Załatwiono
to urzędowo - właściciel (dawne gorzowskie) nie tylko kilka razy kiwnął
aprobująco głową, ale nawet wystawił "świcha" - ogromne jezioro, głębokie
na ponad 30 metrów, było przez 5 godzin lipcowego słonecznego popołudnia
w wyłącznym posiadaniu naszej grupy. Chodziło o tę głębokość. To dr Bryl,
instruktor szkolenia specjalnego, wymyślił ostre ćwiczenia na dnie, na
takiej głębokości. Zupełna szajba. Rozmyślałem cynicznie, kogo z trzech
załogantów łodzi trzeba będzie po tej mokrej zabawie reanimować (mnie najbardziej
odpowiadało, aby to był sam Bryl), kiedy zobaczyłem jak Sierściuch z brezentowej
torby wyciąga kuszę-cudo. "Magnum-42" - taka armata, że jakby słoniowi
strzelić w zadek, to by mu uszy urwało. Popatrzyłem na bossa-Bryla i wiedziałem
już, że dzisiaj żadnych ćwiczeń na głębokości nie będzie - Brylowi aż oczy
wyszły na wierzch z fascynacji, kiedy Sierściuch za burtą pogrążał się
w wodzie z cudowną zabawką. Ja miałem to gdzieś - nie należę do facetów
grzejących z karabinu maszynowego do komarów. Pomyślałem, że jeden odpowiednio
ugotowany ziemniak (w "mundurku"!) wywlókłby wszystkie karpie z jeziora
na brzeg. Błagałyby, aby je zgarnąć! Sierściuch, już z wody, poprosił Bryla
o głębokościomierz, a Bryl rzucił się po aparat z taką skwapliwością, że
ja, trzeci na tej łodzi, złapałem się za burty, by nas nie wywróciło i
wtedy... huknęło jak z armaty. To uczepiony burty Sierściuch musiał zawadzić
o spust. Podmuch rzucił Bryla na dno łodzi i wtedy zobaczyłem, że nasz
instruktor dostał prosto w... dupala. Półmetrowy harpun sterczał mu, wbity
w "odwrotną stronę medalu", jak mały maszt. Zatkało mnie. Odetkało mnie,
kiedy zobaczyłem, że Sierściuch z szybkością wodolotu, oddala się od łodzi
w kierunku brzegu. To wtedy zaczął bić rekord świata na jakieś 300 metrów.
Nagle Bryl otrząsnął się jak pies po wyskoczeniu z wody i zaczął wyrywać
sobie harpun. Nie dał rady, więc podskoczyłem i pomogłem mu, zapierając
się o burty, jak przy ściąganiu oficerskich butów. Grot uwiązł na głębokości
kilku centymetrów. Wlazłby dwa razy głębiej, gdyby nie gruby neopren -
pianka, z której uszyty był kombinezon nurka. Kiedy wyrwałem wreszcie grot,
bluznęła krew. Bryl miał jej pełne nogawki. Pomyślałem o lekarzu. Bryl
jednak pomyślał o... grabarzu, bo przeładował kuszę i dorwał się do wioseł.
Sierściuch, prując jak dwa wodoloty, miał już połowę dystansu za sobą.
Teraz łódź dostała skrzydeł. Wszystko odbyło się bez słowa (Bryl nawet
nie jęknął - komandosi nie są gadatliwi), ale nie miałem złudzeń: finał
mógł być tylko jeden - Sierściuch dostanie w to samo miejsce, tak samo
głęboko... Krzysiek pobił rekord świata, ale kiedy czołgał się na brzeg,
na karku miał już Andrzeja z wycelowaną kuszą. Po kilku metrach Sierściuch
stwierdził, że jest bez szans - zatrzymał się, ściągnął neoprenowe spodnie
na kolana, zaświecił golizną i wysapał: "Trudno, wal". Bryl zaniemówił,
a później zaczął się głośno śmiać. Przyjaciel zupełnie go rozbroił...
Płetwonurek
"SUPERKOMANDOS"
NR 3/92 |
|