Polityka
 
....................................
Użycie sił zbrojnych 
w globalnym konflikcie 
Północ -Południe

 Bartosz Odorowicz

Komandosi Sayeret Golani w akcji. Foto: www.isayeret.com


Świat nie zmienił się 11 września. Zmienił się tylko sposób jego postrzegania. Politycy zauważyli wreszcie, że konflikt Północ-Południe niekoniecznie musi mieć charakter wyłącznie ekonomiczno-demograficzny, i że niekoniecznie musi mieć postać gry kooperacyjnej. A jeśli gra może przybrać charakter konfrontacyjny, wzrośnie w niej zapewne rola sił zbrojnych obu stron.
 
    W pierwszej części pracy zamierzam uzasadnić przynależność poszczególnych państw do subsystemów Północy i Południa. Następnie postaram się wykazać, że elementy ładu neorealistycznego zaczynają przeważać w stosunkach pomiędzy oboma subsystemami. W trzeciej, ostatniej części, omówię militarne aspekty ewentualnych starć zbrojnych pomiędzy przedstawicielami obu susbsytemów.

Północ i Południe – dramatis personae

   Ekonomiczno-polityczny podział świata na bogatą Północ i biedne Południe jest faktem. W istocie są to dwa różne, odrębne światy, tworzące osobne subsystemy, współistniejące ze sobą w ramach systemu globalnego. Wystarczy przespacerować się ulicami Genewy, Tokio czy San Francisco, a następnie udać się do Addis Abbeby, Lagos czy Delhi. Kontrast jest ogromny. Mam na myśli przede wszystkim ogromną rzeszę ludzi, którzy wegetują w biedzie w slumsach wielomilionowych metropolii Południa, bez jakichkolwiek szans na awans społeczny. W Nairobi na przykład, mieście liczącym 2,4 mln mieszkańców, 75% z nich żyje w slumsach, bez bieżącej wody i elektryczności.  Podobnie jest w innych miastach Afryki czy Azji.
   Kluczową sprawą jest jednak nie sam fakt niskiego poziomu życia ludności krajów Południa, ale praktyczny brak szans na szybką zmianę tego stanu. Przychylam się tu do zdania twórców szkoły globalistycznej (I. Wallerstein, F. H. Cordoso) którzy stoją na stanowisku, że podział świata na Północ i Południe jest ponadczasowy, gdyż wynika ze strukturalnej nieefektywności ekonomicznej krajów Południa . I choć ich rozwój nie musi odbywać się wyłącznie kosztem Północy, jak twierdził Wallerstein, to jest znacznie utrudniony przez reguły gospodarki wolnorynkowej narzucone biednym przez bogatych. Postindustrialne państwa Północy poprzez automatyzację procesów produkcyjnych w wysokim stopniu uniezależniły się od taniej siły roboczej Południa, a w - jak się wydaje - całkiem niedalekiej przyszłości, mogą wprowadzić alternatywne źródła energii i uniezależnić się od bazy surowcowej Południa. Jednocześnie tanie – bo wytwarzane przy niewielkim udziale czynnika ludzkiego – towary Północy (nawet żywność!), zalewają rynki Południa, przyczyniając się do stagnacji tamtejszych gospodarek. Przedstawiony powyżej w dużym uproszczeniu proces nosi nazwę „neokolonializmu technologicznego”  i choć nie jest raczej zamierzony przez państwa i społeczeństwa Północy (co innego międzynarodowe korporacje, kierujące się czystym zyskiem!) faktycznie powoduje napięcia w stosunkach pomiędzy oboma subsystemami.
    Jeśli chodzi o kwestię przynależności państw w tym raczej bipolarnym systemie światowym, to można zastosować różne kryteria, które dadzą nam w zasadzie podobny, choć różniący się w szczegółach, podział. Z pewnością zarówno na Południu, jak i na Północy możemy wyróżnić kraje stanowiące bezdyskusyjny rdzeń obu systemów, czy to ze względów ekonomicznych, czy politycznych.

    Dosyć zawodne są tutaj kryteria czysto ekonomiczne (PKB na głowę mieszkańca) czy wskaźnik HDI (Human Developement Index) opisujący stopień rozwoju edukacji i opieki społecznej w danym kraju. W grupie krajów z wysokim PKB czy HDI znalazłyby się bowiem także państwa Zatoki Perskiej oraz „wchodnioazjatyckie tygrysy”, zaliczane przecież do Południa (ze względów polityczno-cywilizacyjnych). Cechami charakteryzującymi ponad wszelką wątpliwość Północ, są - oprócz zamożności - także przyjęcie ustroju demokratyczno-liberalnego oraz nacisk na poszanowanie i promocję praw człowieka. Należy do tego dodać także kryterium historyczne: Północ to, w chwili obecnej, byłe imperia kolonialne, lub byłe kolonie brytyjskie, o dominującej pozycji społecznej rasy białej (poza Japonią). Południe to kraje postkolonialne, które w różnych okresach czasu uzyskiwały niezależność, żywiące często głęboko zakorzenioną nieufność do byłych ciemiężycieli . Ciekawe może być także uznanie za kryterium zaliczenia do Północy krajów, które wysłały kontyngenty do Afganistanu, w ramach operacji Enduring Freedom. Oprócz państw NATO, uczyniły to jeszcze Australia, Nowa Zelandia i Korea Południowa, a Japonia udzieliła daleko idącej pomocy i postawiła swoje siły morskie w stan najwyższej gotowości, celem przechwycenia wszelkich transportów płynących do Afganistanu.
    Kierując się takimi wyznacznikami do krajów Północy zaliczyć możemy państwa należące do OECD, a więc kraje Unii Europejskiej, NATO oraz Szwajcarię, Australię, Nową Zelandię i Japonię, ale już nie Koreę Płd. i Meksyk, również członków OECD. Krajom Północy zdają się przewodzić takie państwa jak USA, Wielka Brytania i Francja – można je określić mianem core countries, gdyż są animatorami i głównymi wykonawcami wszelkich działań na arenie międzynarodowej.
   Południe, w odróżnieniu od względnie jednolitej i zgodnej Północy, jest bardzo rozbite i niejednorodne. Subsystem Południa dzieli się na podsystemy Ameryki Łacińskiej, Afryki subsaharyjskiej, krajów islamskich i Azji Południowo-Wschodniej. Osobnym uczestnikiem subsystemu Południa są Indie. Praktycznie jedynym czynnikiem spajającym, jest zwykle relatywnie ubóstwo, i (lub) demonstracyjny antyokcydentalizm społeczeństw – bo nie zawsze elit politycznych! Warto w tym miejscu przytoczyć wyniki ciekawego sondażu „Dlaczego ludzie nie lubią USA?”, przeprowadzonego przez Princeton Survey Research Associates, między 12 XI a 13 XII ub. r. w kilkudziesięciu krajach świata . Na pytanie „Jak wielu ludzi uważa, że polityka międzynarodowa USA była główną przyczyną ataku? [z 11 września – przyp. autora]”, aż 81% respondentów na Bliskim Wschodzie i 77% w krajach islamskich i w Europie Wschodniej, uznało, że „większość” lub „wielu ludzi”. W Azji odpowiedziało podobnie 60% badanych, podczas gdy w Europie Zachodniej tylko 36%. 78% respondentów w Ameryce Łacińskiej, 82% w Azji i 90% w krajach muzułmańskich uznało, że Waszyngton przesadza z poparciem dla Izraela.
    „Politykę USA pogłębiającą przepaść między biednymi a bogatymi” za główny powód, dla którego nie lubi się Ameryki, uznało 51% pytanych w Ameryce Łacińskiej i 59% na Bliskim Wschodzie. Społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej zdają się zbyt optymistycznie myśleć o formującej się koalicji antyterrorystycznej (z Chinami i Rosją) – po 65% pytanych, uznało taką koalicję za trwałą. Tymczasem w Europie Wschodniej, Azji i państwach islamskich, ludzie dostrzegają strukturalne podłoże rywalizacji tych trzech potęg – tylko po ok. 30% uznało, że „koalicja antyterrorystyczna” da początek „długofalowemu zacieśnieniu stosunków”.
   Jak już wspomniałem, owa demonstracyjna niechęć do Stanów Zjednoczonych nie jest zwykle podzielana przez przywódców politycznych Południa z kilku prostych powodów: Waszyngton często ochrania ich reżimy, wysyła na Południe pomoc o wielkości 8-9 mld dolarów rocznie (więcej pieniędzy przeznacza na ten cel tylko Japonia), wreszcie dostarcza broń szejkanatom Zatoki Perskiej. Politycy Południa często za to rywalizują między sobą. Z tego względu nie na miejscu jest określanie Południa mianem „bloku”. Takie pojęcie jest natomiast jak najbardziej właściwe dla Północy.

   Istnieją jednakże państwa stanowiące rdzeń subsytemu Południa, utożsamiane z nim bezdyskusyjnie i aktywne na arenie międzynarodowej. Takimi core countries są z pewnością biedne kraje afrykańskie o monokulturowej przeważnie gospodarce (główni adresaci pomocy gospodarczej z Północy) oraz kraje islamskie (zwłaszcza te należące do OPEC), Indie i Chiny. Pozostałe kraje Południowo-Wschodniej Azji, choć zaliczane do Południa, są obecnie bardzo silnie powiązane z Północą systemami finansowo-ekonomicznymi. Jeśli region ten będzie się rozwijał i integrował (poprzez ASEAN, APEC i AFTA) równie szybko jak dotąd, osiągnie wkrótce poziom bogactwa Północy i – jakkolwiek nie przestanie być zaliczany do Południa – jego motywacja w konflikcie z Północą będzie odmienna niż krajów biednych: nie ekonomiczno-społeczna, tylko ambicjonalno-polityczna. Co się zaś tyczy krajów Ameryki Łacińskiej, to – podobnie jak w Azji - wiele tu zależeć będzie od sprawności rządów na tym kontynencie i rozwoju lokalnych inicjatyw integracyjnych (Mercosur, Grupa Andyjska, CARICOM).
    Istnieje jednakże grupa krajów, które z różnych względów nie mogą być jednoznacznie zakwalifikowane ani do Północy, ani do Południa. Mam tu na myśli Rosję, Meksyk, Izrael, Turcję oraz RPA. W zależności od rozwoju sytuacji międzynarodowej, lub zaistnienia specyficznych okoliczności, mogą one odgrywać znaczące role w obu subsystemach.
   W kierunku sojuszu z Północą, wydaje się zmierzać obecnie Rosja, z niepokojem spoglądająca na południowe granice WNP (de facto swoje) i czających się tam islamistów, oraz region nadamurski, potencjalnie zagrożony przez Chińczyków, jeśli nie militarnie, to z pewnością ekonomicznie i demograficznie. Nie należy jednak zapominać, że Rosja  jest jednym z największych dostawców broni dla Południa. W latach 1995-99 zajęła drugie miejsce wśród największych eksporterów broni (za USA, a przed Francją) z 14,6 mld USD. Gros tej sumy stanowią kontrakty z Indiami i Chinami na dostawę nowoczesnych czołgów, myśliwców, okrętów i innych systemów uzbrojenia.
    Turcja, choć stara się od lat o akces do Unii Europejskiej, a jej społeczeństwo jest bardzo silnie związane z Europą Zachodnią, to jednak - jeśli jej aspiracje nie zostaną zaspokojone, może stać się jednym z liderów krajów muzułmańskich .
    Meksyk, z zaliczanymi do Południa państwami Ameryki Łacińskiej, łączą naturalne więzy społeczne i kulturowe, ale z Północą, z kolei – ekonomiczne. W 1997 roku ten kraj przyciągnął 12,1 mld dolarów inwestycji bezpośrednich, przeważnie amerykańskich , a 80% jego eksportu trafia właśnie do USA. Jako członek NAFTA i sąsiad Stanów Zjednoczonych, ma Meksyk ogromną szansę rozwinąć się ekonomicznie i „odskoczyć” gospodarczo od pozostałych krajów łacińskich.
    Przypadek Izraela jest nieco inny: jako państwo zdaje się on należeć do strefy Południa, z którym łączy je geopolityka, najnowsza historia i sposób prowadzenia polityki zagranicznej (choć akurat w przypadku Izraela trudno wyraźnie oddzielić politykę zagraniczną od wewnętrznej). Natomiast społeczeństwo Izraela, mimo silnej wciąż ortodoksji religijnej, jest zorganizowane raczej na podobieństwo Północy (demokracja obywatelska, postępująca liberalizacja obyczajów). Nie ma się temu co dziwić. Izrael zasiedlali przeważnie Żydzi z Europy i Ameryki Płn., a w ostatnich latach napłynęła liczna grupa emigrantów z terenu byłego ZSRR . Istotny jest ponadto strategiczny sojusz z USA.
    Natomiast Republika Południowej Afryki jest krajem, który jeszcze kilkanaście lat temu był postrzegany jako państwo Północy. Zmiana rządów – Afrykanerów zastąpili murzyńscy działacze Afrykańskiego Kongresu Narodowego – spowodowała, że to zasobne, zorganizowane na modłę europejską państwo (pomijam oczywiście apartheid) stało się nagle najpotężniejszym murzyńskim krajem. Rodzi to z jednej strony dumę i nadzieję (na dotacje i inwestycje Pretorii) w Afryce subsaharyjskiej, a z drugiej obawy przed zbytnim uzależnieniem od RPA.

Ujęcie systemowe

   Subsystem Północy charakteryzują czynniki właściwe dla ładu neoliberalnego: postępująca integracja gospodarcza, zminimalizowanie roli siły, lub choćby groźby jej użycia w stosunkach międzypaństwowych, mnogość międzynarodowych organizacji rządowych (IGOs) i pozarządowych (INGOs).  Wszelkie rozbieżności i spory między państwami Północy załatwiane są w drodze negocjacji prowadzonych w przyjaznej i życzliwej atmosferze, lub poprzez sądowe organy powołane na mocy zawartych przez państwa układów międzynarodowych. Praktycznie jedynym wyjątkiem jest tutaj spór między Turcją i Grecją o Cypr, kilka wysepek na Morzu Egejskim oraz szerokość greckiego morza terytorialnego. Od czasu do czasu przybiera on dość gwałtowny charakter, jak choćby w latach 1994-1996, kiedy to oba kraje wzajemnie groziły sobie wojną.  Jednak i w tym konflikcie zaczynają stopniowo brać górę czynniki umiarkowane, zwłaszcza w kwestii Cypru .
    Tymczasem w subsystemie Południa wygląda to trochę inaczej ze względu na niejednolitość należących do niego państw. W Afryce subsaharyjskiej i pomiędzy krajami podsystemu islamskiego oraz Indiami, występują czynniki charakterystyczne dla ładu neorealistycznego: mnogość zadawnionych konfliktów o granice, częste „demonstracje siły”, wojny i konflikty zbrojne o ograniczonej skali.
    Oczywiście i tutaj mamy do czynienia z procesami regionalnej integracji, często stojącymi w opozycji do Północy. Jednak w strefie afro-arabskiej integracja jest raczej symboliczna. Liga Państwa Arabskich czy Organizacja Konferencji Islamskiej pełnią jedynie funkcję forum politycznej współpracy. Integracja krajów arabskich, choć wydawała się niegdyś naturalną koleją rzeczy, okazała się w praktyce mrzonką (vide Federacja Republik Arabskich). Jakkolwiek podejmowane są próby ściślejszej współpracy wojskowej, np. szejkanatów Zatoki Perskiej, to wspólne ćwiczenia armii tych państw ujawniły, że mimo dysponowania przez nie nowoczesnym sprzętem, systemy łączności, dowodzenia i zaopatrzenia zupełnie do siebie nie pasują, co niezwykle utrudnia ewentualne wspólne akcje zbrojne.
   W Afryce wszelkie próby zniesienia barier celnych czy szerszej współpracy gospodarczej, napotykają trudności w postaci słabej atrakcyjności rynków państw afrykańskich dla siebie nawzajem. Stąd raczej nieudane inicjatywy w rodzaju rachitycznej Południowoafrykańskiej Organizacji Rozwoju  (SADC) czy Unii Arabskiego Maghrebu (wzajemna wymiana handlowa między członkami  tej organizacji nie przekracza 3% ich ogólnej wymiany handlowej) oraz rywalizacja już istniejących organizacji (np.SADC vs COMESA). Dodatkowo niska jest efektywność organizacji politycznych, które nie są w stanie zapobiec ciągłym konfliktom zbrojnym. Widać to było choćby podczas wojen domowych w Liberii i Sierra Leone, kiedy to ani Organizacja Jedności Afrykańskiej (OJA) ani regionalna Wspólnota Gospodarcza Afryki Zachodniej (ECOWAS) nie potrafiły zapobiec eskalacji konfliktu. Dodatkowo, wysłane w rejon działań zbrojnych zachodnioafrykańskie siły rozjemcze ECOMOG, okazały się zupełnie nieprzygotowane do pełnienia swej funkcji, a ponadto zaangażowały się w nielegalny handel diamentami. Zdarzały się także przypadki rabowania miejscowej ludności!
    Powszechna jest ingerencja państw ościennych w konflikty wewnętrzne sąsiadów, jak to miało miejsce choćby w Kongu pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdzie po stronie prezydenta Laurenta Desiré Kabili walczyły wojska z Angoli, Namibii i Zimbabwe, a rebeliantów wspierały siły Rwandy i Ugandy.
   Także w podsystemach Ameryki Łacińskiej oraz Azji Południowo-Wschodniej zdają się przeważać elementy ładu neorealistycznego. I choć nie należy zapominać, że to w Ameryce  Łacińskiej idea integracji i współpracy międzypaństwowej zaistniała w sposób praktyczny jako pierwsza i dzisiaj jest już w stadium zaawansowanego rozwoju, a współpraca gospodarcza w Azji Południowo-Wschodniej przebiega bardzo obiecująco, to jednak i w tych systemach występują od czasu do czasu ograniczone konflikty zbrojne (np. pomiędzy Peru i Ekwadorem w latach 1994-95), demonstracje siły (manewry Chin w pobliżu Tajwanu), czy rywalizacja i wyścig zbrojeń (Chile, Argentyna, Brazylia).
    Charakterystyczną cechą całego Południa jest więc także mnogość wszelkich sporów i częste użycie siły przy ich rozwiązywaniu. Obliczono, że w Afryce, na 104 granice państwowe, przebieg aż 80 jest kwestionowany!  Spory terytorialne doprowadzają do działań zbrojnych także w Ameryce Łacińskiej i w Azji.
   Większość krajów Południa to państwa typu „przedwspółczesnego”, wg klasyfikacji G. Sorensena , a więc wydające większość swego PKB (lub znaczną jego część) na wojsko, używające głównie środków siłowych do rozwiązywania konfliktów, o kształtującej się dopiero świadomości narodowej i pro-państwowej wśród zamieszkujących je obywateli. Obserwujemy to zwłaszcza w Afryce, w której termin „naród” jest praktycznie obcy, dominują więzi plemienne (tzw. kin-country syndrom) a wydatki na cele wojskowe wynosiły np. w 1991 roku średnio aż 70% PKB państw afrykańskich!  Podobnie jest krajach arabskich, których społeczeństwa za więzi o znaczeniu decydującym uważają wspólną religię – nie terytorium państwowe.
   Omówiwszy pokrótce zasady subsystemów Północy i Południa, stajemy przed kwestią rozstrzygnięcia, czy w systemie globalnym, w stosunkach pomiędzy oboma subsystemami dominują cechy ładu neorealistycznego czy też neoliberalnego?
    Wydaje się, że do tej pory w stosunkach pomiędzy Południem a Północą obecne były elementy obu ładów. Do rozpadu Związku Radzieckiego postawa krajów ówczesnego Trzeciego Świata względem Zachodu, utożsamianego dzisiaj z Północą, była dość zróżnicowana, choć już wówczas niezwykle silne były tendencje podkreślające odrębność Afrykanów, Arabów czy Azjatów od białych Europejczyków i Amerykanów. Blok północnoatlantycki wspierał pewne reżimy czy ruchy powstańcze przeciwko tym sponsorowanym przez ZSRR i jego satelitów. Mocarstwa uczyniły z Trzeciego Świata zastępczy front, na którym rywalizowały o surowce i wypróbowywały nowe rodzaje uzbrojenia.
    Tymczasem rosło niezadowolenie Południa z takiego stanu rzeczy, czego wyrazem był choćby Ruch Państw Niezaangażowanych. Kontrola, jaką ZSRR i USA wydawały się posiadać nad swoimi sojusznikami w Trzecim Świecie, okazała się raczej iluzoryczna. Arabowie, choć blok komunistyczny dostarczał im broń i technologie oraz zapewniał polityczną „opiekę” na arenie międzynarodowej, zawsze starali się zachować niezależność od Moskwy. Afrykańscy i południowoamerykańscy dyktatorzy także nie byli pokorni. Siadowi Barre, przywódcy Somalii, w zmianie orientacji na prozachodnią i wymówieniu flocie radzieckiej bazy w Bereberze na początku lat siedemdziesiątych, nie przeszkodziła cała potęga Związku Radzieckiego. Argentyńskim generałom nie przeszkadzało z kolei to, że w konflikcie Wschód-Zachód znajdują się teoretycznie w tym samym obozie co Wielka Brytania, gdy wszczynali z nią wojnę o Falklandy.
    Po „zimnej wojnie” pieniądze dla reżimów Trzeciego Świata – zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu – nagle się skończyły. Ci wspierani przez Moskwę pogrążyli się w marazmie gospodarczym (Kuba) lub wewnętrznych walkach (Etiopia). Wydawało się, że problemy ekonomiczno-demograficzne Południa zostaną rozwiązane spokojnie, przy stole rokowań. Wojna z Irakiem na początku lat 90-tych, a zwłaszcza stworzenie koalicji krajów arabskich sprzymierzonych z Zachodem przeciwko Saddamowi Husajnowi, zdawało się oddalać od Północy widmo islamskiego fundamentalizmu. W 1993 roku amerykański Departament Stanu w raporcie „Formy światowego terroryzmu” przyznał, że w poprzednim – 1992 roku – aż o 36% spadła liczba incydentów terrorystycznych. Zginęło w nich jedynie dwóch Amerykanów!
    W poszukiwaniu wrogów Zachodu stawiano na Iran lub Koreę Północną, może Algierię. Stawiano na państwa, lub na kontrolowane przez nie organizacje. Dopiero pierwszy atak na World Trade Center (1993), zamach terrorystyczny na tokijskie metro (1995) i tragedia w Oklahoma City (1995) uświadomiły, że zagrożenie może przyjść ze strony zakonspirowanej,
fanatycznej organizacji, niezależnej od państw, samodzielnie finansującej swoje działania poprzez legalne bądź półlegalne podmioty gospodarcze.
    Połączenie takiej właśnie organizacji ze skutkami braku polityki wobec dawnych sprzymierzeńców w Trzecim Świecie oraz strukturalnym ubóstwem ”zaowocowało” tragedią z 11 września.  Zostawieni samemu sobie byli afgańscy mudżahedini przypomnieli się światu dopiero samobójczym atakiem wymierzonym w stolicę Północy – Nowy Jork.
   Jakie konkretnie możemy znaleźć cechy ładu neorealistycznego w stosunkach Północ – Południe? Choćby ponowne zwiększanie się wartości eksportu broni przez Rosję, jednego z głównych dostawców uzbrojenia dla krajów Południa. O ile w 1989 roku ZSRR eksportował broń wartości 14,5 mld dolarów, to w 1993 roku Rosja uzyskała z tego tytułu jedynie 1,5 mld USD. Spadła także wartość eksportu broni chińskiej, także masowo używanej w Trzecim Świecie. Tymczasem w latach 1995-99, średnio Rosja za swoją technikę wojenną zarobiła prawie 3 mld USD.  Do tego trzeba doliczyć jeszcze rosnącą wartość eksportu broni ukraińskiej. Południe, po krótkiej przerwie, ponownie zaczyna się zbroić.
Obecnie zauważamy, że coraz silniejsze są tendencje do integracji regionalnej na Południu, zarówno polityczno-militarnej, jak i gospodarczej, które – co niesłychanie ważne - zwykle są anonsowane, jako próby uzyskania niezależności względem Północy. Widoczna jest także swoista „regionalna solidarność”, przejawiająca się w bronieniu państw regionu przed ingerencją ze strony krajów Północy (zwykle USA) i rozwiązywaniu problemów (choćby kwestii łamania praw człowieka) w ramach instytucji regionalnych, minimalizując udział Północy.
   Dzieje się tak w Afryce. Od lat już państwa afrykańskie przestrzegają niepisanej zasady wzajemnego nie zwalczania się na forum międzynarodowym, a gdy jedno z nich jest przedmiotem dyplomatycznego ataku, w imię panafrykańskiej solidarności zwierają szyki i wspólnie bronią danego kraju.
    Charakterystyczne są też próby utworzenia jakiegoś wspólnego ładu polityczno-militarnego, mimo skromnych możliwości krajów afrykańskich w tej mierze. Siły pokojowe ECOMOG wysłane do Sierra Leone i Liberii, choć przecież niezbyt skuteczne, były tego najlepszym przykładem. Organizacja Jedności Afrykańskiej (OJA), na szczytach w Dakarze (1992) i Addis Abebie (1995) rozpoczęła przygotowania do zorganizowania afrykańskich pokojowych sił szybkiego reagowania. Co się zaś tyczy integracji gospodarczej, to w 1991 roku podpisano traktat o utworzeniu w przyszłości Afrykańskiej Wspólnoty Gospodarczej.
   W Azji zauważamy podobne tendencje, wzmacniane poczuciem przynależności do odrębnej od Zachodu (Północy) „kultury Wschodu”. Widoczne jest dążenie do zbudowania bloku gospodarczego, który skutecznie konkurowałby z Unią Europejską i USA, stąd m.in. utworzenie Azjatyckiej Strefy Wolnego Handlu AFTA (1993) czy sukcesy APEC, której członkowie mają najwyższy procent handlu wewnątrzregionalnego (65-70%) spośród wszystkich organizacji regionalnych. Jednocześnie przywódcy krajów azjatyckich starannie unikają łączenia kwestii gospodarczo-ekonomicznych, ze sprawami społecznymi, w szczególności z kwestią praw człowieka, na co nacisk kładzie Północ.
    Należy jednocześnie podkreślić, że ASEAN, dotychczas organizacja ściśle gospodarcza, w której obowiązywała zasada nieangażowania się w wewnętrzne sprawy poszczególnych krajów członkowskich, zaczyna nabierać charakteru politycznego. Przywódcy krajów ASEAN coraz częściej wypowiadają się na temat sytuacji wewnętrznej lub polityki innych państw należących do tej organizacji. Za przykład może posłużyć nam potępienie przez członków ASEAN (z inicjatywy Tajlandii) reżimu birmańskiego za prześladowanie opozycji latem 1998 roku, czy skrytykowanie  premiera Malezji Mahahtira przez rządy Filipin, Tajlandii oraz Indonezji, za aresztowanie byłego wicepremiera Anwara Ibrahima we wrześniu tego samego roku. Kilka lat wcześniej, takie działania byłyby nie do pomyślenia.
    Wyrazem chęci wzrostu niezależności w sferze militarnej, jest natomiast inicjatywa utworzenia regionalnego bloku militarnego, mającego w przyszłości pomagać w rozwiązywaniu wszelkich lokalnych konfliktów.
   Z kolei pomiędzy Ameryką Łacińską a USA są bardzo silne różnice polityczne. Tradycyjne już próby podporządkowania sobie całej zachodniej półkuli przez Stany Zjednoczone, oficjalnie usankcjonowane doktryną Monroe (1823), budzą obawy wśród społeczeństw i przywódców Ameryki Południowej. Dodatkowo silne emocje budzi kwestia amerykańskiego embarga wobec Kuby. Liczne są deklaracje i gesty poparcia dla Fidela Castro, zwłaszcza ze strony lewicowych przywódców latynoskich.
    Do niedawna wydawało się jednak, że różnice polityczne zejdą na dalszy plan wobec powiązań gospodarczych. Ameryka Łacińska jeszcze w 1994 roku, na szczycie 34 przywódców obu Ameryk w Miami, dążyła do bliższej integracji gospodarczej z USA. Otwarcie wyrażano chęć przystąpienia do NAFTA i zachwycano się możliwościami wolnej wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Teraz już wspólny rynek obu Ameryk jest postrzegany jako narzędzie dominacji USA. Ameryka Łacińska chce integrować się sama, niejako w opozycji wobec Stanów Zjednoczonych, czego wyrazem była choćby Deklaracja Brasilijska z 2000 roku, mówiąca o utworzeniu wspólnego rynku tylko pomiędzy tzw. grupą andyjską (Wenezuela, Peru, Ekwador, Kolumbia i Boliwia) a Mercosur (Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj oraz Chile jako członek stowarzyszony) .
   Znana jest solidarność krajów i społeczeństw islamskich, jednoczących się niegdyś głównie wokół sprawy palestyńskiej, obecnie zaś raczej wokół ropy naftowej i wspólnych wartości cywilizacyjnych. Choć przeciwko Irakowi udało się Amerykanom zmontować koalicję w skład której weszło wiele krajów arabskich, nie okazała się ona trwała. Już, w 1993 roku, po rakietowym ataku USA na kwaterę główną irackiego wywiadu, kraje arabskie zaprotestowały przeciwko tej akcji. Także późniejsze amerykańsko-brytyjskie prewencyjne naloty na Irak, spotkały się z ostrą krytyką państw muzułmańskich.
    Istotna była także kwestia „islamskiej bomby jądrowej”. USA starał się w różny sposób zapobiegać wejściu w posiadanie broni atomowej przez muzułmanów. Bombardowano Irak, grożono Iranowi, naciskano na Pakistan. Znamienna jest odpowiedź ówczesnego prezydenta Pakistanu, Ghulama Ishaq Khana, na amerykańskie żądania zmiany programu nuklearnego przez Pakistan (1990), który miał powiedzieć publicznie, że Pakistańczycy mogą być biedni, ale nie ugną się pod presją bogatych Stanów Zjednoczonych, gdyż nie pozwala im na to honor narodowy.
    Polityczna integracja krajów arabskich w chwili obecnej wydaje się bardzo mało prawdopodobna. Trudno byłoby bowiem dojść do porozumienia socjalizującym dyktatorom Iraku, Syrii czy Libii, monarchom bogatych państewek Zatoki Perskiej czy szyickim duchownym z Iranu. Nie należy jednak zapominać o więzach łączących społeczeństwa krajów muzułmańskich. Różnorakie paramilitarne organizacje wspierane przez wojowniczo interpretowaną religię Islamu, są bardzo popularne wśród młodzieży muzułmańskiej. Spełniają one także bardzo istotne funkcje społeczne i wychowawcze, ale ich głównym celem jest szkolenie bojowników (terrorystów?) do ewentualnych wojen z „wrogami Islamu”. Działalność Al-Qaidy i Hezbollahu jest tutaj najsłynniejszym, choć przecież nie jedynym przykładem. Ukształtowała się swoista międzynarodówka islamskich fundamentalistów (choćby kongresy w Chartumie z 1993 i 1995 roku, czy londyński zjazd w 1994 roku), nad którą kontrola poszczególnych muzułmańskich państw jest nader iluzoryczna.
    Frustracja i antyamerykanizm muzułmańskich społeczeństw wynika również z tego, że w podsystemie krajów islamskich nie ma żadnego islamskiego państwa, które byłoby na tyle silne (czy to gospodarczo czy militarnie) aby odgrywać rolę hegemona, posiadającego wystarczające środki do utrzymania status quo i zapewnienia (wymuszania?) przestrzegania reguł postępowania w systemie. Z konieczności zatem, taką rolę spełnia – bo ktoś przecież musi - wśród państw muzułmańskich... USA, co jest często nie do przyjęcia dla społeczeństw arabskich ze względów kulturowych i religijnych!
    Wydaje się, że dość podobna sytuacja - braku lokalnego hegemona - jest w Ameryce Łacińskiej, natomiast w Afryce role tę usiłuje spełniać RPA (choć silne są także wpływy Francji i USA), a w Azji - Chiny.
   Wracając do systemu krajów islamskich, to wydaje się, że owym hegemonem, jeśli pod uwagę brać wyłącznie czynniki geopolityczne, powinien zostać Egipt bądź (w drugiej kolejności) Arabia Saudyjska, mające najkorzystniejsze położenie geograficzne (centrum świata arabskiego, dobry dostęp do mórz, łatwy dostęp zarówno do muzułmańskiej Afryki, jak i do Bliskiego Wschodu).
   Podsumowując nasze dotychczasowe rozważania, możemy stwierdzić, że regionalna integracja (abstrahując od jej skuteczności) stanowi przejaw samoorganizacji Południa przeciw Północy. Niektóre podsystemy Południa rywalizują z Północą gospodarczo (Azja, Ameryka Łacińska) inne kulturowo (Czarna Afryka, kraje islamskie) ale wszystkie postrzegają Północ jako strategicznego przeciwnika, niezależnie od krótkoterminowych taktycznych aliansów. Nie musi to prowadzić do żadnych akcji zbrojnych, ale – jeśli za prawdziwą przyjmiemy tezę o ładzie neorealistycznym panującym w stosunkach pomiędzy subsystemami Północy i Południa – ryzyko wszczęcia działań zbrojnych znacznie wzrasta.
    W świecie muzułmańskim, inaczej niż w Ameryce Łacińskiej czy Azji, to nie państwa czy wielkie koncerny będą głównym zagrożeniem dla Północy (ekonomicznym lub nawet militarnym), ale transnarodowe organizacje społeczne. Naturalnie pewne kraje będą je wspierać, ale potajemnie - tak, by nie narazić się na potężną ripostę Północy.
    A ta riposta co jakiś czas następuje. Okresowe „prewencyjne” bombardowania obiektów wojskowych w Iraku przez lotnictwo amerykańskie i brytyjskie, czy rakietowe ataki na domniemaną fabrykę broni chemicznej w Sudanie i bazy terrorystów w Afganistanie (1998) są tego przykładem. Północ choć wysyła na Południe wiele pieniędzy w formie bezpośredniej pomocy gospodarczej, jest więc gotowa również do akcji militarnych. Skupienie się na wyłącznie siłowych sposobach rozwiązania problemu terroryzmu stanowi najlepszy dowód wzrostu znaczenia czynników charakterystycznych dla ładu neorealistycznego.

Wnioski  płynące z konfliktów
z udziałem sił zbrojnych Północy i Południa

   Przedmiotem naszych rozważań będzie czysto militarny aspekt ewentualnego konfliktu Północy z Południem i wojskowa charakterystyka obu stron.
    Za podstawę badań posłużą nam konflikty bądź akcje zbrojne z lat 1989-2002, w których po przeciwnych stronach brały udział regularne bądź nieregularne formacje wojskowe z Południa i Północy. Do wyżej wymienionych zaliczyć należy: operację „Pustynna Burza”, czyli wojnę o wyzwolenie Kuwejtu (1990-1991), operację ONZ w Somalii (1992-93), operację ONZ na Haiti (1993-1995), anglo-amerykańskie naloty na cele w Iraku (1993, 1996, 1998), rakietowy atak na domniemaną fabrykę broni chemicznej w Sudanie i bazy terrorystów w Afganistanie (1998), atak na niszczyciel USS ”Cole” (2001), operacja wojskowa przeciw Talibom (2001-2002) oraz – jeśli Izrael potraktować jako kraj Północy, ku czemu są dość silne w tym wypadku przesłanki –  tzw. „drugą palestyńska intifadę” (1999-2002).
   Jakiego rodzaju konfliktami zbrojnymi możemy mieć do czynienia? A. Makowski podaje za F. Heisbourgiem cztery kategorie przewidywalnych wojen, które świetnie się wpisują w strukturę konfliktu Północ – Południe. „Pierwszą kategorię mogą stanowić wojny ze strony tzw. państw – złoczyńców (rogue countries), podejmowane przez antyzachodnie dyktatury, zdobywające dostęp do broni masowej zagłady. Ten typ konfliktu może się pojawić najprawdopodobniej w „półksiężycu kryzysu” rozciągającym się od północnej Afryki do Afganistanu. Drugą kategorię mogą stanowić wojny sukcesyjne, prowadzone przez grupy walczące o władzę w obrębie niegdyś istniejących państw (teatrami takich konfliktów mogą być Bałkany, subkontynent indyjski, Afryka subsaharyjska i niektóre obszary dawnego Związku Radzieckiego). Trzecią kategorię mogą stanowić „wojny dezintegrujące” (rozrywające), w których obce i rodzime grupy uderzą w podstawy funkcjonowania istniejących społeczeństw, za pomocą tak zróżnicowanych środków jak terror, „wirtualna destrukcja”, cyberwojny. Ten rodzaj wojny może zagrozić przede wszystkim krajom postindustrialnym. Czwartą kategorię wojen stanowić mogą „klasyczne” wojny w duchu clausewitzowskim, w których dziewiętnastowieczne cele będą osiągane metodami XXI wieku, w tym przypadku na największe ryzyko będzie narażona wschodnia Azja”
   Wojny należące do kategorii pierwszej i czwartej, w których przeciwko krajom Północy stanie państwo (lub państwa) Południa, wydają się dość mało prawdopodobne. Operacja „Pustynna Burza” udowodniła bowiem, że praktycznie żaden kraj Południa nie może się mierzyć w otwartej, klasycznie przeprowadzonej walce, z siłami Północy. Jakkolwiek w operacji wyzwolenia Kuwejtu wzięły udział także liczne oddziały z krajów arabskich (głównie egipskie, syryjskie i saudyjskie), jednak ich wkład militarny w pokonanie wojsk irackich był praktycznie niewielki. Walczyły one, wespół z amerykańską piechotą morską, na drugorzędnym – aczkolwiek prestiżowym - kierunku działań (bezpośrednie opanowanie Kuwejtu), natomiast główną i decydującą rolę odegrały oddziały anglo-amerykańsko-francuskie. Uznawana za nowoczesną, doświadczona armia iracka, na owy czas czwarta co do wielkości armia świata, została rozbita w puch przez sprzymierzonych, choć (ujawnione już po zakończeniu konfliktu) irackie plany obrony, były opracowane – jak potwierdzili amerykańscy eksperci – bez zarzutu.
   Jedną z głównych przyczyn tak przygniatającego zwycięstwa koalicji, była jej przewaga w powietrzu i metodyczne zmiękczanie obrony irackiej za pomocą nalotów, jeszcze zanim rozpoczęła się właściwa, lądowa operacja wyzwolenia Kuwejtu (Operacja Desert Sabre). W fazie lotniczych ataków zniszczono 39% irackich czołgów, 32% transporterów opancerzonych, 48% dział oraz 95% stacji radiolokacyjnych i 85% sieci wysokiego napięcia, zdezorganizowano dowodzenie i zaplecze logistyczne, zniszczono łączność.
    To właśnie lotnicza potęga Północy jest jej najbardziej charakterystyczną cechą militarną. Jest ona pochodną anglosaskiej doktryny wojennej sięgającej swymi korzeniami jeszcze czasów II wojny światowej. Jej głównymi założeniami było zminimalizowanie strat w ludziach - praktycznie pewnych przy przełamywaniu umocnionej obrony przeciwnika - poprzez użycie na ogromną skalę artylerii i lotnictwa. W wypadku napotykania silnego oporu, anglo-amerykańscy dowódcy zatrzymywali natarcie, i wzywali lotnictwo i artylerię. Wsparcie ogniowe pojawiało się natychmiast, dzięki świetnej współpracy wojsk lądowych i lotnictwa. Po zmasowanym bombardowaniu pozycji przeciwnika, natarcie kontynuowano. Główne założenia tej doktryny pozostały niezmienione do dzisiaj i funkcjonują w koncepcji „Dominacja z powietrza”, która praktycznie nie wymaga użycia sił lądowych w walce (mają one pełnić jedynie funkcje stabilizujące już po zakończeniu starć zbrojnych).
   W ewentualnym konflikcie z państwem Południa, Północ będzie się więc starała zapewnić sobie panowanie w powietrzu, co w praktyce przechyli automatycznie szalę zwycięstwa na jej stronę. W przypadku zdecydowanego ataku regularnych wojsk Południa na siły Północy w lokalnym konflikcie toczonym na terenie jednego z krajów Południa, to na lotnictwie spoczywać będzie główny ciężar zniszczenia atakujących, podczas gdy relatywnie szczupłe siły lądowe Północy będą starały się tylko opóźniać postępy nacierających wojsk. Natomiast w przypadku odwrotnym (ataku sił Północy na wojsko jednego z państw Południa na terenie tegoż państwa) lotnictwu przypadnie rola znaczącego osłabienia sił przeciwnika jeszcze zanim dojdzie do natarcia wojsk lądowych Północy, tak by zminimalizować ryzyko strat przy przełamywaniu umocnionych punktów oporu, a następnie bezpośredniego wsparcia nacierających wojsk lądowych.
   Warto zauważyć, że lotnictwo ma relatywnie najkorzystniejszy stosunek koszt – efekt, w porównaniu ze wszystkimi innymi rodzajami broni. Zbudowanie i utrzymanie potęgi lotniczej jest wprawdzie drogie (jeden samolot wielozadaniowy kosztować może od 30 do 100 milionów dolarów! Do tego należy jeszcze wliczyć koszt uzbrojenia i odpowiedniego zaplecza), ale dla bogatej Północy nie stanowi to wielkiego problemu. Ważniejsze jest to, że współczesny samolot jest platformą uzbrojenia obsługiwaną tylko przez 1-2 ludzi. Ewentualne straty w lotnictwie -  a co Zniszczony A-10 na irackiej pustyni.za tym idzie: wśród pilotów - są bardzo niskie (w Pustynnej Burzy utracono tylko 16 samolotów od irackiego ognia p-lot), co ma duże znaczenie dla demokratycznych społeczeństw Północy, raczej niechętnym wszelkim wojnom, a już na pewno niezbyt skłonnym poświęcać „swoich chłopców” w jakiejś niezrozumiałej dla nich wojnie daleko od ojczyzny. Jednocześnie pilot współczesnego samolotu wielozadaniowego (lub śmigłowca bojowego) ma w swoich rękach ogromną siłę niszczącą, zdecydowanie większą niż dowódca czołgu czy kapitan niszczyciela rakietowego (biorąc pod uwagę stosunek mocy arsenału do liczby obsługujących go ludzi). Eskadra samolotów (20-30 pilotów) może wyrządzić straty równe tym, spowodowanym przez batalion czołgów (1-2 tys. ludzi). Jednocześnie siły lotnicze względnie łatwo jest przerzucić w dowolny punkt świata, co nie jest już takie proste w wypadku kilku tysięcy żołnierzy z ciężkim sprzętem.
    Jedynym utrudnieniem w zmasowanym użyciu sił powietrznych Północy w Trzecim Świecie, jest konieczność każdorazowego znalezienia odpowiednio dużej i dobrze wyposażonej bazy leżącej w pobliżu miejsca konfliktu. Udział tak ogromnej ilości samolotów w Pustynnej Burzy (prawie 2000 maszyn) był możliwy tylko dzięki temu, że Arabia Saudyjska jeszcze w czasach „zimnej wojny” zbudowała kilka baz lotniczych gotowych na przyjęcie zachodnich samolotów (m.in. dedykowaną specjalnie dla samolotów stealth F-117 bazę King Khalid). Można było także skorzystać z baz tureckich. Jednak w przypadku ewentualnych akcji zbrojnych w Afryce może być z tym problem. Podczas operacji w Somalii siły ONZ dysponowały jedynie maszynami z dwóch amerykańskich lotniskowców.
    Kraje Południa będą musiały postarać się zniwelować przewagę lotniczą Północy. Nie stać ich z pewnością na kupno znacznej liczby nowoczesnych samolotów. Północ jest w stanie zgromadzić w krótkim czasie (tydzień) w dowolnym punkcie świata ok. 300 maszyn bazujących na lotniskowcach. Kolejne lotniskowce będą się mogły znaleźć w regionie operacji w ciągu następnych dwóch tygodni. Do tego należy doliczyć dalsze 100-200 lub nawet więcej maszyn, jeśli konflikt odbywa się w pobliżu dużej bazy lotniczej Północy (np. Diego Garcia na Oceanie Indyjskim czy Incirlik w Turcji). Możliwe jest także przeprowadzenie bombardowań za pomocą strategicznych bombowców dalekiego zasięgu (B-52, B-1, B-2) które mogą startować z USA i Europy (dalsze kilkadziesiąt maszyn). Żeby skutecznie przeciwstawić się takiej potędze, państwo Południa musiałoby dysponować liczbą co najmniej 100-150 nowoczesnych myśliwców, uzbrojonych w rakiety p-lot dalekiego zasięgu oraz świetnie zorganizowaną obroną przeciwlotniczą (nowoczesne radary, pasywne środki wykrywania, cyfrowy system przekazywania informacji). Abstrahując już od faktu, że niewiele krajów Południa byłoby stać na takie zakupy (praktycznie tylko bogate szejkanaty Zatoki Perskiej, Chiny, Pakistan oraz Indie), należy zaznaczyć, że Kongres USA i rządy krajów zachodnioeuropejskich raczej nie zgodziłyby się na transfer tak zaawansowanych technologii militarnych do niektórych krajów Południa. Samodzielne zbudowanie nowoczesnych samolotów przerasta zdecydowanie możliwości Południa, co potwierdza przykład Chin czy Indii. Pozostaje zakup samolotów rosyjskich – nieco tańszych od zachodnich, ale i nieco gorszych. Ale nawet samoloty rosyjskie kosztują całkiem sporo – w 1999 roku Etiopię stać było na zakup jedynie... 4 myśliwców Su-27 starszych wersji i kilku śmigłowców oraz uzbrojenia do nich, za sumę 160 mln dolarów.
   Praktycznie jedynym dostępnym dla wszystkich krajów Trzeciego Świata sposobem na choćby częściowe utrudnienie lotniczej ofensywy Północy, jest rozbudowa lufowej i rakietowej artylerii przeciwlotniczej. Jest to z pewnością sposób najtańszy.
    W dziedzinie produkcji rakietowych systemów p-lot bodajże największe doświadczenie i osiągnięcia ma Rosja. To niejako pozostałość po epoce „zimnej wojny”, kiedy to świadomość siły lotnictwa NATO wymusiła priorytet dla rozwoju broni przeciwlotniczej dla krajów Układu Warszawskiego. Oprócz niskiej ceny i bardzo wysokiej jakości, ma więc dla Południa przeciwlotnicza broń rosyjska także dodatkowy atut –  dedykowane antyzachodnie (obecnie „antypółnocne”) przeznaczenie. Rozbudowa naziemnych systemów p-lot jest więc koniecznością dla krajów, które mogą spodziewać się jakiejkolwiek interwencji zbrojnej Północy. Niewielkie rozmiary (utrudniające wykrycie i zniszczenie) oraz wysoka efektywność są podstawowymi atutami takiej broni w konfrontacji z potęgą lotniczą. Nawet kilka nowoczesnych systemów p-lot może sparaliżować, a z pewnością znacznie utrudnić lotnicze bombardowania. Mimo że naziemna obrona p-lot była piętą achillesową irackiej armii, to i tak wszystkie zestrzelone przez Irak samoloty sprzymierzonych, zostały strącone właśnie przez nią. Irackie samoloty nie zestrzeliły żadnej maszyny.
   Uprzedzający atak na wspomniane wyżej bazy, które mogłyby być wykorzystane do przyjęcia sił powietrznych Północy rodzi różnego rodzaju problemy i trudności. Po pierwsze powoduje eskalację konfliktu, gdyż bazy owe zwykle znajdują się na terytoriach krajów ościennych. Po drugie nastręcza dużych trudności natury militarnej, gdyż wobec szczupłości sił lotniczych krajów Południa, skuteczny atak z powietrza na dobrze zwykle bronione bazy lotnicze, jest wysoce utrudniony. Pozostają działania sił specjalnych, ale one z kolei wymagają długiego przygotowania i planowania takiej akcji, co wobec często relatywnie szybkiego rozwoju wydarzeń, nie jest okolicznością sprzyjającą. W tej kwestii pozostaje praktycznie atak na lotniskowce krajów Północy. I tu dochodzimy do zagadnienia wojny morskiej pomiędzy krajami Północy i Południa.
   Potęga morska jest drugą charakterystyczną cechą militarną Północy. Budowana najpierw w celu kolonialnej i handlowej ekspansji, następnie rozwijana dla ochrony zdobyczy w różnych częściach świata, wreszcie przygotowywana do globalnego starcia ze Wschodem, stała się flota krajów Północy potężnym instrumentem walki, nie mającym praktycznie rywala na Południu. Floty Indii oraz Chin, choć intensywnie rozwijane (zwłaszcza flota chińska jest budowana pod kątem ewentualnego konfliktu z US Navy) jeszcze długo nie będą w stanie choćby tylko stanowić poważniejszego zagrożenia dla flot państw Północy. A jednak specyfika działań na morzu rodzi dla Południa wiele szans nawet na zniszczenie morskich sił przeciwnika w lokalnym konflikcie.
   Dotychczasowe akcje zbrojne Północy przeprowadzane były w dość dużej odległości od ich macierzystych baz. Wojska lądowe i powietrzne bazowania lądowego, potrzebują z reguły wiele czasu na przygotowanie do wyjazdu oraz samo dotarcie w rejon konfliktu. Względnie szybką reakcję zapewnia jedynie marynarka, poprzez swoje lotniskowce i piechotę morską bazującą na dużych, pełnomorskich okrętach desantowych (tzw. śmigłowcowcach).
    Aby więc zapewnić sobie w jak najkrótszym czasie prymat w powietrzu w rejonie konfliktu – zgodnie z doktryną wojskową Północy, należało przesunąć tam lotniskowce wraz z eskortującymi je okrętami (które z kolei są platformą dla pocisków samosterujących używanych do ataków na silnie bronione cele punktowe i do przełamywania obrony powietrznej przeciwnika), a następnie zapewnić im wsparcie logistyczne (paliwo, broń dla samolotów). Jeśli jednak dodatkowo zachodziła konieczność użycia jednostek lądowych, zwłaszcza zmechanizowanych (Irak, Somalia, Afganistan) rola transportu morskiego jeszcze bardziej wzrastała. Jakkolwiek samych żołnierzy i lekki sprzęt można przetransportować drogą lotniczą, tak w przypadku czołgów, transporterów piechoty i nawet śmigłowców byłoby to bardzo czasochłonne i drogie. Jeden samolot C-5 Galaxy (największy samolot transportowy w dyspozycji NATO) może zabrać na pokład 5 ciężkich wozów bojowych. Przetransportowanie więc tą drogą dywizji zmechanizowanej (ok. 300-400 czołgów, 300-400 transporterów i wozów piechoty, ponad sto dział i wyrzutni rakietowych) byłoby niezwykle uciążliwe. Dodać należy również, że ciężkie samoloty transportowe wymagają długich i świetnie przygotowanych pasów startowych, o co często trudno w krajach Trzeciego Świata.
    Tymczasem sieć portów w krajach Południa jest znacznie lepiej rozwinięta niż sieć lotnisk, a potężne kontenerowce zabierają znacznie więcej ładunku niż samoloty transportowe, przez co transport sprzętu jest o wiele tańszy.
   Jasno więc widać, że w ewentualnych konfliktach pomiędzy wojskiem Północy a państwem Południa, udział sił morskich będzie znaczny. Ale daje to szansę na osłabienie, lub nawet obezwładnienie tych sił, a tym samym na odsunięcie w czasie lub uniemożliwienie interwencji Północy. Lotniskowce i śmigłowcowce stacjonować będą dość blisko wybrzeży atakowanego państwa, ze względu na zasięg stacjonujących na nich maszyn. Współczesne okręty, jak bardzo słusznie zauważył A. Makowski , są „jednostkami jednego trafienia”. Wystarczy wybuch pojedynczej rakiety, torpedy lub miny, by wyłączyć z walki daną jednostkę, nawet stosunkowo dużą. Świadczą o tym przypadki zatopienia HMS „Schieffeld” Płonący Sheffieldpodczas wojny falklandzkiej, USS „Stark” w tzw. „wojnie tankowców”, uszkodzenie śmigłowcowca USS „Tripoli” i krążownika USS „Princeton” przez wybuchy min w trakcie Pustynnej Burzy czy ostatnie ciężkie uszkodzenie USS „Cole”. Niegdyś pierwszą (i ostatnią) linią obrony okrętu był jego pancerz. Obecnie są to śmigłowce wczesnego ostrzegania, antyrakiety dalekiego i bliskiego zasięgu, wreszcie artyleryjskie szybkostrzelne zestawy „ostatniej szansy”. Grubość pancerza nie jest już tak istotnym czynnikiem. Zresztą siła niszcząca współczesnych rakiet przeciwokrętowych jest bardzo duża, i klasyczny pancerz i tak nie na wiele by się zdał. Dodatkowo zatopienie, lub ciężkie uszkodzenie okrętu wiąże się zazwyczaj ze znacznymi stratami w ludziach i jest – że tak powiem – niezwykle „spektakularne”, co w epoce powszechnego dostępu do informacji może mieć duże konsekwencje dla demokratycznych rządów Północy.
   Dlatego kraje Południa powinny skupić się na wszelkich systemach uzbrojenia, które mogą stanowić zagrożenie dla dużych okrętów Północy. Ponownie okazuje się, że Rosja, jako producent tanich i wysokiej jakości rakiet przeciwokrętowych, min i łodzi podwodnych, będzie najprawdopodobniej w dalszym ciągu zaopatrywać Południe w potrzebną mu broń. Choć należy zaznaczyć, że kraje Południa wchodzą także w posiadanie analogicznych systemów zachodnich (nie zawsze legalnie) i są często w stanie produkować ich rodzime kopie. Minowanie wybrzeży, czy nawet całego akwenu wodnego, może być przeprowadzone nawet za pomocą małych okrętów. Natomiast platformą dla pocisków przeciwokrętowych powinny być małe, ruchliwe jednostki (kutry rakietowe). Zakup dużych okrętów (fregat, niszczycieli) jako nosicieli rakiet woda-woda nie jest raczej najlepszym rozwiązaniem. Podrażają one znacznie koszt całego systemu, więc ich ewentualna utrata byłaby znacznie większym ciosem niż utrata kilku małych okrętów. Ponadto w sytuacji gdy zadania flot państw Południa będą raczej defensywne i dotyczyć mają jedynie akwenów przybrzeżnych, duże pełnomorskie okręty byłyby bardzo nieekonomicznym rozwiązaniem.
    Duże znaczenie będą mieć także brzegowe rakietowe systemy przeciwokrętowe, które utrudniać mogą wykonanie klasycznego desantu morskiego.
   Południe natomiast relatywnie szybko będzie w stanie dogonić Północ w dziedzinie techniki i organizacji wojsk lądowych. Przewaga wojsk zmechanizowanych koalicji nad irackimi dywizjami pancernymi, choć zasadnicza, wynikała praktycznie z jednego faktu: systemy celownicze czołgów irackich (produkcji radzieckiej i chińskiej) były o wiele gorszej jakości niż czołgów produkcji zachodniej, a w nocy czołgiści wojsk Saddama Husseina byli praktycznie ślepi, podczas gdy ich przeciwnicy, dzięki termowizorom, widzieli wszystko jak na dłoni. W związku z tym, że na współczesnym polu walki skuteczność i zasięg uzbrojenia p-panc jest stosunkowo duży, kto pierwszy zobaczy i zidentyfikuje przeciwnika, ten wygrywa. Pojedynek czołgów przyjmuje postać gry o sumie zerowej. Dlatego jeśli czołgiści amerykańscy, angielscy i francuscy wykryli czołgi irackie zanim te wykryły ich, mogli do nich strzelać jak do tarcz, praktycznie nie ponosząc strat własnych (podczas operacji Pustynna Burza Amerykanie stracili... 30 czołgów, w tym tylko jeden od ognia p-panc). Dodając do tego ogólną wyższą jakość zachodnich czołgów (lepszy pancerz, skuteczniejsze pociski p-panc) mamy pełny obraz bitwy na pustyni.
    Ale ten stan rzeczy względnie łatwo jest zmienić. Modernizacja przyrządów celowniczych w wozach bojowych jest bardzo tania i łatwa do przeprowadzenia. Na rynku wiele firm (zachodnich, izraelskich, południowoafrykańskich, rosyjskich) oferuje podobne zestawy i kompleksową modernizację, połączoną ze wzmocnieniem pancerza i dostawą nowej, skuteczniejszej amunicji. Bogatsze kraje kupują wręcz zachodnie czołgi. Rejonem w którym jest (i długo jeszcze będzie) największe zainteresowanie nowoczesnym sprzętem pancernym jest Zatoka Perska. W stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Abu Zabi, odbywają się  co dwa lata największe wystawy ciężkiego sprzętu (IDEX), na których podczas dynamicznych pokazów prezentują się potencjalnym odbiorcom najnowsze czołgi francuskie, brytyjskie, ukraińskie i rosyjskie. Podczas samych tylko targów zawierane są kontrakty średnio w wysokości 160-180 mln dolarów, a do tego dochodzą późniejsze miliardowe kontrakty będące wynikiem IDEXu (czołgi i transportery dla Kataru, ZEA, Omanu, Kuwejtu).
   Równie duże zainteresowanie jest wykazywane rakietami przeciwpancernymi – skutecznym (i względnie tanim) środkiem zwalczania czołgów, nawet najnowocześniejszych. Pustynna Burza była ważną lekcją dla państw zaliczanych dzisiaj do Południa. Nauczyły się one tej lekcji dobrze.
   Natomiast jeśli chodzi o sposób działania wojsk Północy, to z pewnością wzrośnie udział siła specjalnych. W związku z tym, że operacje wojskowe Północy prowadzone będą na terenach państw Południa, potrzebne są oddziały, które są przygotowane do samodzielnej służby w każdych warunkach klimatycznych i terenowych, a ich wartość bojowa jest tak samo wysoka pod każdą szerokością geograficzną. Tylko żołnierze jednostek specjalnych, przechodzący długotrwałe, wyrafinowane szkolenia w różnych warunkach, spełniają te wymagania. Ich zadaniem będzie przede wszystkim wyeliminowanie, lub pomoc przy wyeliminowaniu tych systemów uzbrojenia, które mogą zagrozić powietrzno-morskiej przewadze Północy, a są relatywnie trudne do zniszczenia w tradycyjny sposób (nalot, ostrzał artyleryjski i rakietowy) oraz paraliżowanie systemu dowodzenia i łączności przeciwnika, poprzez działania dywersyjne. Innymi słowy będą oni starać się wykrywać zamaskowane wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych i przeciwokrętowych, niszczyć je lub naprowadzać na nie samoloty.
    Tradycyjne, zmechanizowane siły lądowe, mogą nawet nie zostać użyte w przypadku, gdy broń pancerna przeciwnika nie będzie stwarzała wielkiego zagrożenia i skutecznie będzie mogła być zwalczana przez lekkie siły aeromobilne. Dlatego wydaje się, że rozwój technologiczny czołgów na Północy ulegnie pewnemu spowolnieniu, a ich liczba w armiach tego bloku zmniejszy się, zwłaszcza względem lekkich kołowych niszczycieli czołgów – znacznie tańszych, a równie dobrze radzących sobie z przestarzałymi czołgami krajów Południa.

   W wojnach kategorii drugiej i trzeciej (wojny sukcesyjne i wojny dezintegrujące, zwane także wojnami asymetrycznymi) przeciwnikiem sił Północy nie będą tym razem regularne wojska Południa, a nieregularne, paramilitarne, partyzanckie grupy czy wręcz bandy zbrojne, działające często beż żadnego centralnego dowództwa, kryjące się wśród lokalnej ludności (nawet korzystające z jej wsparcia) nie dysponujące raczej ciężkim sprzętem, lotnictwem ani marynarką wojenną. Z takimi przypadkami mieliśmy do czynienia w Somalii, w Afganistanie oraz w konflikcie Izraelsko-Palestyńskim. Cechami wyróżniającymi takie oddziały, jest zwykle ponadprzeciętna determinacja ich członków, trudność w odróżnianiu lokalnej ludności cywilnej od bojowników, świetne wykorzystanie warunków terenowych dzięki ich perfekcyjnej znajomości, partyzanckie bądź terrorystyczne metody walki.
   Wymusi to na wojskach Północy pewną modyfikację taktyki. Przede wszystkim w takich rodzajach konfliktu spadnie relatywnie rola lotnictwa, zwłaszcza myśliwsko-bombowego. Brak dużej ilości celów wartych bombardowania (lotnisk, umocnionych punktów oporu, stanowisk dowództwa etc) czy zestrzelenia (zwykle szczątkowe, stare lotnictwo), a jednocześnie względna trudność w użyciu samolotów do bezpośredniego wsparcia swoich wojsk (m.in. z powodu znacznej odległości od teatru działań od lotnisk\lotniskowców macierzystych, przez co  wydłuża się czas reakcji) , powoduje, że liczba samolotów biorących udział w operacjach należących do owej drugiej i trzeciej kategorii wojen, jest niska w porównaniu z wojnami kategorii pierwszej i czwartej. Wzrośnie za to rola śmigłowców jako środka transportu, umożliwiającego w krótkim czasie szybką reakcję na pojawienie się sił przeciwnika, stosującego partyzancką taktykę hit and run. Śmigłowce lepiej niż myśliwce wielozadaniowe nadają się też do bezpośredniego wsparcia własnych wojsk lądowych w ich walce z formacjami nieregularnymi. Mogą bazować na prowizorycznych lotniskach polowych, a dłuższy od samolotów czas przebywania nad celem (co w warunkach konwencjonalnej wojny jest okolicznością ujemną) pozwala im na dokładną identyfikację i rozróżnienie pomiędzy walczącymi a ewentualnymi cywilami. Już dzisiaj Izrael swoją kampanię przeciwko Palestyńczykom prowadzi głównie za pomocą śmigłowców bojowych, tropiąc i eliminując za ich pomocą przywódców Palestyńskich organizacji wyzwoleńczych.
C-130 Gunship w akcji.    W tego rodzajach konfliktu duże znaczenie będą również miały tzw. samoloty wsparcia ogniowegoGunship”). Przerobione z tłokowych transportowców (dzięki czemu posiadają stosunkowo niską prędkość), uzbrojone na modłę szturmowców II wojny światowej w ciężkie działa i haubice, świetnie nadają się do wsparcia własnych wojsk lądowych. To właśnie one oraz śmigłowce stanowiły główne siły lotnicze w operacji w Afganistanie. Ze względu jednak na ową małą prędkość i niski pułap operowania takich samolotów i śmigłowców oraz względną łatwość ich zestrzelenia (przy odrobinie szczęścia może wystarczyć celna seria z Kałasznikowa) należy spodziewać się stosunkowo wysokich strat w takim konflikcie.
   Na morzu zaobserwujemy zjawisko zwane „deprofesjonalizacją wojny morskiej”. Jako że flota Północy będzie musiała w ewentualnej operacji (prowadzonej najczęściej w krajach Trzeciego Świata) zapewnić zarówno wsparcie lotnicze jak i logistyczne, u wybrzeży kraju-celu operacji znajdzie się wiele okrętów i statków Północy. Jednocześnie nie będą one miały przeciwnika w postaci regularnej floty danego państwa. Nie należy jednak przypuszczać, że tak ogromny propagandowy efekt, jaki odnieść może potencjalne zatopienie bądź obezwładnienie dużego okrętu Północy, zostanie zmarginalizowany przez bojowników, przeciwko którym toczy się dana operacja. Jak już wcześniej zauważyliśmy, współczesne okręty wojenne, są jednostkami ”jednego trafienia”. Nieregularne grupy i organizacje zbrojne dysponują zaskakująco dużymi możliwościami w celu zadania owego „trafienia”. Mogą to być samobójcze ataki szybkich łodzi wypełnionych materiałem wybuchowym lub „statków pułapek” (jak w przypadku ataku na USS „Cole”), samobójcze ataki małych awionetek, potajemne operacje minowania całych akwenów (w 1984 organizacja Dżihad przyznała się do skrytego postawienia 190 min na Morzu Czerwonym; jak przypuszczano, dokonano tego za pomocą libijskiego statku handlowego Ghat ), umieszczanie rakiet przeciwokrętowych na statkach handlowych (rakiety zdolne do użycia ze zwykłych statków można zdobyć choćby w Chinach) a nawet abordaż i zdobycie jakiegoś okrętu.
    Warto zauważyć, że Tamilskie Tygrysy od dawna już z powodzeniem stosują samobójcze ataki łodzi motorowych przeciw żegludze lankijskiej. Ostatnio jednak okazało się, że ta niezależna od jakiegokolwiek państwa organizacja potrafiła własnymi środkami wybudować flotę specjalnych szybkich łodzi w technologii stealth (o obniżonej wykrywalności przez radary). Jeśli potrafili to Tamilowie, to również inne organizacje mogą wkrótce wejść w posiadanie podobnego uzbrojenia. Skoordynowany nocny atak takich trudno wykrywalnych motorówek, przeprowadzony na przybrzeżnych wodach, dla każdej floty wojennej mógłby się skończyć tragicznie.
   Jednocześnie, naszpikowane elektroniką i systemami zdolnymi niszczyć cele z odległości setek mil, współczesne okręty często nie dysponują żadnym uzbrojeniem artyleryjskim pozwalającym się obronić przed samobójczym atakiem szybkiej łodzi motorowej (np. projektowana fregata dla Polskiej Marynarki Wojennej ma posiadać tylko jedną armatę kal. 57 mm i żadnych działek automatycznych małego kalibru). Można się więc spodziewać zwiększenia wytrzymałości pancerza przyszłych okrętów, montowania na nich artyleryjskiej broni automatycznej małego kalibru lub nawet powstania specjalnych małych artyleryjskich jednostek, chroniących zespoły lotniskowców przed tego typu atakiem.
   Warto także wspomnieć o roli okrętów podwodnych. Dysponują one pociskami samosterującymi dalekiego zasięgu (Tomahawk), tak więc w przypadku konieczności skrytego i szybkiego uderzenia w obiekt punktowy (np. w bazę terrorystów, którzy wiedząc o podążaniu w ich kierunku sił nawodnych, mogą ową bazę ewakuować) mogą być z powodzeniem używane do niespodziewanego ataku, choć ograniczona liczba pocisków (12 na Okręt podwodny klasy Ohio USS Alaska (SSBN-732)jednym o.p.) nie pozwoli na wykonanie zmasowanego ataku. Będą też okręty podwodne używane do skrytego transportowania dużych grup specjalnych. Już teraz US Navy przysposabia dwa okręty typu Ohio do podobnej roli, montując – w miejsce wyrzutni nuklearnych pocisków balistycznych (cóż za signum temporis...) – kontenery zdolne pomieścić do 70 komandosów.
   I tutaj dochodzimy do roli sił lądowych w tego typu konfrontacjach. Amerykańskie doświadczenia z Wietnamu i rosyjskie z Afganistanu zaowocowały pełnym sukcesem niedawnej operacji w Afganistanie, która będzie zapewne modelowym przykładem użycia poszczególnych rodzajów broni. Siły lądowe wzięły w niej udział dopiero, gdy teren został „przygotowany” przez lotnictwo. Sojusz Północny wykonał najtrudniejszą i najbardziej nieprzyjemną dla Północy część operacji: bezpośrednie pokonanie Talibów w walce. Jeśli jednak nie będzie w kraju operacji żadnej grupy, która mogłaby podobną rolę odegrać (a Północ każdorazowo będzie się usilnie starała taką grupę znaleźć) wówczas, jeśli dojdzie do użycia w operacji sił lądowych, sytuacja będzie wyglądała raczej odwrotnie od tego, czego o „walkach kolonialnych armii europejskich przeciw tubylcom” uczy nas historia. Dotychczas łatwiej było kontrolować miasto, podczas gdy prowincja należała zwykle do rebeliantów\powstanców etc. Wojska europejskie robiły okresowe wypady na prowincję usiłując zniszczyć co bardziej śmiałe grupy tubylców, jednak sytuacja pozostawała z grubsza taka sama. Analiza operacji somalijskiej i haitańskiej dowodzi zmiany tej zasady. W Somalii siłom ONZ udało się kontrolować jedynie najważniejsze punkty Mogadiszu: port, lotnisko, swoją kwaterę. Próby schwytania gen. Aidida, który często znajdował się o kilka przecznic dalej, poprzez wysyłanie silnych oddziałów piechoty, Scena z filmu Blackhawk down.wspartej ciężkim sprzętem i śmigłowcami, praktycznie grzęzły w zasadzkach przeprowadzonych przez setki Somalijczyków na rondach, skrzyżowaniach i w slumsach, przez które prowadziła droga sił ONZ. Natomiast te obszary na prowincji, gdzie ONZ próbował zaprowadzić jakąś kontrolę, udawało się opanować stosunkowo łatwo (dzięki wsparciu samolotów i czołgów, niezbyt przydatnych podczas walk w mieście). Z kolei w Haiti próba lądowania amerykańskich marines w Port-au-Prince zakończyła się niepowodzeniem, z powodu zdecydowanej, nieprzychylnej postawy tłumu Haitańczyków zgromadzonych na nabrzeżach portu . W 1995 roku siły stabilizacyjne lądowały już nie w porcie, ale na plażach wokół haitańskiej stolicy.
    Slumsy wielkich miast Południa świetnie nadają się do przeprowadzania zasadzek i zastawiania pułapek na ewentualne siły ekspedycyjne Północy, dlatego to prowincja będzie łatwiejsza do opanowania i to tam zakładane będą główne bazy (logistyczne, dowodzenia, śmigłowców) wojsk Północy.
   Rola sił specjalnych sprowadzać się będzie natomiast do rozpoznania terenu i eliminacji liderów grup zbrojnych Południa. Trzeba jednak zaznaczyć, że komandosi, jako formacja w pełni zawodowa i najlepiej przygotowana do walki w każdych warunkach geoatmosferycznych, będzie Komandosi US Navy SEAL.stanowić trzon lądowego komponentu ewentualnych operacji. Broń ciężka (czołgi, bojowe wozy piechoty) będzie używana raczej wyłącznie do patrolowania zajętego terenu i odstraszania ewentualnego agresora. Taką rolę spełniała broń pancerna w Somalii i Kosowie. Wszelkie manewrowe akcje zbrojne będą przeprowadzały oddziały specjalne (typu SAS, SBS, Kampfschwimmer, Delta Force, FAST, NAVY Seals, GROM etc.) i lekka, aeromobilna piechota (10 Dywizja Górska USA, Rangersi, polska 25 BKaw etc.).


Bibliografia:

1. J.Bizewski, Pustynna Burza, wyd. Altair, Warszawa 1994

2. A.Gwiazda, Globalizacja i regionalizacja gospodarki światowej, wyd.”Adam Marszałek”, Toruń 2000

3. E.Haliżak, R.Kuźniar, Stosunki międzynarodowe: geneza – struktura – dynamika, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2000

4. P.Kucharski, Somalia 92-95, wyd. Altair, Warszawa 1998

5. M.Kuczyński, Krwawiąca Europa, Bellona, Warszawa 2001

6. T. Łoś-Nowak, Stosunki międzynarodowe. Teorie – systemy – uczestnicy, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2000

7. A.Makowski, Siły morskie współczesnego państwa, wyd. Impuls Plus Consulting, Gdynia 2000

8. W.Roszkowski, Półwiecze. Historia polityczna świata po 1945 roku., PWN, Warszawa
   1997

9. Róg Afryki, pod red. J.Mantel-Niećko, M.Ząbek, wyd. TRIO, Warszawa 1999

10. M.W.Solarz, Republika Południowej Afryki – trwałość czy zmierzch potęgi w regionie?,
   Wydawnictwo Akademickie DIALOG, Warszawa 1999

Dzienniki:
„Gazeta Wyborcza”
„Rzeczpospolita”

Tygodniki:
„Polityka”
„Newsweek”
„Wprost”
„Forum”

Pisma specjalistyczne:
„Nowa technika wojskowa”
„Raport: wojsko - technika - obronność”

Internet:
www.rp.pl - strona internetowa dziennika „Rzeczpospolita”
www.allAfrica.com - witryna poświęcona problemom politycznym, ekonomicznym idemograficznym Afryki.



Copyright (C) Bartosz Odorowicz '2002
II rok politologii UG
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
Foto: INTERNET



www.greendevils.com.pl