Tsunami jest
to jedna z tych odmian karate, które sprawiają, że normalnemu człowiekowi
mózg się lasuje. Podobno ten unikalny system fizycznego i psychicznego
doskonalenia się stworzony został w Vi wieku przez niejakiego Darumę, lekko
stukniętego mnicha buddyjskiego, który przez dziewięć lat siedział o chlebie
i wodzie w jaskini, aż w końcu doznał oświecenia i wrócił między ludzi.
Tyle tylko, że wkrótce potem zmarł. Osobiście wolę
bajeczkę o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, ale jak ktoś woli
chińskie bajeczki, to proszę bardzo - niech sobie bredzi, co mu ślina na
język przyniesie. Jakoś trudno mi uwierzyć, że te uprawiane w kilkudziesięciu
polskich klubach tsunami - podrygi konającej ostrygi - mają tak długą tradycję,
a najpoważniejszym argumentem przeciwko przypisywaniu Darumie zasługi stworzenia
karate jest wielosetletnia cisza po jego śmierci. O wyczynach
i walkach innych mistrzów sztuki pieści z Shaolin opowiadano przez setki
lat, przy czym cześć z tych opowieści pochodzi z dobrze udokumentowanych
źródeł, a w przypadku Darumy - cisza jak makiem zasiał. No, ale to oczywiście
są wióry. Ja wierzę w krasnoludki, wyznawcy tsunami w Darumę, więc w tym
miejscu możemy sobie dać buzi. Gorzej, że im dalej w las, tym więcej pojawia
się znaków zapytania. W materiałach
reklamowych, tsunami reklamowane jest jako wyjątkowe połączenie karate-do
z filozofią zen, czyli ćwiczeń fizycznych z psychicznymi. To samo można
powiedzieć o wszystkich tradycyjnych stylach japońskiego karate, toteż
wyznawcy tsunami, uprzedzając poniekąd zarzut, że ponownie odkrywają Amerykę,
twierdzą, że ich uniwersalny system zawiera w sobie wszystkie style walki
wręcz. Jest to więc
styl wszystkich stylów, czyli cos pośredniego między salcesonem a kaszanką.
Poszczególne składniki tego arcydzieła sztuki kulinarnej można mieszać
w dowolnych ilościach i proporcjach, ale obowiązkowo trzeba przyprawić
całość szczyptą filozofii zen. W praktyce wygląda
to tak, że stopnie mistrzowskie zdobywa się tu za rozprawki teoretyczne
na dowolny temat i znajomość dziecinnie prostych kata. Czarny pas w tsunami
to tyle, co biały pas w karate czy taekwon-do. Ale żeby było śmieszniej
- ewentualna konfrontacja nie jest tu możliwa, ponieważ tsunami odrzuca
wszelką rywalizację sportową. Karate nastawione na wyczyn sportowy - zdaniem
wyznawców tsunami - powoduje "frustracje i kompleksy oraz rozwija agresywność". Jest akurat
przeciwnie, ponieważ sporty walki służą m.in. kanalizowaniu tej naturalnej
dla każdego faceta z jajami agresywności, pozwalają wyładować ją na ringu
lub sali sportowej. Ale nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, jeśli powiem,
że faceci z jajami nie ćwiczą tsunami. Niestety, jak
ktoś już stał się wyznawcą tsunami, za nic w świecie nie pojmie absurdu
swego hobby. Taki brak zdolności rozumienia tego co właściwie się robi,
cechuje na przykład maniaków religijnych, którym - jeśli nie są niebezpieczni
dla otoczenia - powinno się dać święty spokój. Myślę, że wyznawcy tsunami
nieprzypadkowo zarzucają reprezentantom innych stylów - cytuję - "szowinizm
i fanatyzm". Wiadomo co ich boli! Zapytają być
może wyznawcy tsunami "co panu przeszkadzamy?". Rzeczywiście nic, ale z
dobrego serca próbuję tu pomóc ślepcom w odzyskaniu wzroku. I nic ponadto.