Poniższy
epizod będzie na pewno bardziej zrozumiały dla tych, którzy kiedykolwiek
wspinali się i używają specyficznego "narzecza łojantów" (dla tych co nie
zrozumieli informacja: łojant = wspinacz skałkowy, ale nie tylko). Ale
proszę się nie martwić i nie odkładać lektury! Ten epizod przygód Wolfa
wzbogaciłem na końcu o "słowniczek trudniejszych wyrazów" który, mam nadzieję,
ułatwi zrozumienie tej opowiastki. Dla wytrwałych także zakończenie tej
przygody: Epizod XXIV.
Palivec
(...) To co wyglądało
nawet przez lornetkę na niewinne wzniesienie, po dotarciu w pobliże okazywało
się całkiem niezła górką do przejścia. Wyżłobienia ("rynny") chyba od płynącej
tu przed tysiącami lat wody, które chciałem wykorzystać do podejścia w
górę, okazywały się korytarzami nie do przejścia ze względu na zalegające
tam olbrzymie głazy, które stoczyły się z wyższych miejsc.
Machnąłem ręką
i zacząłem pokonywać zbocze wzgórza drapiąc się na ukos. Szło mi to calkiem
nieźle, a to ze względu na to, że w plecaku miałem zaledwie 1,5 litra wody,
trochę szturm-żarcia w postaci liofilizowanego jedzenia i czekoladowych
batoników, folię NRC, lornetkę i mapę. Obowiązkowo zestaw ratunkowy
i zestaw medyczny z pozycją numer 1: pompką odsysającą jad po ukąszeniu
przez węża lub skorpiona. Przy pasie miałem drugie 1,5 litra wody w manierce
i nóż. Nóż trzeba mieć zawsze przy sobie, zwłaszcza jeśli może służyć,
jak sama nazwa wskazuje, nie tylko do rzucania w drzewo. Nóż może służyć
do krojenia, dłubania, wypalania (np. kleszcza w skórze - to naprawdę bardzo
dobra metoda, nieraz ją na sobie musiałem wykonywać), wbijania (ale nie
w drzewo, tylko uchwytem np. gwoździa w drzewo), klinowania, cięcia, piłowania,
straszenia i patroszenia. Powinien służyć także jako ostrze harpuna albo
włóczni, no i w skrajnej sytuacji - do zabijania np. węża, czy czegokolwiek
do konsumpcji. Każdy kto nurkował nie raz, ten wie że mowy nie ma, aby
pod wodę zejść bez noża. To samo ze skokami spadochronowymi. W obu tych
ekstremalnych sportach, nóż to numer jeden w zestawie ratunkowym. Tak samo
jest na wyprawie trekkingowej.
Później taki
zdrowy nawyk owocuje tym, że nóż jest zawsze pod ręką w czasie wędrówki,
a rozstać się z nim bardzo trudno. Staje się nieodłącznym towarzyszem w
wędrówce. Znam takich, którzy wędrując samotnie przez wiele tygodni, albo
nawet miesięcy zaczynają rozmawiać ze swoim "kozikiem".
Zaczynają zwierzać mu się ze swoich problemów i pytają o radę. Chyba wszystko
to po to, aby nie zwariować z samotności i nie zapomnieć tego, że mają
narząd mowy.
Dotarłem wreszcie
pod podnóże "mojej" Góry. Czas było wziąć się z nią za bary.
Góra składała
się z dwóch elementów. Pierwszym, dolnym elementem tej góry były osuwiska
skalne złożone z odłamów skalnych, które odpadły od właściwej części góry.
Osuwiska te miały pochylenie około 45 stopni i sięgały mniej więcej 2/3
całej wysokości góry. Drugi element składał się ze "skały właściwej", której
ściany miały nachylenie od 45 stopni do pionu i miały strukturę klifów.
Była to część góry bardzo rozbudowana w swojej formie, poprzetykana różnymi
skalnymi tworami.
Czekało mnie podejście solo, a właściwie na żywca, bo przecież byłem bez
jakiegokolwiek potrzebnego w tym przypadku sprzętu. Widziałem po lewej
małą bambułę, która mogła być niezłym początkiem trasy, ale powyżej już
z daleka zarejestrowałem rzęchy, więc dałem sobie z tym spokój. Strome
zbocze powinienem trawersować zygzakiem, a dopiero potem powyżej rzęchów
powinienem skręcić w lewo. Innej możliwości na razie nie znalazłem i nie
zastanawiając się dłużej ruszyłem naprzód. Planowałem, że po dotarciu do
tej części góry nad rzęchami pod skalnym klifem, powinienem pójść
zachodem, aby dotrzeć do pipanta, co go widziałem już u dołu. Na razie
moje łojenie to było tępe bularstwo i dyszałem ciężko już po pół godzinie
takiej drogi. Niemniej jednak wszystko szło gładko i zakładałem, że do
wspomnianego pipanta powinienem dotrzeć za godzinę. Potem czekała mnie
wyższa szkoła jazdy, bo naprawdę niezła ekspozycja na sam szczyt. Samą
Górę oceniałem na 600-700 metrów wysokości. Teoretycznie powinienem zejść,
o ile dotrę do piku, przed zmierzchem. Moje buty o szerokich noskach i
budowie nie gwarantującej sukcesu we wspinaczce nie gwarantowały mi też
zdobycia Góry. Ale kto nie próbuje, ten nie wie, czy miałby szanse czegoś
dokonać. Wyruszyłem kiedy słońce nieźle świeciło, dlatego też i nieźle
się zgrzałem, ale dzięki temu miałem więcej czasu do zmierzchu i zspinaczki.
Plecaczek już
mi się zaczął wpijać w ramiona z tego wysiłku w drodze do góry. Ta droga
to nadal by dla mnie pikuś i humor mnie nie opuszczał. Podczas drogi mruczałem
różne głupawe piosenki, także te z mojego wczorajszego repertuaru.
Co raz sobie przypominałem różne przypadki, jak to podczas wspinaczki ktoś
zrobił niezły odlot i zdrowo przyglebił. Na szczęście zawsze była asekuracja,
tak więc łojant podnosił się po chwili jak gdyby nigdy nic i wspinał się
dalej, po uprzedniej "poważnej" rozmowie z asekurantem, który dopuścił
do przyglebienia. A scena ta na długo jeszcze była tematem dowcipów.
Minęła godzina.
Nadal jestem
w drodze do pipanta. Żeby było jaśniej, to nie dotarłem jeszcze na wysokość
rzęchów, a co gorsza musiałem odbić w prawo.
Minęło
pół godziny.
Powinienem
dotrzeć do pipanta, bez skręcania w lewo.
Minęło
jeszcze pół godziny...
Dotarłem
do pipanta.
Uff. Wreszcie
jestem. Ale to połowa sukcesu. Jest już siedemnasta i do zmierzchu mam
mniej więcej dwie albo trzy godziny. Czas znaleźć łatwą drogę na szczyt,
tak aby nawet w przypadku jego nie zdobycia, w świetle dnia znaleźć drogę
do zspinaczki. Zacząłem się przygotowywać psychicznie na to, że będę spał
gdzieś u podnóża Drugiego Elementu Góry
Mam drogę
na szczyt. Moje podejście to kompletna cieciowizna, ale nie chciałem się
cofać, a właściwie schodzić już teraz w dół skoro poświęciłem tyle wysiłku
na wejście tak wysoko.
Po godzinie
znalazłem drogę, która po trawersie zaprowadziła mnie do rynny biegnącej
już na sam szczyt. Tak na dobrą sprawę rynna ta mogła mnie podprowadzić
do tego miejsca od Drugiego Elementu Góry, ale gdybym to ja ją wcześniej
widział...
Następna
godzina uświadomiła mi, że jestem bez szans na dotarcie na szczyt. Buły
mi siadły, buty uniemożliwiały podejście, miałem za mało czasu do zmierzchu.
Za często zacząłem sobie robić przystanki na odpoczynek. A poza tym zostałem
wręcz uwięziony na skalnej półce. Ani iść w górę, ani w dół. Zmrok zapadł
znacznie szybciej niż myślałem, szybciej niż w polskich górach. Po prostu
- siup i słońca nie ma. Wchodzę po wschodnim klifie, więc już od kilku
godzin słońce tu nie zaglądało. Nie widzę dobrze drogi, a paru wampirków
już dostrzegłem wcześniej, więc wolałem nie ryzykować schodząc, czy też
wchodząc w zupełnych ciemnościach. Psycha mi nie siadła, ale nie chciałem
odpalić od ściany i sturlać się jak kłoda drzewa kilkaset metrów w dół.
Na dobre zasiekanie już nie miałem raczej szans.
Póki jeszcze
coś widziałem, starałem się poprawić swoją sytuację na półce. Okazało się,
że muszę się zagnieździć na noc na przestrzeni półtora metra na metr. Po
usunięciu tych kamieni, które dały się zrzucić w dół, miałem całkiem wygodną
niszę tylko dla siebie. Raczej nie spodziewałem się tego, że zawita tu
do mnie jakiś wąż, żmija, skorpion albo coś równie niebezpiecznego. Gorzej,
że nie byłem w ogóle osłonięty od wiatru, a ten po zapadnięciu zmroku i
w chwili, kiedy zacząłem "stygnąć" po wysiłku fizycznym był coraz bardziej
dokuczliwy. Rozwinąłem folię NRC i szczelnie się nią zawinąłem, tak aby
zatrzymać ciepło ciała. Zjadłem czekoladowego batona, który od gorąca za
dnia roztopił się pod foliowym opakowaniem. Wylizałem papierek i brudne
paluchy. Parę razy je wcześniej darłem, więc skóra zeszła mi w kilku miejscach
- tym samym dokonałem higienicznego zabiegu dezynfekcji.
Na następny
dzień miałem tylko ćwierć litra wody. Ale nie przejmowałem się tym. Na
dole kilka godzin drogi stąd mam w swoim "obozie" kanister z wodą. Bardziej
przejmowałem się coraz bardziej dotkliwszym wiatrem i faktem, że podczas
snu mogę się stoczyć na dół z mojego kibla i się zdrowo połamać.
Albo skręcić
kark.
Słowniczek
trudniejszych wyrazów:
Asekurant
- Partner łojanta (vide), którego powinien zabezpieczać m.in. przed
odlotem
(vide). Czasami jednak asekurant okazuje się być słabym w asekuracji i
partner może przyglebić (vide).
Bambuła - Skała o
zaokrąglonych kształtach, czasem może przypominać z kształtu,
ale nie z wielkości(!) piaskową babkę.
Buły - Mięśnie łojanta
(vide).
Cieciowizna - Słowo
mające wiele znaczeń, ale zawsze ujemnych. W tym epizodzie znaczy to tyle
co działanie jak początkujący łojant (vide).
Drzeć łapy - Chwila,
kiedy to zapomina się, że natura wyposażyła człowieka także w kończyny
dolne.
Ekspozycja - Przepaścista
droga na pik (vide).
Kibel - miejsce biwaku
poza głównym obozem lub schroniskiem.
Łojant - wspinacz;
łojenie
wspinanie się.
Muły - Mięśnie łojanta
(vide: Buły). Muły mogą siąść, co znaczy, że straciły swoją moc.
Na żywca - wejście
na pik (vide) bez asekuracji.
Odlot - moment, kiedy
łojant
(vide) odpada od ściany [bo mu np. siadły muły (vide)].
Pik - szczyt, cel
łojenia (vide: Łojant).
Pikuś problem - lekceważące
określenie na zaistniały problem, mniej więcej jest to odpowiednik słów
Małego Rycerza "nic to".
Pipant - formacja
skalna o dużym kształcie, ale będąca częścią góry.
Przyglebić - ze względu
na przyciąganie ziemskie przedmioty, w tym łojanci (vide) mogą czasem
wejść w bliski kontakt z glebą.
Psycha siadła - Znaczy
to dokładnie tyle co "stchórzyć". Psycha może też rosnąć.
Rynna - Pozostałość
po miejscu, gdzie spływała drzewiej woda.
Rzęch - Rozpadający
się fragment skalny. Bardzo niebezpieczny - może być pełen wampirków!
(vide)
Solo - Samotne wejście
na pik (vide) z asekuracją. Jeśli solo bez asekuracji, wtedy jest
to wejście na żywca (vide).
Sprzęt - Spotyka się
też często słowo szpej. Jest to określenie na całość ekwipunku alpinistycznego.
Tępe bularstwo - Droga
na pik (vide), gdzie nie trzeba wykazywać się specjalnymi umiejętnościami
albo sprzętem, tylko trzeba mieć dobre muły (vide).
Wampirek - Element
skały, który w przypadku, kiedy łojant (vide) powierzy mu część
swojego ciężaru może odpaść. W tym przypadku może się zdarzyć, że łojanta
czeka odlot (vide)
Zspinaczka - Absolutne
przeciwieństwo do wspinaczki. Bardzo rzadkie określenie, którego twórcą
jest Andrzej Wilczkowski - alpinista.
Zasiekać - Pokonać
drogę na pik (vide) w pięknym stylu.
|
EPIZOD
XXIV
Fakt,
że jestem tak wysoko zagnieżdżony w skalnej ścianie powodował, że miałem
problemy z zaśnięciem. Strach, że mogę w czasie snu wylądować ładnych kilkanaście
metrów albo więcej na dole w przeciągu krótkiej chwili powodował, że co
zmrużyłem oczy, tak szybko je otwierałem.
Zimno
stawało się coraz bardziej dokuczliwe i raczej nie pomagało w zaśnięciu.
Głowę
dodatkowo obwiązałem arabską chustą shemagh, którą miałem w kieszeni,
bo ta moja stara czapka Afrika Korps nie zapewniała mi utrzymania ciepła
głowy.
Folia NRC zatrzymywała
większą część ciepła jakie wytwarzałem. Zakryłem się przede wszystkim od
pleców, aby zimno skały nie wychładzało mojego ciała. Siedziałem więc oparty
o skałę, zawinięty w miarę szczelnie w targaną wiatrem, szeleszcząca srebrną
folię. Folia NRC to bardzo sprytny wynalazek. Jest to bardzo lekka folia,
która służy za koc. W krytycznej sytuacji może albo odbijać promienie słoneczne
nie dopuszczając do przegrzania organizmu albo zachowywać ciepło ciała
przez redukcję wydalania poza folię potu z ciał, który uwalnia jednocześnie
ciepło.
Siedziałem parę
godzin zawinięty w ten srebrny koc, a mimo to trząsłem się z powodu wywiewanego
przez szpary w nogach ciepła. Minęła północ, a do świtu jeszcze pięć godzin.
Nogi mi ścierpły od siedzenia w przykurczonej pozycji, tyłek rozbolał od
ostrych krawędzi na których siedziałem, paluchy zdrętwiały. Co jakiś czas
zmieniałem pozycję przysiadając na nogach, to leżąc na boku w pozycji "płodu",
ale za nic w świecie nie mogłem zasnąć na dłużej niż kwadrans. Przez rozgwieżdżone
niebo przelatywały delikatne chmurki. Na niebie było widać tak drobne
gwiazdy, jakie chyba można zobaczyć z daleka od miast i zanieszczyszczonego
powietrza.
O pierwszej
zacząłem szczękać porządnie zębami. Już kilka godzin wcześniej zdjąłem
bawełnianą koszulkę mokrą od potu. Wilgotna bawełna nie na darmo nazywana
jest przez podróżników "cotton killer" - bawełniany zabójca. Miałem więc
teraz na sobie jedynie podkoszulek i pustynną bluzę z długimi rękawami.
Teraz zacząłem się chyba naprawdę szybko wyziębiać, a to za sprawą wiatru,
który z północno-wschodniego zaczął wiać wprost w moją twarz od wschodu.
Instynkt człowieka nakazuje być mu biernym na zaistniałe zdarzenia. Mami
go, że jakoś wszystko dobrze się ułoży. Rozum zaś podpowiada, że nie wolno
czekać na zrządzenie losu - trzeba zacząć działać.
Ale co ja tu
mogłem robić? Musiałem czekać na świt, bo bez dostatecznej ilości światła,
większej niż dostarczyć mogła moja mała latarka, nie mogłem się ruszyć
z tej półki. Trzeba pamiętać o tym, że znacznie łatwiej jest dokonać dokładnej
oceny sytuacji w świetle dnia niż w nocy. Zacząłem poprawiać swoją sytuację
nie ruszając się zbytnio na półce. Mój mały plecak zaczął mi służyć jako
poduszka na której usiadłem. Dłonie miałem wciśnięte w kieszenie spodni,
a by je rozgrzać własnym ciałem. Na głowie oprócz czapki i chusty oraz
gogli na oczach miałem już także foliową torbę, w której wcześniej trzymałem
jedzenie. Trzeba pamiętać, że przez głowę ucieka nawet do 60% ciepła ciała.
Kiedy wyziębimy mózg, a o to naprawdę nietrudno, mogą się dziać z nami
dziwne rzeczy.
Utrzymanie właściwej
temperatury ciała to podstawowa zasada przetrwania. Właśnie w okolicach
mózgu znajduje się splot komórek nerwowych, które odpowiadają za właściwe
sterowanie ciepłem wewnątrz ciała, tak aby ciało zachowało stałą temperaturę,
które nawet przy skrajnie ujemnych lub dodatnich temperaturach oscyluje
wokół temperatury 37°C. Dopiero gdy wnętrze ciała osiągnie temperaturę
około 29°C albo przekroczy 44°C następuje zgon. W pierwszym przypadku z
wyziębienia. W drugim z przegrzania organizmu. Temperatura zewnętrznej
części ciała jest niższa niż wnętrza ciała.
Aby utrzymać
właściwą temperaturę należy być właściwie ubranym, a przede wszystkim należy
spożywać energetyczny pokarm, który podczas spalania go przez organizm
wytwarza ciepło. Kiedy zaczyna nami trząść z zimna i szczękamy zębami jest
to pierwszy sygnał, iż nasz organizm zużywa znacznie więcej ciepła, niż
jest w stanie go wyprodukować. Właśnie to drżenie naszych mięśni rąk, nóg,
szyi i wielu innych elementów ciała świadczy o tym, że mózg pobudza je
do pracy, aby komórki mięśniowe wytworzyły więcej ciepła. W chwili kiedy
wnętrze organizmu zostaje niebezpiecznie wychłodzone, drżenie mięśni nie
ma już żadnego znaczenia, bo zaczyna się bardzo dla nas niebezpieczny stan.
Wspomniany splot komórek nerwowych kontrolujący "gospodarkę cieplną" naszego
organizmu w momencie, kiedy nastąpi niebezpieczny spadek temperatury ciała
(hipotermia) zaczyna kierować ciepło z zewnętrznych części ciała do wewnątrz,
gdzie są organy ważne dla podtrzymania funkcji życiowych. Ta warstwa zewnętrzna
to przede wszystkim skóra, tkanka tłuszczowa, kończyny i pokrywające ciało
mięśnie. Wewnętrzna część to mózg, klatka piersiowa i jama brzuszna. Po
pewnym czasie, kiedy z zewnętrznej części ciała zostanie pobrana taka ilość
ciepła, której organizm nie jest w stanie uzupełnić, zaczynają nam sztywnieć
palce u nóg i rąk, później nogi i ręce. Postępujący dalszy spadek temperatury
doprowadza do tego, że splot komórek nerwowych zaczyna czerpać ciepło z
wnętrza czaszki, najcieplejszego miejsca organizmu. To bardzo krytyczna
chwila! M.in. dlatego jest tak ważne, aby nie dopuszczać do przedwczesnego
wychłodzenia mózgu. A dlaczego? Bo wychłodzony mózg, ze względu na to,
że dostaje mniej tlenu i cukru (paliwa dla komórek) zaczyna wydawać nam
irracjonalne sygnały. Może nam się wydawać, że jest nam bardzo gorąco,
chociaż jest mróz i zdejmiemy ubranie (bo przecież nie możemy się przegrzać,
prawda? - oczywiście to złudzenie). Przestajemy myśleć, nie reagujemy na
bodźce zewnętrzne, ogarnia nas apatia i zobojętnienie. Umieramy powoli
bez świadomości, że opuszczamy ten świat. Jeśli jest ktoś niecierpliwy
i ciekawy to wyjaśnię, że jedynym ratunkiem wtedy jest zewnętrzne źródło
ciepła. Momentalnie przywraca nas to do życia. Wiem to z własnego doświadczenia.
Ale nawet wybitni "fachmani" będący autorami podręczników przetrwania podają,
że wystarczy zmienić mokrą odzież na ciepłą i suchą, a ofiarę hipotermii
umieścić w śpiworze. Błąd! Mimo, że ofiara znajdzie się w suchym i ciepłym
śpiworze, to będzie nadal tracić ciepło, a w końcu straci przytomność.
Jedyny ratunek to jak napisałem wcześniej: zewnętrzne źródło ciepła w postaci
ogniska, gorący napój albo ciepło drugiej osoby. Najlepsza metoda to właśnie
położenie poszkodowanego w śpiworze razem z drugą osobą, która ma normalną
temperaturę ciała.
Gadam o tym
dlatego, że nie spotkałem w żadnym podręczniku przetrwania wyjaśnienia
mechanizmu hipotermii. Wszystkie opracowania skupiają się na tym, czym
jest, skąd się bierze hipotermia ("z wychłodzenia") i jak się w takim przypadku
uratować (czy też kogoś dotkniętego hipotermią). Ale jak mówiłem wcześniej
- nie zawsze prawidłowo. Na szczęście pierwszej pomocy przedmedycznej nie
musiałem się uczyć z książek.
Na szczęście
mnie było daleko do tego stanu. Ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że
do hipotermii naprawdę nie trzeba wiele. Sam kiedyś w trakcie wiosennego
szkolenia byłem w stanie hipotermii wraz z kilkoma kursantami. Na szczęście
w porę udało nam się wrócić do bazy. Przemoczone ubrania, niska temperatura
w nocy, wyczerpane organizmy doprowadziły nas do takiego stanu. Niekoniecznie
hipotermia może więc zaskoczyć nas zimą.
Zaczynały mi
jednak sztywnieć mięśnie, co mnie zaczynało niepokoić. Pochłonąłem już
wszystko co mogłem zjeść i wypić, byle by bez większej szkody przetrwać
noc. Hipotermia, tak zakładałem, mi raczej nie groziła, ale bałem się powikłań,
które uniemożliwiłyby mi dalszą kontynuację wyprawy.
Była trzecia
nad ranem. Do świtu około dwóch godzin, ale słońce zanim porządnie zacznie
grzać minie jeszcze godzina. Obliczałem, że dotrę do swojego zamaskowanego
obozu mniej więcej po trzech godzinach. Woda mi już się skończyła, a uzupełnić
ją mogłem dopiero tą ze schowanego kanistra. Liczyłem się z tym, że schodzenie
wcale nie będzie gładko przebiegało właśnie ze względu na moje zmęczenie,
brak pełnego snu w nocy i niedoboru wody w organizmie.
"Ścierpłem" okrutnie. A czas
dłużył się okrutnie. Co przysnę, to zaraz się obudzę. Rzut oka na zegarek...
spałem 12 minut. Znów przysnąłem.
Obudziłem się
po 5 minutach. I tak do świtu.
W końcu po półtorej
godzinie gwiazdy wyraźnie zbladły, a wschód zaczął różowieć. Wreszcie!
Czerwona kula wychyliła się powoli znad szczytów wzgórz. Pierwsze czerwone
promienie słońca zaczęły zalewać kolejne kamieniste i jałowe zbocza wzgórz.
Początkowe czarne jak smoła kontury skał zaczęły przybierać swój naturalny
brązowo-piaskowy odcień.
Mogłem ruszać!
Spakowałem folię,
chustę i gogle do plecaka, który zaraz założyłem. Schodzenie jest
tak samo trudne jak wchodzenie. Na stromej ścianie czy stoku, schodzi się
przecież twarzą do ściany. Nie widzi się więc dobrze tego co poniżej. Niemniej
jednak uporałem się z klifem szybciej niż myślałem. Kiedy dotarłem do jego
podstawy mogłem się odwrócić i szybko schodzić w dół, co chwilę zeskakując
z jakiegoś głazu albo skarpy. Byle szybciej do wody i żarcia!
Po półtorej
godzinie Górę miałem już za sobą. Do obozu zostało tylko około trzech kilometrów.
Dotarłem bez
przeszkód.
Kiedy zdjąłem
buty i skarpety już w moim "półosobowym" namiocie, bo jedna osoba mieściła
się w tym igloo z ledwością, to nie spodziewałem się, że te bąble, których
obecność czułem już od wczoraj okażą się największymi pęcherzami jakie
widziała Afryka Północna. Oto efekt chodzenia po nierównym gruncie. Nawet
dobre wychodzenie butów nic nie pomogło. Pęcherze miałem na wewnętrznych
i zewnętrznych krawędziach stóp. Ponieważ od ładnych kilku lat nie chodziłem
w obuwiu sportowym używając je tylko okazyjnie podczas biegania, czy jazdy
na rowerze, a do chodzenia na co dzień używałem ciężkich butów spadochronowych,
stopę miałem twardą jak tarka. Tyle, że nie w tych miejscach na których
miałem teraz pęcherze. Jeden z nich był dłuższy od palca wskazującego,
a grubością mu nie ustępował. Pozostałe też nie gorsze. Stopę wyjąłem,
ale teraz spróbowałem wsadzić z powrotem. Ha! Nie da rady! Pęcherze są
za duże. No cóż, gdybym z takimi pęcherzami był w domu i w najbliższym
czasie nie miałbym w planach żadnego chodzenia w terenie to po prostu bym
je przeciął, wypuściłbym płyn spod skóry, a samą skórę na pęcherzu bym
zlikwidował okładając ją opatrunkami. To jedna metoda, "bamboszowa", bo
później to tylko w bamboszach można chodzić. Mogłem teraz też przekłuć
pęcherz i zalepić go opatrunkiem. Po kilku dniach pod skórą tworzy się
druga, ale trochę słabsza. Teoretycznie można wtedy wyciąć tą starą, która
najczęściej jest już zeschnięta. Ale to nie jest dobre rozwiązanie dla
trekkera. Może się bowiem zdarzyć, że będziemy znów pokonywali podobną
trasę, a nowa skóra w miejscu pęcherza jeszcze nie stwardnieje i będziemy
mieli nowego w tym samym miejscu. Wtedy jakikolwiek marsz jest prawie niemożliwy.
But ociera wewnętrzną częścią o żywe mięso.
Najlepszą metodą
jest odciągnięcie płynu za pomocą strzykawki i wstrzyknięcie na jego miejsce
trochę mniejszej ilości płynu fizjologicznego. Płyn ten zapobiega ocieraniu
skóry nad pęcherzem z "żywym mięsem". Należy tylko dokładnie opatrzyć pęcherz
tak, aby nie dopuścić do wycieku płynu fizjologicznego i stworzyć dodatkową
warstwę ochronną.
Znam jeszcze
kilka innych patentów, także takich które w pewnych okolicznościach mogą
zapobiec powstaniu pęcherzy. Są to patenty m.in. od dowódcy wielu misji
pokojowych na świecie, który szkolił mnie swojego czasu, no ale ja nie
o pęcherzach i żywym mięsie miałem gadać, tylko o mojej wyprawie...
|