Chińczycy wynaleźli
papier, proch, Chiński Mur i kung-fu. To ostatnie paskudztwo wymyślili
mnisi z klasztoru Shaolin, którzy zamiast klepać pacierze, zaczęli się
okładać po ryjach. Rodzi się z miejsca pytanie, jak oni na to wpadli, skoro
wcześniej całymi dniami modlili się tylko ściany, żłopiąc od czasu do czasu
herbatę pod michę ryżu. Ano z przekazów wynika, że wszystkie swoje techniki
walki zaczerpnęli oni z obserwacji zachowania zwierząt i zjawisk przyrody.
Nie przeczę, że obserwacja dzikiej świni
sunącej leśną polaną, czy lotu trzmiela po zachodzie słońca może być bardzo
pouczająca, ale historia uczy, że Chińczycy zawsze dostawali wpieprz od
innych plemion i narodów, a po upadku powstania bokserów w 1900 roku sami
zanegowali wartość wszystkich swoich sztuk wojennych
Walory bojowe i przydatność kung-fu jako
realnego systemu walki wręcz są mniej więcej takie same, jak hathajogi,
której mistrzowie w postawie lotosu wiją się w konwulsjach, mamrocząc pod
nosem tajemnicze mantry.
Widziałem kiedyś na satelicie taką reklamę,
w której seksowna blondynka z audycji dla gospodyń domowych mówi w pewnym
momencie: "Uprawiam kung-fu w każdy sobotni wieczór", po czym oferuje klientom
płatki owsiane. Dla mnie była to kwintesencja tego, czym kung-fu jest i
być powinno - rodzajem ćwiczeń zdrowotnych i gimnastyki oddechowej dla
znudzonych gospodyń domowych.
Dlatego z rozbawieniem przeczytałem kiedyś
w specjalistycznym kwartalniku "Kung-fu" tekścik pt. "Pokonać przeciwnika".
W 30 punktach opisano tu strategię walki ulicznej na bazie kung-fu. Uwielbiam
takie głodne kawałki.
Tak więc na początku dowiadujemy się,
że każda walka uliczna jest walką na serio, toteż adept kung-fu musi przystąpić
do niej z pełną determinacją i poświęceniem. Powinien zachować spokojny
umysł, każdy jego ruch musi być celowy, zaś oddech w pełni kontrolowany.
Jego powodzenie w walce będzie zależało od trafnej oceny sytuacji, trafnego
wyboru chwili i środków ataku oraz szybkości.
Prawda, jakie to mądre i uczone? Od samego
czytania człowiekowi włos się jeży na głowie. Sęk tylko w tym, że można
do tej wyliczanki dopisać jeszcze ze sto punktów na tę samą nutę, a cały
ten metodologiczny salceson zyska tylko na objętości. Bo sensu w tym wszystkim
tyle, co kot napłakał.
Żeby było śmieszniej - autor tych teoretycznych
wypocin sam kładzie głowę pod topór, bo w 23 punkcie stoi jak byk: "Unikamy
przystępowania do walki z określonym planem". A czym do diabła, są te wszystkie
trafne oceny i wybory ujęte w poprzednich dwudziestu dwóch punktach, jeśli
nie planem? Zgaduję, że autorowi chodziło po prostu o to, że przed walką
uliczną adept kung-fu nie musi pisać konspektu z jej przebiegu. Jeśli tak,
to jest to rzeczywiście pewne ułatwienie.
W 30 punkcie udaje mu się wreszcie wykrztusić
pierwsze sensowne zdanie: "Brońcie się skutecznie, gdyż nie może dojść
do sytuacji, że chuligan pobije praktyka dalekowschodniej sztuki walki!".
Hłe, hłe, hłe! Łatwo powiedzieć, trudniej wcielić w życie. Każdy, kto liznął
trochę walki ulicznej, rozpozna bez trudu, że ta trzydziestopunktowa strategia,
to okrutne brednie, które mogły wyjść spod pióra tylko wyjątkowego cieniasa.
Na ulicy nie ma żadnych zasad i strategii.
Byle chuligan potrafi spuścić łomot każdemu mistrzowi sztuki walki, bo
on to po prostu lubi robić i jest mu właściwie obojętne kogo i za co bije.
Znam osobiście paru takich przyjemniaczków i idę o każdy zakład, że po
lekturze artykuliku "Pokonać przeciwnika" umarliby ze śmiechu, bo chłopcy
są mocno rozrywkowi.
Na nieszczęście polskich adeptów kung-fu
porządni chuligani nie czytują ich pisma.