Od kilku godzin jestem w drodze na południowy wschód. Tym razem chcę dotrzeć
chociaż do miejsca, które jeszcze wczoraj określiłem jako Punkt Bez Powrotu.
Kiedy minąłbym to miejsce pozostałoby mi jedynie maszerowanie naprzód.
Zawracanie do oazy nie miałoby już wtedy sensu. Do twierdzy byłoby już
tylko czterdzieści kilka kilometrów marszu przez wydmy. Zawracając przed
PBP miałem szansę na szybszy marsz do oazy przez martwy szmat ziemi z zasypanymi
chottami i małymi wydmami niż przez erg, najtrudniejszy etap drogi do twierdzy.
Zapas wody w tych temperaturach mógł mi wystarczyć na przetrwanie siedmiu
dni w marszu z odpoczynkiem w południe i marszem w nocy. Ale wystarczyłaby
burza piaskowa trwająca tylko trzy dni, a szanse przetrwania spadłyby o
50%.
Pamiętając
o własnym bezpieczeństwie zostawiłem Arabom w oazie trasę mojegomarszu.
Wziąłem od nich numer telefonu do hotelu. Jeśli nie skontaktowałbym się
z nimi za pięć dni, mieli dać znać Gwardii Narodowej.
Znów w
drodze. Znów te same miejsca. Zaczynam się tu czuć jak w Parku Oliwskim.
Tyle tylko, że nie ma tu na czym oka zawiesić - nie ma nic. I cisza. "Cisza
jak na pustyni" - jak powiedział Witia Pawlak w "Sami swoi"...
Pierwsza noc
w drodze do twierdzy. Ze względu m.in. na brak chmur, które mogłyby zatrzymać
temepraturę, na Saharze panują niezwykle duże wahania temperatur między
dniem i nocą. Przeżyłem to na początku wyprawy, w Atlasie. Zakopałem się
w śpiworze. Mój namiocik niestety nie pozwalał mi na swobodne wyciągnięcie
w nim. Musiałem spać w pozycji "płodu". Nadwyrężony kręgosłup zaczął jednak
domagać się pozycji horyzyntalnej. Wystawiłem więc nogi w śpiworze poza
namiot, uszczelniając szpary w namiocie tak, aby na wszelki wypadek nic
mi nie wpełzło do środka. I tak odruchowo zawsze sprawdzam (nie ręką),
czy coś mi nie wlazło do buta. Jedną z metod, którą stosuję na wyprawach
- ale tylko wtedy, kiedy nie podróżuję sam i ktoś pełni wartę - polega
na tym, że buty nadziewam na wbite w ziemię kije. Nic co pełza i kroczy
nie zagnieździ się wtedy w środku.
Środowy ranek
powitał mnie ciszą. Nie ma wiatru! Ale nie dałem się na to nabrać. Sahara
lubi być zmienna. Przyjemny spacer może się skończyć walką o przetrwanie.
Trzeba
pamiętać, że tu panowały zupełnie inne warunki i inne prawa rządziły tym
miejscem. Prawa pustyni, gdzie samotny wędrowiec dla Sahary, królowej pustkowi,
ma wartość ziarna piasku.
Tu należy
bardzo uważać uważać, żeby nie przegrzać organizmu i nie dopuścić do udaru
cieplnego. Burza piaskowa powoduje wzrost temperatury otoczenia, a wilgotność
powietrza może spaść do kilku procent. Wtedy w ciągu godziny można stracić
jedną czwartą wilgoci ciała tylko przez wydalanie potu. Utrata tylko 2,5
% wody w organizmie powoduje spadek sił aż o 1/4 (!) - taki spadek ilości
wody powodują zaledwie cztery godziny bez uzupełniania płynów, a
10%-owa utrata wody z organizmu może już doprowadzić do zgonu.
Naelektryzowane
powietrze powoduje, że kompasy głupieją. Może też spowodować bóle głowy
i mdłości. Kiedy kompas ulegnie rozregulowaniu, błąd rzędu kilku stopni
może spowodować, że można się z minąć z celem nawet o kilkanaście kilometrów
przy odległości np. takiej jaką ja chciałem pokonać.
Mając dobre przygotowanie,
wystarczający zapas wody i jedzenia, można pokonać dziennie nawet do 30
kilometrów. Ale w przypadku niesprzyjającej pogody na pustyni dystans ten
zmniejsza się o połowę. Można podróżować nocą, co zmniejsza zużycie wody
i jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, o ile jest wystarczająca widoczność.
Bezwzględna staje się znajomość astronawigacji. Pokonywanie wydm zakosami
wymaga stałej kontroli kompasu, aby nie zejść z wyznaczonej marszruty.
Konieczna
staje się umiejętność dbania o własne bezpieczeństwo. Sygnalizacja za pomocą
znaków na ziemi dla przelatujących samolotów, sygnalizacja za pomocą panela
sygnalizacyjnego VS-17 jaki miałem w plecaku (plastykowa płachta o dwóch
różnych kolorach stron: fioletowym i pomarańczowym), nawet sygnalizacja
ułatwiająca pilotowi śmigłowca "posadzenie" go na ziemi, alfabet Morsea,
umiejętność posługiwania się heliografem. Tego wszystkiego nauczyłem się
wcześniej.
Umiejętność
udzielania pierwszej pomocy to kolejny podstawowy element bez której nie
można myśleć o podjęciu jakiejkolwiek podróży nawet o niewielkim stopniu
ryzyka.
Właściwy
ubiór zapobiegnie przegrzaniu lub zamarznięciu w nocy na pustyni. Właściwa
ochrona stóp może być kwestią życia i śmierci. Tak jak i właściwe gospodarowanie
zasobami wody. A dbałość o własną higienę to rzecz oczywista.
Wśród posiadanego na
pustyni ekwipunku bardzo odczuwałem brak kijków trekkingowych. W tym czasie
nie były one jeszcze łatwo dostępne w Polsce. Parę teleskopowych kijków
trekkingowych przywiozłem z Francji. Trochę mi ich było szkoda zabierać
do Afryki tak "luksusowego" ekwipunku. No i przyszedł czas żałować. To
kursowanie z hektolitrami wody w te i we wte po pustyni jak wielbłąd, dało
się we znaki mojemu kręgosłupowi. Po powrocie do Polski przez kilka miesięcy
chodziłem lekko pochylony do przodu, jak ostatnia dziadyga.
Żałowałem też, że nie wziąłem
małego przenośnego radia. Walkman to byłby już za duży luksus jak na wyprawę
trekkingową. Od tej pory zawsze na wyprawie mam ze sobą małe przenośne
radio mieszczące się w kieszeni.
O tysiącu
innych umiejętności, które trzeba posiadać to nie będę mówił, bo szkoda
czasu. Są to podstawowe rzeczy, których uczą różne śmieszne podręczniki
przetrwania, tyle tylko, że np. orientowania się w terenie bez mapy bardzo
trudno jest się nauczyć z książki...
Nim dotarłem
do "Bramy Sahary" stopniowo aklimatyzowałem się, przyzwyczajając organizm
do upału i wysiłku. Dwa tygodnie to minimum dla aklimatyzacji. Warunek
ten spełniłem.
Ten rachunek
sumienia musiałem dokonać, gdy dotarłem do Punktu Bez Powrotu. Stało się
to 28 godzinach od wyruszenia z oazy. Przede mną w odległości trzech kilometrów
rozciągały się wydmy i barchany piachu. Jeślibym przeszedł przez pierwszą
z nich nie mógłbym już zawrócić. Męska decyzja. Przede mną byłoby ponad
40-tu kilometrów marszu przez wysokie wydmy Sahary. W rzeczywistości ze
względu na omijanie niektórych wydm dystans ten mógł się niebezpiecznie
wydłużyć nawet do 50-ciu i więcej kilometrów.
Rozłożyłem namiot. Czas był
przeczekać upał i wiatr, który pod wieczór powinien osłabnąć.
Moje kolejne
próby przedarcia się przez pustynię do twierdzy nie powiodły się.
Więcej czasu spedziłem w namiocie i drodze powrotnej do oazy, niż na samym
marszu do starej twierdzy. Nie martwiło mnie to. Byłem przygotowany na
takie okoliczności i tak jak wcześniej pisałem, swoją wyprawę potraktowałem
jako rekonesans przed następną wyprawą na Saharę i kolejnymi marszami przez
wydmy. Nie uznałem się za pokonanego. W planach miałem już wyprawę znacznie
lepiej przygotowaną, by pokonać tę trasę. Jak pisał Jack London w "Białym
kle": "Człowiek poniósł pół klęski, jeśli uznał się za pokonanego".
Prawda jest taka, że wygrywa ten, kto pokona samego siebie, kto pokona
swoje słabości, kto pokona swój strach, swoje lenistwo i swoją nieśmiałość.
Prawdziwych trekkerów poznaje się nie po ich zwycięstwach, ale po porażkach.
Następnym razem wrócę jeszcze lepiej przygotowany i bardziej bogatszy w
doświadczenie.
Wracam.
Czekał
mnie powrót przez ponad trzydzieści kilometrów pustkowia. Moja kondycja
znacznie się pogorszyła i wybór drogi powrotnej coraz bardziej uznawałem
za wszech miar słuszny. Teraz każdy kilogram w plecaku ciążył po dwakroć.
Podjąłem decyzję o pozostawieniu sporej części ekwipunku na pustyni, aby
odciążyć się od każdego grama ciężaru, który nie był mi bezwzględnie potrzebny.
Przez kręgosłup przelatywały mi czasem niewiarygodnie ostre bóle - musiałem
go nadwyrężyć.
Namiot,
śpiwór, druga para gogli - wszystko to spakowałem do dużego worka
foliowego. Zasypałem go pod kępą krzewów. Wątpię, żeby kiedykolwiek udało
mi się trafić ponownie w to miejsce. Jeśli ktoś znajdzie ten worek, to
życzę mu satysfakcji z użytkowania mojego ekwipunku - pomyślałem i pożegnałem
się z moimi rzeczami.
Jak lekko idzie
się, kiedy w plecaku nie ma kilku ładnych kilogramów! Nie musiałem już
też limitować wody, więc piłem więcej niż musiałem, co też zmniejszało
ciężar plecaka.
Szedłem wzdłuż
dawnej południowej granicy Imperium Rzymskiego - Limes. Limes nie był sztywną
granicą, a systemem stałych posterunków z wieżami strażniczymi, rowami
i murami. Posterunki te połączone były drogami lub oznakowanymi szlakami.
Mury kierowały koczowników i karawany na obowiązkowe trasy, gdzie prędzej
czy później natykali się na punkty graniczne. Tam strzegący granic imperium
legioniści mogli odmówić przejścia. Punkty graniczne informowały Rzym o
liczbie i trasach, którymi poruszali się podróżni.
W okolicy
nie widać było śladu po dawnej granicy potężnego Imperium Rzymskiego. Upływające
wieki i piasek zatarły ostatni ślad po tej granicy.
O ironio losu! Przestał wiać
wiatr z południa niosący drobny piasek Sahary. Wracać, póki jeszcze widać
moje ślady? Będę mógł znaleźć swój sprzęt i próbować dostać się do starej
arabskiej twierdzy.
Nie dałem
się nabrać na ten łaskawy gest Sahary. Uśmiechnąłem się i podreptałem dalej.
Decyzja już zapadła. Jeszcze dziś późnym wieczorem powinienem dojść do
oazy.
Tylko głupcy
lecą tam, gdzie anioły boją się stąpnąć.

|