SURVIVAL







Zobacz też jedną z poprzednich przygód Wolfa:
Historie z Atlasu (Saharyjskiego) - Epizod XXVII


 
     Od kilku godzin jestem w drodze na południowy wschód. Tym razem chcę dotrzeć chociaż do miejsca, które jeszcze wczoraj określiłem jako Punkt Bez Powrotu. Kiedy minąłbym to miejsce pozostałoby mi jedynie maszerowanie naprzód. Zawracanie do oazy nie miałoby już wtedy sensu. Do twierdzy byłoby już tylko czterdzieści kilka kilometrów marszu przez wydmy. Zawracając przed PBP miałem szansę na szybszy marsz do oazy przez martwy szmat ziemi z zasypanymi chottami i małymi wydmami niż przez erg, najtrudniejszy etap drogi do twierdzy. Zapas wody w tych temperaturach mógł mi wystarczyć na przetrwanie siedmiu dni w marszu z odpoczynkiem w południe i marszem w nocy. Ale wystarczyłaby burza piaskowa trwająca tylko trzy dni, a szanse przetrwania spadłyby o 50%.
    Pamiętając o własnym bezpieczeństwie zostawiłem Arabom w oazie trasę mojegomarszu. Wziąłem od nich numer telefonu do hotelu. Jeśli nie skontaktowałbym się z nimi za pięć dni, mieli dać znać Gwardii Narodowej.

    Znów w drodze. Znów te same miejsca. Zaczynam się tu czuć jak w Parku Oliwskim. Tyle tylko, że nie ma tu na czym oka zawiesić - nie ma nic. I cisza. "Cisza jak na pustyni" - jak powiedział Witia Pawlak w "Sami swoi"...

    Pierwsza noc w drodze do twierdzy. Ze względu m.in. na brak chmur, które mogłyby zatrzymać temepraturę, na Saharze panują niezwykle duże wahania temperatur między dniem i nocą. Przeżyłem to na początku wyprawy, w Atlasie. Zakopałem się w śpiworze. Mój namiocik niestety nie pozwalał mi na swobodne wyciągnięcie w nim. Musiałem spać w pozycji "płodu". Nadwyrężony kręgosłup zaczął jednak domagać się pozycji horyzyntalnej. Wystawiłem więc nogi w śpiworze poza namiot, uszczelniając szpary w namiocie tak, aby na wszelki wypadek nic mi nie wpełzło do środka. I tak odruchowo zawsze sprawdzam (nie ręką), czy coś mi nie wlazło do buta. Jedną z metod, którą stosuję na wyprawach - ale tylko wtedy, kiedy nie podróżuję sam i ktoś pełni wartę - polega na tym, że buty „nadziewam” na wbite w ziemię kije. Nic co pełza i kroczy nie zagnieździ się wtedy w środku.
   Środowy ranek powitał mnie ciszą. Nie ma wiatru! Ale nie dałem się na to nabrać. Sahara lubi być zmienna. Przyjemny spacer może się skończyć walką o przetrwanie.
    Trzeba pamiętać, że tu panowały zupełnie inne warunki i inne prawa rządziły tym miejscem. Prawa pustyni, gdzie samotny wędrowiec dla Sahary, królowej pustkowi, ma wartość ziarna piasku.
    Tu należy bardzo uważać uważać, żeby nie przegrzać organizmu i nie dopuścić do udaru cieplnego. Burza piaskowa powoduje wzrost temperatury otoczenia, a wilgotność powietrza może spaść do kilku procent. Wtedy w ciągu godziny można stracić jedną czwartą wilgoci ciała tylko przez wydalanie potu. Utrata tylko 2,5 % wody w organizmie powoduje spadek sił aż o 1/4 (!) - taki spadek ilości wody  powodują zaledwie cztery godziny bez uzupełniania płynów, a 10%-owa utrata wody z organizmu może już doprowadzić do zgonu.
    Naelektryzowane powietrze powoduje, że kompasy głupieją. Może też spowodować bóle głowy i mdłości. Kiedy kompas ulegnie rozregulowaniu, błąd rzędu kilku stopni może spowodować, że można się z minąć z celem nawet o kilkanaście kilometrów przy odległości np. takiej jaką ja chciałem pokonać. 
Mając dobre przygotowanie, wystarczający zapas wody i jedzenia, można pokonać dziennie nawet do 30 kilometrów. Ale w przypadku niesprzyjającej pogody na pustyni dystans ten zmniejsza się o połowę. Można podróżować nocą, co zmniejsza zużycie wody i jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, o ile jest wystarczająca widoczność. Bezwzględna staje się znajomość astronawigacji. Pokonywanie wydm zakosami wymaga stałej kontroli kompasu, aby nie zejść z wyznaczonej marszruty. 
    Konieczna staje się umiejętność dbania o własne bezpieczeństwo. Sygnalizacja za pomocą znaków na ziemi dla przelatujących samolotów, sygnalizacja za pomocą panela sygnalizacyjnego VS-17 jaki miałem w plecaku (plastykowa płachta o dwóch różnych kolorach stron: fioletowym i pomarańczowym), nawet sygnalizacja ułatwiająca pilotowi śmigłowca "posadzenie" go na ziemi, alfabet Morse’a, umiejętność posługiwania się heliografem. Tego wszystkiego nauczyłem się wcześniej.
    Umiejętność udzielania pierwszej pomocy to kolejny podstawowy element bez której nie można myśleć o podjęciu jakiejkolwiek podróży nawet o niewielkim stopniu ryzyka. 
    Właściwy ubiór zapobiegnie przegrzaniu lub zamarznięciu w nocy na pustyni. Właściwa ochrona stóp może być kwestią życia i śmierci. Tak jak i właściwe gospodarowanie zasobami wody. A dbałość o własną higienę to rzecz oczywista.
Wśród posiadanego na  pustyni ekwipunku bardzo odczuwałem brak kijków trekkingowych. W tym czasie nie były one jeszcze łatwo dostępne w Polsce. Parę teleskopowych kijków trekkingowych przywiozłem z Francji. Trochę mi ich było szkoda zabierać do Afryki tak "luksusowego" ekwipunku. No i przyszedł czas żałować. To kursowanie z hektolitrami wody w te i we wte po pustyni jak wielbłąd, dało się we znaki mojemu kręgosłupowi. Po powrocie do Polski przez kilka miesięcy chodziłem lekko pochylony do przodu, jak ostatnia dziadyga.
Żałowałem też, że nie wziąłem małego przenośnego radia. Walkman to byłby już za duży luksus jak na wyprawę trekkingową. Od tej pory zawsze na wyprawie mam ze sobą małe przenośne radio mieszczące się w kieszeni.
    O tysiącu innych umiejętności, które trzeba posiadać to nie będę mówił, bo szkoda czasu. Są to podstawowe rzeczy, których uczą różne śmieszne podręczniki przetrwania, tyle tylko, że np. orientowania się w terenie bez mapy bardzo trudno jest się nauczyć z książki...
   Nim dotarłem do "Bramy Sahary" stopniowo aklimatyzowałem się, przyzwyczajając organizm do upału i wysiłku. Dwa tygodnie to minimum dla aklimatyzacji. Warunek ten spełniłem. 

    Ten rachunek sumienia musiałem dokonać, gdy dotarłem do Punktu Bez Powrotu. Stało się to 28 godzinach od wyruszenia z oazy. Przede mną w odległości trzech kilometrów rozciągały się wydmy i barchany piachu. Jeślibym przeszedł przez pierwszą z nich nie mógłbym już zawrócić. Męska decyzja. Przede mną byłoby ponad 40-tu kilometrów marszu przez wysokie wydmy Sahary. W rzeczywistości ze względu na omijanie niektórych wydm dystans ten mógł się niebezpiecznie wydłużyć nawet do 50-ciu i więcej kilometrów.
Rozłożyłem namiot. Czas był przeczekać upał i wiatr, który pod wieczór powinien osłabnąć.
   Moje kolejne próby przedarcia się  przez pustynię do twierdzy nie powiodły się. Więcej czasu spedziłem w namiocie i drodze powrotnej do oazy, niż na samym marszu do starej twierdzy. Nie martwiło mnie to. Byłem przygotowany na takie okoliczności i tak jak wcześniej pisałem, swoją wyprawę potraktowałem jako rekonesans przed następną wyprawą na Saharę i kolejnymi marszami przez wydmy. Nie uznałem się za pokonanego. W planach miałem już wyprawę znacznie lepiej przygotowaną, by pokonać tę trasę. Jak pisał Jack London w "Białym kle": "Człowiek poniósł pół klęski, jeśli uznał się za pokonanego". Prawda jest taka, że wygrywa ten, kto pokona samego siebie, kto pokona swoje słabości, kto pokona swój strach, swoje lenistwo i swoją nieśmiałość. Prawdziwych trekkerów poznaje się nie po ich zwycięstwach, ale po porażkach. Następnym razem wrócę jeszcze lepiej przygotowany i bardziej bogatszy w doświadczenie.
    Wracam.

    Czekał mnie powrót przez ponad trzydzieści kilometrów pustkowia. Moja kondycja znacznie się pogorszyła i wybór drogi powrotnej coraz bardziej uznawałem za wszech miar słuszny. Teraz każdy kilogram w plecaku ciążył po dwakroć. Podjąłem decyzję o pozostawieniu sporej części ekwipunku na pustyni, aby odciążyć się od każdego grama ciężaru, który nie był mi bezwzględnie potrzebny. Przez kręgosłup przelatywały mi czasem niewiarygodnie ostre bóle - musiałem go nadwyrężyć.
    Namiot, śpiwór, druga para gogli  - wszystko to spakowałem do dużego worka foliowego. Zasypałem go pod kępą krzewów. Wątpię, żeby kiedykolwiek udało mi się trafić ponownie w to miejsce. Jeśli ktoś znajdzie ten worek, to życzę mu satysfakcji z użytkowania mojego ekwipunku - pomyślałem i pożegnałem się z moimi rzeczami.
   Jak lekko idzie się, kiedy w plecaku nie ma kilku ładnych kilogramów! Nie musiałem już też limitować wody, więc piłem więcej niż musiałem, co też zmniejszało ciężar plecaka. 
   Szedłem wzdłuż dawnej południowej granicy Imperium Rzymskiego - Limes. Limes nie był sztywną granicą, a systemem stałych posterunków  z wieżami strażniczymi, rowami i murami. Posterunki te połączone były drogami lub oznakowanymi szlakami. Mury kierowały koczowników i karawany na obowiązkowe trasy, gdzie prędzej czy później natykali się na punkty graniczne. Tam strzegący granic imperium legioniści mogli odmówić przejścia. Punkty graniczne informowały Rzym o liczbie i trasach, którymi poruszali się podróżni.
    W okolicy nie widać było śladu po dawnej granicy potężnego Imperium Rzymskiego. Upływające wieki i piasek zatarły ostatni ślad po tej granicy.
O ironio losu! Przestał wiać wiatr z południa niosący drobny piasek Sahary. Wracać, póki jeszcze widać moje ślady? Będę mógł znaleźć swój sprzęt i próbować dostać się do starej arabskiej twierdzy.
    Nie dałem się nabrać na ten łaskawy gest Sahary. Uśmiechnąłem się i podreptałem dalej. Decyzja już zapadła. Jeszcze dziś późnym wieczorem powinienem dojść do oazy. 

    Tylko głupcy lecą tam, gdzie anioły boją się stąpnąć.

Opowieści Wolfa wysłuchał i spisał: Palivec

Copyright (C) by WOLF
Wszelkie prawa zastrzeżone
Gdańsk 1996


http://www.greendevils.pl/