|

Entuzjastyczne raporty dostarczone przez Zielone Berety spowodowały, że siły lądowe zaczęły też domagać się tej broni. Tymczasem prace nad karabinem XXI-go wieku SPIW postępowały tak dobrze, że McNamara wydał polecenie zaprzestania produkcji karabinu M-14. W tym samym czasie do Zielonych Beretów do Wietnamu zaczęły dołączać się kolejno: Piechota Morska, Siły Powietrzne, Marynarka Wojenna i wreszcie Siły Lądowe. Amerykański kontyngent w Wietnamie rósł jak ciasto w piekarniku.
Wojna w Wietnamie to była wojna pełna zasadzek, pogoni, a wymiana ognia
była krótkotrwała i na małej odległości, cele pokazywały się na ułamek
sekundy i zaraz znikały w dżungli. Potrzebna była broń o możliwości szybkiego
oddania celnej serii strzałów na krótkim i średnim dystansie, stabilna
w ogniu seryjnym, lekka i poręczna. Wojska nie potrzebowały broni zdolnej
do rażenia na kilometrowe odległości jak M-14, który do tego kopał jak
smok, a serie słał panu Bogu w okno. Amerykańscy żołnierze zaczęli domagać
się broni (o zgrozo) na miarę AK,
o którego zabójczej skuteczności przekonali się na własnej skórze.
I właśnie wtedy wszystko się posypało. SPIW, który w warunkach laboratoryjnych działał rewelacyjnie, w polu pierwsze co robił to... zacinał się. A produkcja M-14 jak pamiętamy stanęła. Wojska w polu domagały się coraz natarczywiej i nieprzebierając w słowach nowego karbinu. Tymczasem nie dość, że Departament Obrony USA nie miał takiego karabinu, to okazało się, że w ogóle brakuje karabinów. Braki wystąpiły w takich ilościach, że rozważano nawet zakup FN-FAL'ów w Kanadzie lub Belgii. Ostatecznie przeważyła jednak duma narodowa i zdecydowano się na jak to określono: "tymczasowy zakup" 100.000 sztuk karabinu AR-15 i wysłanie go do będących w potrzebie żołnierzy amerykańskich. Zakup 100.000 sztuk karabinu na nabój pośredni wywołał burzę wśród sojuszników USA, którzy to zaczeli domagać się wyjaśnień, dlaczegóż to Amerykanie wprowadzają teraz do uzbrojenia karabin na niestandardową amunicję NATO skoro wcześniej tak ją krytykowali i wmusili wszystkim nabój 7.62x51. Amerykanie, jak to oni, zaczęli coś bełkotać, głuypawo się uśmiechać i ogólnie robili dobrą minę do złej gry. Efektem było gwałtowne odgrzebywanie przez sojuszników NATO-wskich zarzuconych (z powodu nacisków USA) projektów nad karabinami na amunicję pośrednią.
Tymczasem dowódca wojsk amerykańskich w Wietnamie gen. Westmoreland publicznie na oczach milionów amerykanów oświadczył, że nie zakupienie do tej pory karabinu AR-15 było jawnym sabotażem. W tej sytuacji Kongres zmusił armię do zakupu tego karabinu i już pod oficjalnym oznaczeniem M-16 wysłano ją zdenerwowanemu generałowi.
Dla walczących żołnierzy
nowy karabin był jak manna z nieba. Lekki, poręczny, umożliwiający oddawanie
bez bólu (dosłownie) celnych serii w ogniu seryjnym oraz zabieranie dwukrotnie
więcej amunicjii niż przy M-14 (a i tak mimo tego wychodziło, że niosło
się parę kilogramów mniej ) wydawał się bronią wręcz idealną. Jednak dość
szybko żołnierze zaczeli wracać do starych M-14 (niektórzy w rozpaczy zaczęli
posługiwać się po prostu zdobycznymi AK).
Powodem było masowe zacinanie się M-16 po krótkim okresie użytkowania i
to tak, że ni cholery nie szło tego diabelstwa odblokować. Przyczyną takiego
stanu rzeczy było zastosowanie zamiast prochu dwuskładnikowego nowej generacji,
prochu IMR, który w mniejszym stopniu pochłaniał wilgoć (co w warunkach
walki w tropiku było wielkim plusem), ale za to wydzielał znacznie więcej
stałych produktów stałego spalania czyli nagaru. A, że broń reklamowano
jako samoczyszczącą się, więc nikt jej nie czyścił, no i karabin potrafił
się zakleić do tego stopnia, że nawet po zwrocie do fabryki nie potrafiono
go odblokować. We wspomnianym AK
jeśli już do tego by doszło i zamek w wyniku zanieczyszczeń nie dokmknął
by się, wystarczyło by uderzyć w rączkę zamkową dopychając tym samym zamek.
Niestety w M-16 rączka zamkowa spoczywa nieruchomo w czasie strzelania
i kontaktowała się z zamkiem jedynie w czasie jego odciągania. Zaopatrzono
zatem M-16 w urządzenie zwane ręcznym dosyłaczem zamka i tak wyposażony
karabin opatrzono oznaczeniem M16A1. W warunkach walki w dżungli ujawniły
się kolejne wady i zalety nowej wersji M-16.
Okazało się, że jedną z nich była, o ironio, jego stabilność w ogniu maszynowym
oraz niewielka masa pocisku naboju 5.56x45 NATO, który z jednej strony
powodował, że broń w ogniu maszynowym była stabilna i nawet słabi fizycznie
strzelcy byli w stanie utrzymać lufę na linii celowania, z drugiej jednak
strony lekki pocisk ulegał odchyleniu na każdej gałązce. Połączenie tych
dwóch cech dawało niesamowity rezultat: Amerykanie (oficjalnie) aby zabić
jednego Wietnamczyka zużywali od 200000 do 300000 szt amunicji. W efekcie
kolejna modyfikacja M-16 oznaczona jako M16A2 może strzelać jedynie ogniem
pojedynczym oraz seriami trzystrzałowymi. W M-16A2 ujednolicono też obie
nakładki na lufę, po czym najłatwiej rozpoznaje się tę wersję M-16.
I w taki oto sposób
AR-15 z karabinu "prowizorki", który miał jedynie "na chwilę" zastąpić
karabin M-14 stał się przepisową bronią wszystkich rodzajów wojsk USA i
nie widać na horyzoncie broni, która miała by go zastąpić. Na zakończenie
mogę powiedzieć, że karabin M-16 nadal pozostaje bronią bardzo dobrą i
niezawodną, ale jedynie pod warunkiem bardzo troskliwej pielęgnacji na
którą w warunkach bojowych po prostu niekiedy nie ma czasu.
