SURVIVAL



Zobacz też inne przygody Wolfa:

Historie z Atlasu (Saharyjskiego) - Epizod XXVII
Brama Piekieł - Epizod XLIII


 
    Poniższy epizod będzie na pewno bardziej zrozumiały dla tych, którzy kiedykolwiek wspinali się i używają specyficznego "narzecza łojantów" (dla tych co nie zrozumieli informacja: łojant = wspinacz skałkowy, ale nie tylko). Ale proszę się nie martwić i nie odkładać lektury! Ten epizod przygód Wolfa wzbogaciłem na końcu o "słowniczek trudniejszych wyrazów" który, mam nadzieję, ułatwi zrozumienie tej opowiastki. Dla wytrwałych także zakończenie tej przygody: Epizod XXIV.
Palivec

   (...) To co wyglądało nawet przez lornetkę na niewinne wzniesienie, po dotarciu w pobliże okazywało się całkiem niezła górką do przejścia. Wyżłobienia ("rynny") chyba od płynącej tu przed tysiącami lat wody, które chciałem wykorzystać do podejścia w górę, okazywały się korytarzami nie do przejścia ze względu na zalegające tam olbrzymie głazy, które stoczyły się z wyższych miejsc. 
   Machnąłem ręką i zacząłem pokonywać zbocze wzgórza drapiąc się na ukos. Szło mi to calkiem nieźle, a to ze względu na to, że w plecaku miałem zaledwie 1,5 litra wody, trochę szturm-żarcia w postaci liofilizowanego jedzenia i czekoladowych batoników, folię NRC, lornetkę i mapę. Obowiązkowo zestaw  ratunkowy i zestaw medyczny z pozycją numer 1: pompką odsysającą jad po ukąszeniu przez węża lub skorpiona. Przy pasie miałem drugie 1,5 litra wody w manierce i nóż. Nóż trzeba mieć zawsze przy sobie, zwłaszcza jeśli może służyć, jak sama nazwa wskazuje, nie tylko do rzucania w drzewo. Nóż może służyć do krojenia, dłubania, wypalania (np. kleszcza w skórze - to naprawdę bardzo dobra metoda, nieraz ją na sobie musiałem wykonywać), wbijania (ale nie w drzewo, tylko uchwytem np. gwoździa w drzewo), klinowania, cięcia, piłowania, straszenia i patroszenia. Powinien służyć także jako ostrze harpuna albo włóczni, no i w skrajnej sytuacji - do zabijania np. węża, czy czegokolwiek do konsumpcji. Każdy kto nurkował nie raz, ten wie że mowy nie ma, aby pod wodę zejść bez noża. To samo ze skokami spadochronowymi. W obu tych ekstremalnych sportach, nóż to numer jeden w zestawie ratunkowym. Tak samo jest na wyprawie trekkingowej.
   Później taki zdrowy nawyk owocuje tym, że nóż jest zawsze pod ręką w czasie wędrówki, a rozstać się z nim bardzo trudno. Staje się nieodłącznym towarzyszem w wędrówce. Znam takich, którzy wędrując samotnie przez wiele tygodni, albo nawet miesięcy zaczynają rozmawiać ze swoim "kozikiem".    Zaczynają zwierzać mu się ze swoich problemów i pytają o radę. Chyba wszystko to po to, aby nie zwariować z samotności i nie zapomnieć tego, że mają narząd mowy.
   Dotarłem wreszcie pod podnóże "mojej" Góry. Czas było wziąć się z nią za bary.

   Góra składała się z dwóch elementów. Pierwszym, dolnym elementem tej góry były osuwiska skalne złożone z odłamów skalnych, które odpadły od właściwej części góry. Osuwiska te miały pochylenie około 45 stopni i sięgały mniej więcej 2/3 całej wysokości góry. Drugi element składał się ze "skały właściwej", której ściany miały nachylenie od 45 stopni do pionu i miały strukturę klifów. Była to część góry bardzo rozbudowana w swojej formie, poprzetykana różnymi skalnymi tworami.
   Czekało mnie podejście solo, a właściwie na żywca, bo przecież byłem bez jakiegokolwiek potrzebnego w tym przypadku sprzętu. Widziałem po lewej małą bambułę, która mogła być niezłym początkiem trasy, ale powyżej już z daleka zarejestrowałem rzęchy, więc dałem sobie z tym spokój. Strome zbocze powinienem trawersować zygzakiem, a dopiero potem powyżej rzęchów powinienem skręcić w lewo. Innej możliwości na razie nie znalazłem i nie zastanawiając się dłużej ruszyłem naprzód. Planowałem, że po dotarciu do tej części góry  nad rzęchami pod skalnym klifem, powinienem pójść zachodem, aby dotrzeć do pipanta, co go widziałem już u dołu. Na razie moje łojenie to było tępe bularstwo i dyszałem ciężko już po pół godzinie takiej drogi. Niemniej jednak wszystko szło gładko i zakładałem, że do wspomnianego pipanta powinienem dotrzeć za godzinę. Potem czekała mnie wyższa szkoła jazdy, bo naprawdę niezła ekspozycja na sam szczyt. Samą Górę oceniałem na 600-700 metrów wysokości. Teoretycznie powinienem zejść, o ile dotrę do piku, przed zmierzchem. Moje buty o szerokich noskach i budowie nie gwarantującej sukcesu we wspinaczce nie gwarantowały mi też zdobycia Góry. Ale kto nie próbuje, ten nie wie, czy miałby szanse czegoś dokonać. Wyruszyłem kiedy słońce nieźle świeciło, dlatego też i nieźle się zgrzałem, ale dzięki temu miałem więcej czasu do zmierzchu i zspinaczki. 
   Plecaczek już mi się zaczął wpijać w ramiona z tego wysiłku w drodze do góry. Ta droga to nadal by dla mnie pikuś i humor mnie nie opuszczał. Podczas drogi mruczałem różne głupawe piosenki, także te z mojego wczorajszego repertuaru.  Co raz sobie przypominałem różne przypadki, jak to podczas wspinaczki ktoś zrobił niezły odlot i zdrowo przyglebił. Na szczęście zawsze była asekuracja, tak więc łojant podnosił się po chwili jak gdyby nigdy nic i wspinał się dalej, po uprzedniej "poważnej" rozmowie z asekurantem, który dopuścił do przyglebienia. A scena ta na długo jeszcze była tematem dowcipów.
   Minęła godzina.
   Nadal jestem w drodze do pipanta. Żeby było jaśniej, to nie dotarłem jeszcze na wysokość rzęchów, a co gorsza musiałem odbić w prawo.
    Minęło pół godziny.
    Powinienem dotrzeć do pipanta, bez skręcania w lewo.
    Minęło jeszcze pół godziny...
    Dotarłem do pipanta.
    Uff. Wreszcie jestem. Ale to połowa sukcesu. Jest już siedemnasta i do zmierzchu mam mniej więcej dwie albo trzy godziny. Czas znaleźć łatwą drogę na szczyt, tak aby nawet w przypadku jego nie zdobycia, w świetle dnia znaleźć drogę do zspinaczki. Zacząłem się przygotowywać psychicznie na to, że będę spał gdzieś u podnóża Drugiego Elementu Góry
    Mam drogę na szczyt. Moje podejście to kompletna cieciowizna, ale nie chciałem się cofać, a właściwie schodzić już teraz w dół skoro poświęciłem tyle wysiłku na wejście tak wysoko.
    Po godzinie znalazłem drogę, która po trawersie zaprowadziła mnie do rynny biegnącej już na sam szczyt. Tak na dobrą sprawę rynna ta mogła mnie podprowadzić do tego miejsca od Drugiego Elementu Góry, ale gdybym to ja ją wcześniej widział...
    Następna godzina uświadomiła mi, że jestem bez szans na dotarcie na szczyt. Buły mi siadły, buty uniemożliwiały podejście, miałem za mało czasu do zmierzchu. Za często zacząłem sobie robić przystanki na odpoczynek. A poza tym zostałem wręcz uwięziony na skalnej półce. Ani iść w górę, ani w dół. Zmrok zapadł znacznie szybciej niż myślałem, szybciej niż w polskich górach. Po prostu - siup i słońca nie ma. Wchodzę po wschodnim klifie, więc już od kilku godzin słońce tu nie zaglądało. Nie widzę dobrze drogi, a paru wampirków już dostrzegłem wcześniej, więc wolałem nie ryzykować schodząc, czy też wchodząc w zupełnych ciemnościach. Psycha mi nie siadła, ale nie chciałem odpalić od ściany i sturlać się jak kłoda drzewa kilkaset metrów w dół. Na dobre zasiekanie już nie miałem raczej szans.
    Póki jeszcze coś widziałem, starałem się poprawić swoją sytuację na półce. Okazało się, że muszę się zagnieździć na noc na przestrzeni półtora metra na metr. Po usunięciu tych kamieni, które dały się zrzucić w dół, miałem całkiem wygodną niszę tylko dla siebie. Raczej nie spodziewałem się tego, że zawita tu do mnie jakiś wąż, żmija, skorpion albo coś równie niebezpiecznego. Gorzej, że nie byłem w ogóle osłonięty od wiatru, a ten po zapadnięciu zmroku i w chwili, kiedy zacząłem "stygnąć" po wysiłku fizycznym był coraz bardziej dokuczliwy. Rozwinąłem folię NRC i szczelnie się nią zawinąłem, tak aby zatrzymać ciepło ciała. Zjadłem czekoladowego batona, który od gorąca za dnia roztopił się pod foliowym opakowaniem. Wylizałem papierek i brudne paluchy. Parę razy je wcześniej darłem, więc skóra zeszła mi w kilku miejscach - tym samym dokonałem higienicznego zabiegu dezynfekcji. 
    Na następny dzień miałem tylko ćwierć litra wody. Ale nie przejmowałem się tym. Na dole kilka godzin drogi stąd mam w swoim "obozie" kanister z wodą. Bardziej przejmowałem się coraz bardziej dotkliwszym wiatrem i faktem, że podczas snu mogę się stoczyć na dół z mojego kibla i się zdrowo połamać. 
    Albo skręcić kark.


Słowniczek trudniejszych wyrazów:
Asekurant - Partner łojanta (vide), którego powinien zabezpieczać m.in. przed odlotem (vide). Czasami jednak asekurant okazuje się być słabym w asekuracji i partner może przyglebić (vide).
Bambuła - Skała o zaokrąglonych kształtach, czasem może przypominać z kształtu,   ale nie z wielkości(!) piaskową babkę.
Buły - Mięśnie łojanta (vide).
Cieciowizna - Słowo mające wiele znaczeń, ale zawsze ujemnych. W tym epizodzie znaczy to tyle co „działanie jak początkujący łojant” (vide).
Drzeć łapy - Chwila, kiedy to zapomina się, że natura wyposażyła człowieka także w kończyny dolne.
Ekspozycja - Przepaścista droga na pik (vide).
Kibel - miejsce biwaku poza głównym obozem lub schroniskiem.
Łojant - wspinacz; łojenie – wspinanie się.
Muły - Mięśnie łojanta (vide: Buły). Muły mogą siąść, co znaczy, że straciły swoją moc.
Na żywca - wejście na pik (vide) bez asekuracji.
Odlot - moment, kiedy łojant (vide) odpada od ściany [bo mu np. siadły muły (vide)].
Pik - szczyt, cel łojenia (vide: Łojant).
Pikuś problem - lekceważące określenie na zaistniały problem, mniej więcej jest to odpowiednik słów Małego Rycerza "nic to".
Pipant - formacja skalna o dużym kształcie, ale będąca częścią góry.
Przyglebić - ze względu na przyciąganie ziemskie przedmioty, w tym łojanci (vide) mogą czasem wejść w bliski kontakt z glebą.
Psycha siadła - Znaczy to dokładnie tyle co "stchórzyć". Psycha może też rosnąć.
Rynna - Pozostałość po miejscu, gdzie spływała drzewiej woda.
Rzęch - Rozpadający się fragment skalny. Bardzo niebezpieczny - może być pełen wampirków! (vide)
Solo - Samotne wejście na pik (vide) z asekuracją. Jeśli solo bez asekuracji, wtedy jest to wejście na żywca (vide).
Sprzęt - Spotyka się też często słowo „szpej”. Jest to określenie na całość ekwipunku alpinistycznego.
Tępe bularstwo - Droga na pik (vide), gdzie nie trzeba wykazywać się specjalnymi umiejętnościami albo sprzętem, tylko trzeba mieć dobre muły (vide).
Wampirek - Element skały, który w przypadku, kiedy łojant (vide) powierzy mu część swojego ciężaru może odpaść. W tym przypadku może się zdarzyć, że łojanta czeka odlot (vide)
Zspinaczka - Absolutne przeciwieństwo do wspinaczki. Bardzo rzadkie określenie, którego twórcą jest Andrzej Wilczkowski - alpinista.
Zasiekać - Pokonać drogę na pik (vide) w pięknym stylu.

EPIZOD XXIV

 


 
    Fakt, że jestem tak wysoko zagnieżdżony w skalnej ścianie powodował, że miałem problemy z zaśnięciem. Strach, że mogę w czasie snu wylądować ładnych kilkanaście metrów albo więcej na dole w przeciągu krótkiej chwili powodował, że co zmrużyłem oczy, tak szybko je otwierałem.
    Zimno stawało się coraz bardziej dokuczliwe i raczej nie pomagało w zaśnięciu.
    Głowę dodatkowo obwiązałem arabską chustą shemagh, którą miałem w kieszeni, bo ta moja stara czapka Afrika Korps nie zapewniała mi utrzymania ciepła głowy. 
   Folia NRC zatrzymywała większą część ciepła jakie wytwarzałem. Zakryłem się przede wszystkim od pleców, aby zimno skały nie wychładzało mojego ciała. Siedziałem więc oparty o skałę, zawinięty w miarę szczelnie w targaną wiatrem, szeleszcząca srebrną folię. Folia NRC to bardzo sprytny wynalazek. Jest to bardzo lekka folia, która służy za koc. W krytycznej sytuacji może albo odbijać promienie słoneczne nie dopuszczając do przegrzania organizmu albo zachowywać ciepło ciała przez redukcję wydalania poza folię potu z ciał, który uwalnia jednocześnie ciepło. 
   Siedziałem parę godzin zawinięty w ten srebrny koc, a mimo to trząsłem się z powodu wywiewanego przez szpary w nogach ciepła. Minęła północ, a do świtu jeszcze pięć godzin. Nogi mi ścierpły od siedzenia w przykurczonej pozycji, tyłek rozbolał od ostrych krawędzi na których siedziałem, paluchy zdrętwiały. Co jakiś czas zmieniałem pozycję przysiadając na nogach, to leżąc na boku w pozycji "płodu", ale za nic w świecie nie mogłem zasnąć na dłużej niż kwadrans. Przez rozgwieżdżone niebo przelatywały delikatne chmurki. Na niebie  było widać tak drobne gwiazdy, jakie chyba można zobaczyć z daleka od miast i zanieszczyszczonego powietrza.
   O pierwszej zacząłem szczękać porządnie zębami. Już kilka godzin wcześniej zdjąłem bawełnianą koszulkę mokrą od potu. Wilgotna bawełna nie na darmo nazywana jest przez podróżników "cotton killer" - bawełniany zabójca. Miałem więc teraz na sobie jedynie podkoszulek i pustynną bluzę z długimi rękawami. Teraz zacząłem się chyba naprawdę szybko wyziębiać, a to za sprawą wiatru, który z północno-wschodniego zaczął wiać wprost w moją twarz od wschodu. Instynkt człowieka nakazuje być mu biernym na zaistniałe zdarzenia. Mami go, że jakoś wszystko dobrze się ułoży. Rozum zaś podpowiada, że nie wolno czekać na zrządzenie losu - trzeba zacząć działać.
   Ale co ja tu mogłem robić? Musiałem czekać na świt, bo bez dostatecznej ilości światła, większej niż dostarczyć mogła moja mała latarka, nie mogłem się ruszyć z tej półki. Trzeba pamiętać o tym, że znacznie łatwiej jest dokonać dokładnej oceny sytuacji w świetle dnia niż w nocy. Zacząłem poprawiać swoją sytuację  nie ruszając się zbytnio na półce. Mój mały plecak zaczął mi służyć jako poduszka na której usiadłem. Dłonie miałem wciśnięte w kieszenie spodni, a by je rozgrzać własnym ciałem. Na głowie oprócz czapki i chusty oraz gogli na oczach miałem już także foliową torbę, w której wcześniej trzymałem jedzenie. Trzeba pamiętać, że przez głowę ucieka nawet do 60% ciepła ciała. Kiedy wyziębimy mózg, a o to naprawdę nietrudno, mogą się dziać z nami dziwne rzeczy. 
   Utrzymanie właściwej temperatury ciała to podstawowa zasada przetrwania. Właśnie w okolicach mózgu znajduje się splot komórek nerwowych, które odpowiadają za właściwe sterowanie ciepłem wewnątrz ciała, tak aby ciało zachowało stałą temperaturę, które nawet przy skrajnie ujemnych lub dodatnich temperaturach oscyluje wokół temperatury 37°C. Dopiero gdy wnętrze ciała osiągnie temperaturę około 29°C albo przekroczy 44°C następuje zgon. W pierwszym przypadku z wyziębienia. W drugim z przegrzania organizmu. Temperatura zewnętrznej części ciała jest niższa niż wnętrza ciała.
   Aby utrzymać właściwą temperaturę należy być właściwie ubranym, a przede wszystkim należy spożywać energetyczny pokarm, który podczas spalania go przez organizm wytwarza ciepło. Kiedy zaczyna nami trząść z zimna i szczękamy zębami jest to pierwszy sygnał, iż nasz organizm zużywa znacznie więcej ciepła, niż jest w stanie go wyprodukować. Właśnie to drżenie naszych mięśni rąk, nóg, szyi i wielu innych elementów ciała świadczy o tym, że mózg pobudza je do pracy, aby komórki mięśniowe wytworzyły więcej ciepła. W chwili kiedy wnętrze organizmu zostaje niebezpiecznie wychłodzone, drżenie mięśni nie ma już żadnego znaczenia, bo zaczyna się bardzo dla nas niebezpieczny stan. Wspomniany splot komórek nerwowych kontrolujący "gospodarkę cieplną" naszego organizmu w momencie, kiedy nastąpi niebezpieczny spadek temperatury ciała (hipotermia) zaczyna kierować ciepło z zewnętrznych części ciała do wewnątrz, gdzie są organy ważne dla podtrzymania funkcji życiowych. Ta warstwa zewnętrzna to przede wszystkim skóra, tkanka tłuszczowa, kończyny i pokrywające ciało mięśnie. Wewnętrzna część to mózg, klatka piersiowa i jama brzuszna. Po pewnym czasie, kiedy z zewnętrznej części ciała zostanie pobrana taka ilość ciepła, której organizm nie jest w stanie uzupełnić, zaczynają nam sztywnieć palce u nóg i rąk, później nogi i ręce. Postępujący dalszy spadek temperatury doprowadza do tego, że splot komórek nerwowych zaczyna czerpać ciepło z wnętrza czaszki, najcieplejszego miejsca organizmu. To bardzo krytyczna chwila! M.in. dlatego jest tak ważne, aby nie dopuszczać do przedwczesnego wychłodzenia mózgu. A dlaczego? Bo wychłodzony mózg, ze względu na to, że dostaje mniej tlenu i cukru (paliwa dla komórek) zaczyna wydawać nam irracjonalne sygnały. Może nam się wydawać, że jest nam bardzo gorąco, chociaż jest mróz i zdejmiemy ubranie (bo przecież nie możemy się przegrzać, prawda? - oczywiście to złudzenie). Przestajemy myśleć, nie reagujemy na bodźce zewnętrzne, ogarnia nas apatia i zobojętnienie. Umieramy powoli bez świadomości, że opuszczamy ten świat. Jeśli jest ktoś niecierpliwy i ciekawy to wyjaśnię, że jedynym ratunkiem wtedy jest zewnętrzne źródło ciepła. Momentalnie przywraca nas to do życia. Wiem to z własnego doświadczenia. Ale nawet wybitni "fachmani" będący autorami podręczników przetrwania podają, że wystarczy zmienić mokrą odzież na ciepłą i suchą, a ofiarę hipotermii umieścić w śpiworze. Błąd! Mimo, że ofiara znajdzie się w suchym i ciepłym śpiworze, to będzie nadal tracić ciepło, a w końcu straci przytomność. Jedyny ratunek to jak napisałem wcześniej: zewnętrzne źródło ciepła w postaci ogniska, gorący napój albo ciepło drugiej osoby. Najlepsza metoda to właśnie położenie poszkodowanego w śpiworze razem z drugą osobą, która ma normalną temperaturę ciała.
   Gadam o tym dlatego, że nie spotkałem w żadnym podręczniku przetrwania wyjaśnienia mechanizmu hipotermii. Wszystkie opracowania skupiają się na tym, czym jest, skąd się bierze hipotermia ("z wychłodzenia") i jak się w takim przypadku uratować (czy też kogoś dotkniętego hipotermią). Ale jak mówiłem wcześniej - nie zawsze prawidłowo. Na szczęście pierwszej pomocy przedmedycznej nie musiałem się uczyć z książek. 
   Na szczęście mnie było daleko do tego stanu. Ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że do hipotermii naprawdę nie trzeba wiele. Sam kiedyś w trakcie wiosennego szkolenia byłem w stanie hipotermii wraz z kilkoma kursantami. Na szczęście w porę udało nam się wrócić do bazy. Przemoczone ubrania, niska temperatura w nocy, wyczerpane organizmy doprowadziły nas do takiego stanu. Niekoniecznie hipotermia może więc zaskoczyć nas zimą. 
   Zaczynały mi jednak sztywnieć mięśnie, co mnie zaczynało niepokoić. Pochłonąłem już wszystko co mogłem zjeść i wypić, byle by bez większej szkody przetrwać noc. Hipotermia, tak zakładałem, mi raczej nie groziła, ale bałem się powikłań, które uniemożliwiłyby mi dalszą kontynuację wyprawy. 

   Była trzecia nad ranem. Do świtu około dwóch godzin, ale słońce zanim porządnie zacznie grzać minie jeszcze godzina. Obliczałem, że dotrę do swojego zamaskowanego obozu mniej więcej po trzech godzinach. Woda mi już się skończyła, a uzupełnić ją mogłem dopiero tą ze schowanego kanistra. Liczyłem się z tym, że schodzenie wcale nie będzie gładko przebiegało właśnie ze względu na moje zmęczenie, brak pełnego snu w nocy i niedoboru wody w organizmie.
"Ścierpłem" okrutnie. A czas dłużył się okrutnie. Co przysnę, to zaraz się obudzę. Rzut oka na zegarek... spałem 12 minut. Znów przysnąłem. 
   Obudziłem się po 5 minutach. I tak do świtu.
   W końcu po półtorej godzinie gwiazdy wyraźnie zbladły, a wschód zaczął różowieć. Wreszcie! Czerwona kula wychyliła się powoli znad szczytów wzgórz. Pierwsze czerwone promienie słońca zaczęły zalewać kolejne kamieniste i jałowe zbocza wzgórz. Początkowe czarne jak smoła kontury skał zaczęły przybierać swój naturalny brązowo-piaskowy odcień.
   Mogłem ruszać!

   Spakowałem folię, chustę i gogle do plecaka, który zaraz założyłem.  Schodzenie jest tak samo trudne jak wchodzenie. Na stromej ścianie czy stoku, schodzi się przecież twarzą do ściany. Nie widzi się więc dobrze tego co poniżej. Niemniej jednak uporałem się z klifem szybciej niż myślałem. Kiedy dotarłem do jego podstawy mogłem się odwrócić i szybko schodzić w dół, co chwilę zeskakując z jakiegoś głazu albo skarpy. Byle szybciej do wody i żarcia!
   Po półtorej godzinie Górę miałem już za sobą. Do obozu zostało tylko około trzech kilometrów.
   Dotarłem bez przeszkód.
   Kiedy zdjąłem buty i skarpety już w moim "półosobowym" namiocie, bo jedna osoba mieściła się w tym igloo z ledwością, to nie spodziewałem się, że te bąble, których obecność czułem już od wczoraj okażą się największymi pęcherzami jakie widziała Afryka Północna. Oto efekt chodzenia po nierównym gruncie. Nawet dobre wychodzenie butów nic nie pomogło. Pęcherze miałem na wewnętrznych i zewnętrznych krawędziach stóp. Ponieważ od ładnych kilku lat nie chodziłem w obuwiu sportowym używając je tylko okazyjnie podczas biegania, czy jazdy na rowerze, a do chodzenia na co dzień używałem ciężkich butów spadochronowych, stopę miałem twardą jak tarka. Tyle, że nie w tych miejscach na których miałem teraz pęcherze. Jeden z nich był dłuższy od palca wskazującego, a grubością mu nie ustępował. Pozostałe też nie gorsze. Stopę wyjąłem, ale teraz spróbowałem wsadzić z powrotem. Ha! Nie da rady! Pęcherze są za duże. No cóż, gdybym z takimi pęcherzami był w domu i w najbliższym czasie nie miałbym w planach żadnego chodzenia w terenie to po prostu bym je przeciął, wypuściłbym płyn spod skóry, a samą skórę na pęcherzu bym zlikwidował okładając ją opatrunkami. To jedna metoda, "bamboszowa", bo później to tylko w bamboszach można chodzić. Mogłem teraz też przekłuć pęcherz i zalepić go opatrunkiem. Po kilku dniach pod skórą tworzy się druga, ale trochę słabsza. Teoretycznie można wtedy wyciąć tą starą, która najczęściej jest już zeschnięta. Ale to nie jest dobre rozwiązanie dla trekkera. Może się bowiem zdarzyć, że będziemy znów pokonywali podobną trasę, a nowa skóra w miejscu pęcherza jeszcze nie stwardnieje i będziemy mieli nowego w tym samym miejscu. Wtedy jakikolwiek marsz jest prawie niemożliwy. But ociera wewnętrzną częścią o żywe mięso. 
   Najlepszą metodą jest odciągnięcie płynu za pomocą strzykawki i wstrzyknięcie na jego miejsce trochę mniejszej ilości płynu fizjologicznego. Płyn ten zapobiega ocieraniu skóry nad pęcherzem z "żywym mięsem". Należy tylko dokładnie opatrzyć pęcherz tak, aby nie dopuścić do wycieku płynu fizjologicznego i stworzyć dodatkową warstwę ochronną. 
   Znam jeszcze kilka innych patentów, także takich które w pewnych okolicznościach mogą zapobiec powstaniu pęcherzy. Są to patenty m.in. od dowódcy wielu misji pokojowych na świecie, który szkolił mnie swojego czasu, no ale ja nie o pęcherzach i żywym mięsie miałem gadać, tylko o mojej wyprawie...
Opowieści Wolfa wysłuchał i spisał: Palivec

Copyright (C) by WOLF
Wszelkie prawa zastrzeżone
Gdańsk 1996


http://www.greendevils.pl/