28 marca piątek

POLITYKA
Tydzień wojny za nami
pierwsze wnioski

Bartosz Odorowicz


   Upłynął już tydzień, odkąd wojska amerykańsko-brytyjskie, wraz z sojuszniczymi oddziałami australijskimi i polskimi, rozpoczęły inwazję na Irak celem usunięcia reżimu Saddama Hussajna. Choć informacje pojawiające się w mediach są w miarę wyczerpujące, o szerszą i dokładniejszą analizę planów obu stron, postawy wojsk, taktyki, przebiegu bitew, rzecz jasna pokusić się w chwili obecnej nie możemy. Jednakże już teraz jesteśmy w stanie sformułować pewne wnioski, co w niniejszym tekście będę starał się uczynić. Zaznaczam, że opieram się jedynie na ogólnodostępnej prasie codziennej i przekazie telewizji informacyjnych. Żadne analizy/dokumenty/artykuły specjalistycznych pism zachodnich nie są mi dostępne, stąd proszę o wyrozumiałość i odpowiedni odbiór tego tekstu.


    Z pewnością Amerykanie, przygotowując operację "Wolność dla Iraku" popełnili kilka błędów:

Pośpiech

    Pośpiech w ostatniej fazie przed rozpoczęciem operacji kontrastuje silnie z metodyczną kampanią polityczną i stopniowym wzmacnianiem anglo-amerykańskich sił zbrojnych, które trwały od miesięcy. Działania dyplomacji USA na forum ONZ, przekonywanie sojuszników do konieczności wojny - wszystko to przyniosło efekt raczej mizerny, ale nie można Amerykanom odmówić tego, że działali spokojnie i powoli. Czas oczywiście odgrywał rolę ważna, ale kluczowy było osiągnięcie efektu. Tymczasem tuż przed samą operacją zbrojną wychodzi na jaw, że Turcja jednak nie udostępni swych baz US Army i główny plan operacji musi zostać zastąpiony rezerwowym rozwiązaniem: zamiast ataku z północy i południa, jednostronne, silne uderzenie całości sił z południa. Efekt: niepokoje na granicy turecko-kurdyjskiej (Kurdowie bardziej pilnują wielkiego sąsiada z północy, niż szykują się do powstania/marszu na Bagdad), 4 Dywizja Piechoty zaokrętowana na transportowcach miota się bezradnie między portami nie biorąc udziału w walce w ogóle, trzeba przygotować desant powietrzny by wspomóc Kurdów (pewnie planowany w którymś z wariantów, ale jednak zabierający dużo środków mogących być wykorzystanych na innych kierunkach operacyjnych).
   Kierując się chęcią zaskoczenia przeciwnika (spodziewającego się kilkunastodniowych przynajmniej nalotów) nie przeprowadzono wystarczająco ciężkich bombardowań zmiękczających pozycje irackiego wojska, tak jak w kampanii z roku 1991. Rzecz jasna były to inne wojny: w 1991 roku bodajże 40-to dniowa operacja powietrzna była prowadzona przeciwko okopanemu na pustyni (a więc zajmującemu określone pozycje czy to obronne, czy wyjściowe) wojsku irackiemu, któremu trzeba było zniszczyć jak najwięcej sprzętu pancernego. Obecnie, nie chcąc antagonizować względem siebie ludności irackiej oraz licząc na masowe poddawanie się irackich żołnierzy, nie bombardowano (chyba, bo przecież dokładnie tego nie wiemy) wykrytych punktów oporu, ani tym bardziej miast. Wydaje się jednak, że pozycje Gwardii republikańskiej można było bombardować bardziej intensywnie. Nie uczyniono tego (jeszcze raz podkreślam: chyba). Nie przeczekano także zapowiadanych burz piaskowych, które na 2-3 dni utrudniły dość znacznie posuwanie się w głąb Iraku i samą walkę.

A-10 Thunderbolt II

Nie docenienie

   Wojsko irackie walczy bardzo dzielnie. Sporadyczne są przypadki masowego poddawania się, a jeśli już, to zwykle z zamiarem ataku samobójczego. Często mówi się "fanatycznych fedainach Saddama", czy "ciężkich walkach z Gwardią Republikańską" - świadczy to o twardym oporze, charakterystycznym dla ludzi broniących swojego kraju. Rzecz jasna amerykańscy dowódcy i politycy musieli zdawać sobie sprawę, że w wojnie, w której stawką jest obalenie reżimu, ludzie, dla których reżim ten jest oparciem, będą bronić go do upadłego. Nie spodziewano się jednak tego, że większość (i to ta aktywna) irackiego społeczeństwo potraktuje operację "Wolność dla Iraku" jako inwazję i bezprawny atak na ich ojczyznę, a nie jako wyzwolenie, co pociągnie za sobą zacięty opór, a więc straty (po obu stronach) a więc dalsze zaognianie nastrojów.
    Świadczy o tym choćby liczebność sił alianckich. W 1991 roku nad granicą kuwejcką skoncentrowano prawie 800 tys. żołnierzy koalicji (w tym 500 tys. Amerykanów). Mieli oni przełamać umocnione pozycje irackie, bronione przez 550 tys. żołnierzy. Wówczas nie trzeba było zdobywać miast (poza rzecz jasna Kuwejtem - przyjaznym koalicji) ani chronić linii zaopatrzeniowych przebiegających przez wrogie terytorium.
    Do obecnej operacji przeznaczono ok. 240 tys. żołnierzy anglo-amerykańskich. Z tego należy zapewne odliczyć ok. 10-15 tys. ludzi z US Navy i USAF oraz kilka tysięcy żołnierzy 4 Dywizji Piechoty (która zmierza dopiero do punktu, w którym mogłaby zostać wyładowana i przygotować się do walki). Nie jest mi znana liczebność tej jednostki, ani to, jakie dokładnie związki taktyczne dywizji znajdują się na transportowcach, ale przyjmijmy, że będzie to kolejne 8-10 tysięcy. Oczywiście siły aliantów dysponują jeszcze większą przewagą ogniową oraz informacyjną niż 12 lat temu, więc na pokonanie ok. 300-350 tys. regularnej armii irackiej w zupełności mogło to starczyć. Ale już do utrzymywania nieprzyjaznego (jak się okazało) terenu, zdobywania i oczyszczania miast, to raczej nie wystarczy. Stąd zatrzymanie rajdów jednostek szybkich na ok. 80 kilometrze przed Bagdadem i plany przerzucenia kolejnych wojsk anglo-amerykańskich (w sile ok. 45-55 tys.) do Zatoki Perskiej.
   Nie doceniono także irackiej telewizji. Być może ten tydzień jej swobodnego nadawania był decydującym okresem w którym odbyła się walka o "rząd dusz" Irakijczyków. Alianci tę walkę przegrali. Być może - nie niszcząc jej - liczyli na jakieś powstanie/przewrót pałacowy, którego przywódcy (po udanej akcji) mogliby z telewizji skorzystać, by zaapelować do rodaków o zaniechanie walki i poinformować ich o upadku reżimu i powstaniu nowych (irackich - co ważne) władz. Nic takiego nie nastąpiło. Za to gorące przemówienia Saddama i jego generałów, apele o wzmożenie oporu, pokazywanie zdjęć ofiar bombardowań i tym podobne działania, nastawiły Irakijczyków przeciwko aliantom.

Przecenienie

  Niestety wywiad amerykański znów dał plamę. Nie przewidziano, jak się wydaje, tak masowego jednak poparcia dla Saddama wśród zwykłych Irakijczyków. Rzecz jasna nie wszyscy w społeczeństwie irackim popierają dyktatora. Nikt nie przeprowadził w tym kraju wiarygodnych sondaży popularności. Planiści Pentagonu liczyli chyba jednak na to, że przeciwnicy reżimu stanowią jeśli nie większość, to przynajmniej "aktywną mniejszość" i wkroczenie wojsk koalicji będzie dla nich impulsem do obalenia Hussajna. Ktoś wysoko w Pentagonie uwierzył raportom o irackiej opozycji, o spiskujących członkach rodziny Saddama i niezadowolonych generałach. Jak się okazało - postawił na złą kartę. Na tą chwilę nic nie wskazuje na wybuch powstania przeciwko Saddamowi, a przynajmniej takiego powstania, które w mogłoby mieć znaczny wpływ na sytuację w tej wojnie i na losy reżimu. Mówi się o tym, że w Bagdadzie żyje 1-2 mln szyitów, i że być może rozpoczną oni powstanie przeciw Saddamowi. Ale czym? Czy mają jakąś broń? Jakiegoś przywódcę, organizację? Przecież miasto jest wciąż w rękach wiernych Hussajnowi wojsk. A gdzie jest iracka opozycja, emigranci, o których tak wiele się mówiło przed operacją? Czy mają jakikolwiek wpływ, na swoich rodaków w kraju?

Perspektywy i wnioski

   Z pewnością jest to wojna nieco inna niż się spodziewano. Nie było zmasowanej ofensywy lotniczej aliantów, nie było masowego poddawania się całych jednostek irackich, nie wybuchło żadne szyickie powstanie, nie ma też jak dotąd "rzezi US Army w miastach irackich", której wielu się spodziewało, bo po prostu alianci do miast albo jeszcze nie dotarli (Mosul, Kirkuk, Bagdad) albo czekają na rozwój sytuacji przed ich bramami (Basra, Nadżaf, Al Nassirija). W Um Kasr walki były co prawda dość długie, ale straty po stronie aliantów nie tak znowu wielkie. Z informacji, jakie docierają do nas z Iraku można także wywnioskować, że regularne jednostki irackie (zwłaszcza Gwardia Republikańska) stawiają Amerykanom opór w polu, czego - wobec potęgi alianckiego lotnictwa - raczej się nie spodziewano, prowadząc klasyczne walki opóźniające i raz za razem kontratakując ze skrzydeł związkami pancernymi, a także próbując przeciąć alianckie linie zaopatrzenia. Ta potęga lotnictwa aliantów też jak dotąd nie daje o sobie znać. Samoloty anglo-amerykańskie powstrzymały co prawda kilka kontrataków sił irackich, ale wsparcie dla wojsk lądowych w starciu z Gwardią Republikańską (bo rzecz jasna podczas walk miejskich wspierać własne wojska trudno) wydaje się niewystarczające.
   Do walki nie weszły jeszcze dwa duże związki taktyczne aliantów: 101 Dywizja Powietrzno-Szturmowa, być może oszczędzana do ataku na Bagdad, lub przeznaczona do wykonania desantu na północ od tego miasta celem zamknięcia okrążenia oraz wspominana już 4 Dywizja Piechoty. Ta ostatnia jest podobno "najbardziej ucyfrowioną dywizją w US Army". W niej głównie sprawdza się koncepcje wypracowywane w programie "Land Warrior" i IBCT (Brygadowych Zespołów Bojowych). Ciekawe będzie porównanie możliwości tej wyposażonej w lekki, aczkolwiek supernowoczesny sprzęt dywizji, ze skutecznością "zwykłej" dywizji zmechanizowanej na realnym polu walki.
    Z pewnością IBCT są bardzo potrzebne i będą miały równie wielką (nawet może i większą) siłę ognia przy znacznie większej mobilności strategicznej (a i być może taktycznej) od współczesnej dywizji zmechanizowanej. Jednak ta wojna udowadnia moim zdaniem twierdzenie, że ciężki komponent US Army, wyposażony w ciężkie czołgi i wozy bojowe, musi wciąż istnieć w jej strukturach i być utrzymywany w ciągłej gotowości i sprawności bojowej. Jeśli 4 Dywizja nie osiągnie znaczących sukcesów i będzie walczyła w Iraku z mniejszą skutecznością niż klasyczna ciężka dywizja US Army, to możemy mieć w przyszłości do czynienia z renesansem czołgu podstawowego (MBT).
   Z kolei Saddam nie użył jak dotąd broni masowego rażenia. Moim zdaniem większe prawdopodobieństwo jej użycia byłoby przy szybkich postępach aliantów i realnym niebezpieczeństwie upadku reżimu. Wtedy Hussajn nie miałby już naprawdę nic do stracenia. Obecnie ma jednak do stracenia dużo. Wojsko irackie broni się całkiem dobrze. Alianccy żołnierze są z pewnością lepiej przygotowani na atak chemiczny niż iraccy i użycie przez Saddama tak "chimerycznego" środka bojowego jakim jest gaz mogłoby spowodować większe straty wśród obrońców, niż wśród atakujących anglo-amerykanów.
    Wobec zaciętego oporu irackiego wojna potrwa jeszcze długo, więc dyktator tutaj będzie szukał swojej szansy. Arabia Saudyjska wystąpiła już z pierwszym planem pokojowym. Rzecz jasna nie ma on szans powodzenia, ale daje Hussajnowi nadzieje na przyszłość, a aliantom dodatkowy powód do energicznych działań.
   Czy Amerykanie mogą przegrać? Trudne pytanie... Politycznie z pewnością tak. Długa, powiedzmy 5-6 tygodniowa wojna (za koniec jej głównej fazy uznałbym obalenie reżimu Hussajna - potem przyjdzie faza "oczyszczania" kraju, która potrwa dużo dłużej) spowoduje z pewnością spadek respektu przed US Army i osłabienie pozycji USA na świecie w ogóle, udowadniając, że przed potęgą USA można się skutecznie bronić. Skupmy się jednak na kwestii militarnej, bo to jest przedmiotem tego artykułu.
    Otóż wydaje się, że jeśli opór Irakijczyków będzie wciąż tak silny, albo wręcz wzrośnie, i będzie konieczność zdobywania miast przez aliantów (tzn. jeśli reżim Saddama nie upadnie w wyniku powstania/przewrotu), to ich straty mogą być naprawdę wysokie. Do strat w wysokości 3 tysięcy zabitych (jak kilku fachowców przewiduje) ani opinia publiczna w USA ani generałowie by raczej nie dopuścili, bo przy 400-500 zabitych zaczęto by już myśleć chyba o przerwaniu operacji (po masowych protestach opinii publicznej w USA).
    Zanim jednak by to nastąpiło, w wypadku znacznych strat z pewnością alianckie wojska odpowiedzą pełnią swojego wojskowego potencjału (ograniczanego dotąd ze względu na cywilną ludność) i może dojść do rzezi po stronie irackiej, czego z kolei nie wybaczy Bushowi i Blairowi światowa opinia publiczna.
   Nawet jednak po zdobyciu miast i usunięciu reżimu, z pewnością będą się aliantom dawać we znaki snajperzy i "miejscy partyzanci" a także zwykła partyzantka w terenie, złożona z byłych członków partii BAAS, żołnierzy rozbitej Gwardii Republikańskie czy po prostu zwolenników Saddama. Jak silna ta partyzantka będzie, tego nie sposób teraz przewidzieć, bo to zależeć będzie od determinacji i postawy całego społeczeństwa irackiego.
 
Polacy w Iraku

   Udział Polskich oddziałów w operacji "Wolność dla Iraku" uważam osobiście za bardzo dobre posunięcie polskiego rządu, leżące jak najbardziej w interesie narodowym. Polacy potwierdzają opinię być może sojuszników względnie ubogich, ale wiernych, walecznych i cennych z politycznego (ale także militarnego) punktu widzenia. Umacniamy przez to więzi politycznej przyjaźni polsko-amerykańskiej, a amerykańska dyplomacja pamięta o sojusznikach i przyjaciołach częściej niż jakakolwiek inna. Nie bez znaczenia są czysto militarne skutki wysłania polskich wojsk do Iraku: zebranie bogatego doświadczenia, "ostrzelanie", doskonalenie współpracy i tym podobne, co pozwoli utrzymać GROM i Formozę w gronie najlepszych oddziałów specjalnych na świecie.
   Mogliśmy poprzeć w umiarkowany sposób stanowisko francusko-niemieckie, ale nie zyskalibyśmy wielkiego prestiżu międzynarodowego. Stanowiłoby to też absolutne zaprzeczenie dotychczasowej polskiej polityki zagranicznej i oznaczałoby zwrot w kierunku struktur europejskich, kontynentalnych, które nie są gotowe do zapewnienia nam realnego bezpieczeństwa. Grupa krajów sprzeciwiających się anglo-amerykańskiej interwencji była ponadto zbyt duża i zbyt głośna, a przywództwo Francji i Niemiec zbyt wyraźne, by Polska odegrać mogła w niej jakąś znaczną rolę. Z pewnością taką rolę odegrać będzie łatwiej w koalicji antyirackiej, w której dla USA posiadamy duże znaczenie, jako nieanglosaski, europejski czynny sojusznik.
   Bliskość Rosji i nasze historyczne doświadczenia nakazują nam zawsze wiązać się z przyjaznym nam potężnym partnerem, posiadającym środki zapewniające nam bezpieczeństwo i zdecydowanym na ich użycie w przypadku zagrożenia naszej suwerenności. Tym partnerem są Stany Zjednoczone. Europa pod przywództwem Francji i Niemiec po raz kolejny udowodniła, że takim partnerem nie jest i w najbliższej przyszłości nie będzie.

 
                                                                                         Bartosz Odorowicz

Copyright (C) by B. Odorowicz, 28 marca 2003

                                                                                     Autor jest studentem III roku politologii
                                                                                               na Uniwersytecie Gdańskim



www.greendevils.pl