.
Sympatia dla narodu palestyńskiego znacznie osłabnie i można przypuszczać,
że Izrael dostanie od światowej opinii publicznej i przywódców Zachodu
swego rodzaju wolną rękę w działaniach przeciw Autonomii Palestyńskiej.
Czy skorzysta z tej okazji? Jak zareagują na ewentualne zdecydowane działania
premiera Szarona kraje arabskie? Czy pozycja Arafata osłabi się czy wzmocni
w tej sytuacji? Tu także wiele jest pytań, choć o odpowiedż znacznie trudniej.
Możliwy jest praktycznie każdy scenariusz, łącznie z nową wojną w dłuższej
perspektywie.
Niezwykle istotne
będą skutki długofalowe. Może się bowiem okazać, że data 11 września 2001
roku okaże się początkiem nowej ery w stosunkach międzynarodowych. Ery
religijnej nienawiści i fanatycznego terroryzmu, przewidzianej przez Samuela
Huntingtona. Ery, w której dominującym wyznacznikiem będzie religia, tak
jak w czasach zimnej wojny była nim ideologia.

Islamski terroryzm udowodnił, że może zachwiać nawet supermocarstwem, ale
zaczął być przez to traktowany śmiertelnie poważnie. Już nikt nigdy go
nie zlekceważy, ani nie będzie traktował jako lokalne zjawisko. Ze ścigającego
zacznie być ściganym. Będzie zwierzyną, a łowcą będą zjednoczone zachodnie
demokracje. Paryż może wreszcie zrozumie, że ambicjonalne niesnaski i fochy
z USA, schodzą w dzisiejszym świecie na dalszy plan i nie mogą być wyznacznikiem
francuskiej polityki. Europejska tożsamość obronna to chwytliwe, ładnie
brzmiące hasło, ale żeby powstrzymać tak świetnie zorganizowany, zdecydowany
na wszystko terroryzm, Europa musi ściśle z Ameryką współpracować. Być
może 11 września europejscy politycy zrozumieli to, bo w dwa dni później
Rada Ambasadorów NATO wydała oświadczenie o potraktowaniu ataku na USA
jako ataku na wszystkich członków NATO, w myśl słynnego artykułu 5 Paktu
Północnoatlantyckiego. Czyżbyśmy byli świadkami narodzin antyislamskiego
bloku euroatlantyckiego? Jest to konkluzja dziś zbyt przedwczesna, ale
jeśli kiedykolwiek taki blok powstanie, to właśnie atak na WTC i Pentagon
będzie uważany za pierwszy sygnał o konieczności jego utworzenia.

Co to wszystko oznacza dla Polski? Przede wszystkim po raz pierwszy w historii
nie jesteśmy na pierwszej linii frontu. Oczywiście wojna z terroryzmem
to wojna, na której ciężko określić jakiekolwiek fronty, ale rzeczą jasną
jest, że Polsce atak terrorystyczny grozi o wiele mniej niż np USA czy
Francji. Z jednej więc strony powinniśmy wreszcie wyrwać się ze schematów
myślenia w kategoriach ściśle geopolitycznych, tzn. przestać w końcu rozpatrywać
naszą politykę zagraniczną jedynie w aspekcie sąsiedztwa z Niemcami i Rosją.
Musimy po prostu zacząć postrzegać sprawy w kontekście globalnym, i nie
zżymać się, jeśli np Waszyngton, Berlin i Moskwa będą w doskonałych stosunkach
politycznych.
Z drugiej strony
musimy wreszcie zauważyć, że należymy do w miarę spokojnej strefy Morza
Bałtyckiego, wraz z krajami skandynawskimi, republikami bałtyckimi i zachodnią
Rosją, więc powinniśmy zacieśniać stosunki w obrębie tego regionu, a więc
także z Rosją. Taki region jak nasz mógłby stać na uboczu w ewentualnym
konflikcie między owym frontem antyislamskim a przymierzem muzułmańsko-konfucjańskim,
mógłby też w nim mediować. Nie proponuję tu absolutnie zerwania z USA i
opuszczenia naszego sojusznika w trudnej chwili. Wskazuję jedynie na dwie
możliwe drogi którymi podążać może nasza polityka zagraniczna: drogę neutralności
i drogę podporządkowania koalicji Wschodu (Rosji) i Zachodu. Obie wymagają
zupełnego przewartościowania tradycyjnych założeń polskiejpolityki zagranicznej.
