Francja
prezydenta Mitteranda była przeciwna rozpadowi Jugosławii na odrębne republiki,
gdyż po pierwsze upatrywała w tym potencjalne źródło destabilizacji całego
regionu Bałkanów - tradycyjnie dla niej dość ważnego, a po drugie bała
się ześlizgnięcia Słowenii, Bośni i Chorwacji w orbitę wpływów Bonn. Wielu
emigrantów z tych krajów zamieszkiwało w Niemczech. Wspierali oni niepodległościowe
aspiracje swych pobratymców zarówno finansowo, jak i dostarczając ochotników
do wojska. Ta naturalna więź pomiędzy Niemcami a krajami Federacji Jugosławiańskiej
niepokoiła Francois Mitteranda i ówczesnego ministra sprawa zagranicznych
Francji, Rolanda Dumasa. Trzeba pamiętać, iż lata 1990-92 były okresem
wielkich przemian, z których miała się wyłonić Europa w zupełnie nowym
kształcie. W odwiecznym interesie Francji było, aby wyłonione z tych przemian
Niemcy nie były silniejsze od ich zachodniego sąsiada.
Tymczasem nowe,
zjednoczone Niemcy, uwolnione od niebezpieczeństwa ze wschodu, zaczęły
prowadzić aktywniejszą i bardziej niezależną politykę zagraniczną, czego
przykładem było choćby wspieranie Słowenii i Chorwacji w ich dążeniach
niepodległościowych (to Bonn, jako pierwsze na świecie, bo już w grudniu
1991 roku, uznało niepodległość tych krajów). Tym więc należy tłumaczyć
działania Francji (choć niestety prowadzone bez przekonania) na rzecz zachowania
integralności Jugosławii oraz późniejsze poparcie dla Serbów, gdy jasnym
się stało, że posttitowska Jugosławia musi się rozpaść. Nigdy nie było
to jednak poparcie oficjalne! Paryż nie protestował zbyt głośno, gdy w
1992 roku najpierw NATO, a potem Rada Bezpieczeństwa ONZ wprowadziły sankcje
ekonomiczne przeciw Nowej Jugosławii, choć już w rok później domagał się
ich zniesienia. Tam gdzie było to możliwe, Mitterand starał się opóźniać
po prostu konkretne decyzje, a przynajmniej ich nie przyspieszać. Politykom
francuskim wydawało się, że silna Serbia może spełniać rolę lokalnego ośrodka
stabilizacji oraz przeciwwagi dla wspieranych przez Bonn Chorwatów.
Innym niezwykle
istotnym motywem francuskiej sympatii dla Serbów, była chęć utrzymania
dobrych stosunków z Moskwą oraz obawa przed dojściem do władzy w Rosji
radykalnych ugrupowań politycznych. Z tego względu Mitterand starał się
włączać Moskwę do procesu podejmowania decyzji wobec krajów byłej Jugosławii,
a także sprzeciwiał się nalotom NATO na pozycje Serbów bośniackich. Choć
w końcu cierpliwość, zarówno polityków jak i opinii publicznej wyczerpała
się i w kwietniu 1994 roku samoloty natowskie zbombardowały Serbów w Bośni,
to jednak niemal natychmiast (bo 25 kwietnia), niejako dla złagodzenia
wrażenia izolacji Moskwy na arenie międzynarodowej, powstała Grupa Kontaktowa
z Rosją w składzie, mająca koordynować wysiłki pokojowe. Bombardowaniom
Paryż był niezbyt chętny także z innego powodu: mianowicie prowadziłyby
one do wzmocnienia pozycji USA w Europie, czego Mitterand nie chciał w
żadnym wypadku. Tylko sprzeciwiając się nalotom Francja może zachować swój
status, bo wówczas zgoda na nie musiałaby być przez Waszyngton wynegocjowana
z Paryżem - tak rozumował prezydent.
Można więc bez
cienia przesady stwierdzić, że proserbska postawa Paryża w pierwszej połowie
lat dziewięćdziesiątych spowodowana była przede wszystkim takim, a nie
innym postrzeganiem interesu narodowego Francji, gdzie dobre stosunki z
Moskwą, ostrożność wobec odrodzonych Niemiec oraz przekorne demonstrowanie
odrębności od USA miały kluczowe znaczenie.
Stosunek Paryża
do Serbów zmienił się w 1995 roku. Miały na to wpływ przede wszystkim dwa
czynniki: świadomość Serbów, że Rosja była dla nich w zupełności wystarczającym
sojusznikiem i rzecznikiem na forum międzynarodowym oraz zmiana w fotelu
prezydenta Francji.
Moskwa głośno i
wyraźnie protestowała przeciw sankcjom i nalotom, czego Francja robić nie
mogła (a i za pewne nie chciała), ze względu na swych zachodnich sojuszników.
Milosević zrozumiał, że Rosja może zapewnić większą ochronę Serbom, niż
dwuznacznie postępująca Francja. Gdy więc w lutym z inicjatywy Paryża Grupa
Kontaktowa zgłosiła odważny projekt globalnego rozwiązania dla byłej
Jugosławii (wszystkie powstałe z niej kraje miały po prostu nawzajem się
uznać w granicach sprzed 1990 roku), Milosević plan ten zdecydowanie odrzucił.
Doszły do tego
nasilające się ataki snajperów bośniackich Serbów na żołnierzy francuskich
w Sarajewie (od jesieni92 do wiosny95 zginęło w Bośni 43 Francuzów) oraz
porwanie w kwietniu 1995 roku, dwudziestu francuskich obserwatorów ONZ,
którzy mieli służyć jako żywe tarcze przeciw nalotom NATO. W końcu maja
liczba francuskich żołnierzy i obserwatorów ONZ znajdujących się w niewoli
serbskiej wynosiła już jedną trzecią wszystkich porwanych (104 na ok. 300
osób).
Działania te spotkały
się z ostrą repliką nowego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, który już
na samym początku prezydentury chciał zamanifestować aktywną i stanowczą
postawę wobec Serbów bośniackich, kontrastującą z bierną dotąd, a na pewno
niezbyt spektakularną, polityką Mitteranda. Chirac domagał się zmiany mandatu
sił UNPROFOR tak, by mogły one skutecznie przeciwstawiać się agresji. W
przeciwnym razie groził wycofaniem wojsk francuskich z Bośni. Wyrazem zdecydowanej
postawy Chiraca była akcja francuskich żołnierzy UNPROFOR na przedmieściach
Sarajewa 27 maja 1995 roku, kiedy to pluton wojska odpowiedział ogniem
na ostrzał bośniackich Serbów, a następnie przeszedł do kontrataku, odbijając
kilku zakładników, ale jednocześnie naruszajac mandat UNPROFOR. Od tamtej
jednak akcji serbskie łapanki na błękitne hełmy skończyły się.
Francuski prezydent
jako pierwszy zerwał także z praktyką nieprzypisywania winy poszczególnym
stronom, wyraźnie nazywając Serbów z Krajiny i Bośni winnymi zbrodni ludobójstwa.
Po atakach Serbów bośniackich na strefy bezpieczenstwa ONZ w lipcu 1995
roku, przekonywał też Amerykanów i Brytyjczyków o konieczności bombardowań
pozycji serbskich oraz przeprowadzenia lądowej operacji typu peacemaking.
Jest wysoce prawdopodobne, że Stany Zjednoczone nie zdecydowałyby się samotnie
interweniować w Bośni. Zdecydowana poparcie ze strony Chiraca ułatwiło
Clintonowi decyzję o wysłaniu silnego kontyngentu. W lotniczej operacji
NATO Deliberate force przeprowadzonej w pierwszej połowie września celem
zmuszenia Serbów do akceptacji planu pokojowego Richarda Holbrookea, znaczny
udział miało francuskie lotnictwo. W akcji wzięło udział 25 samolotów Mirage
2000, Mirage F-1 i Jaguar oraz maszyny z lotniskowca Foch. Jedyną stratą
NATO w operacji Deliberate force był francuski Mirage 2000, zestrzelony
przez artylerię serbską. Obaj piloci dostali się do serbskiej niewoli i
wrócili do domów dopiero w grudniu 1995 roku.
Warta zaznaczenia
jest również rola Alaina Juppé, francuskiego ministra spraw zagranicznych
(w latach 1993-95) a następnie premiera (1995-97), który był jednym z pomysłodawaców
rozmów pokojowych w Dayton. W wywiadzie dla Le Figaro (17 X 1994) zaproponował
on zwołanie spotkania przywódców Serbii, Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny.
Inicjatywa ta, nazwana planem Juppé została potem przedstawiona Slobodanowi
Miloseviciowi i to ją odrzucił on w lutym 1995 roku. Później, w trakcie
rokowań w Dayton, Juppé popierał powstanie odrębnego państwa w Bośni, sprzeciwiając
się wszelkim planom rozbioru tej byłej republiki jugosławiańskiej pomiędzy
Chorwację i Serbię. Być może na takie stanowisko Francji wpłynęła również
zdecydowana postawa państw islamskich, które jednoznacznie opowiedziały
się za odrębnym muzułmańskim państwem w Bośni, a które Francja starała
się coraz bardziej kokietować.
Po formalnym zakończeniu
wojny Francja początkowo powróciła do swej wcześniejszej polityki wspierania
nowej Jugosławii, jako stabilizatora na Bałkanach. W styczniu 1996 roku
Francja nie chciała np zgodzić się, aby uzależnić uznanie Nowej Jugosławii
za spadkobiercę starej od uznania przez nią Macedonii (FYROM), jak postulowały
Unia Europejska i USA.
Chirac aktywnie
działał także na rzecz unormowania sytuacji pomiędzy nowopowstałymi republikami,
czego wyrazem było miedzy innymi zorganizowanie spotkania Izetbegović -
Milosević w Paryżu, w kwietniu 1996. Od momentu jednak, gdy okazało sie,
że zamiast odgrywać rolę stabilizującą, agresywna polityka Milosevicia
może doprowadzić do kolejnej wojny, zaczęli Francuzi szukać jakiejś alternatywy
dla serbskiego przywódcy. W 1997 roku w Paryżu gościli Vuk Drasković i
Zoran Dzindzić. Chirac oraz nowy minister spraw zagranicznych Hubert Vedrine,
poparli też sankcje przeciw Serbii (nałożone przez Grupę Kontaktową 10
maja 1998 roku) choć nie godzili się na objęcie nimi Czarnogóry.
Gdy kwestia kosowska
stawała się coraz poważniejsza, doszły do głosu wszystkie sprzeczności,
którymi targana była francuska polityka zagraniczna. Z jednej strony Chirac
sprzeciwiał się bowiem nalotom, jeśli zgody na nie nie udzieli Rada Bezpieczeństwa
ONZ. Paryż słusznie, ze swego punktu widzenia, obawiał się marginalizacji.
Gdyby Waszyngton zdecydował sie zbombardować Serbów bez zgody ONZ, stanowiłoby
to niebezpieczny precedens i zachętę dla USA do samodzielnego działania
także w przyszłości. W imię zachowania tak obsesyjnie wręcz chronionej
mocarstwowej pozycji Francji, Chirac musiał próbować nakłaniać Amerykanów
do ubiegania się o zgodę Rady Bezpieczeństwa. Istotne było tu także spodziewane
znaczne ochłodzenie stosunków z Moskwą, którą Amerykanie zdawali się ignorować
przygotowując operację lotniczą.
Z drugiej strony
francuski prezydent doskonale zdawał sobie sprawę, że Rosja, a tym samym
Rada Bezpieczenstwa, zgody na bombardowania nie wyda. Tymczasem sytuacja
stawała się coraz bardziej napięta i wymagajaca stanowczego działania.
Nauczeni kompromitacją w Bośni, kiedy to Zachód długo nie potrafił podjąć
decyzji, Francuzi dobrze wiedzieli, że coś trzeba będzie w końcu zrobić.
Dlatego to Chirac zostawił sobie furtkę, mówiąc w październiku 1998 roku,
że działania Jugosławii w Kosowie zasługują na potępienie nawet bez rezolucji
ONZ oraz demonstracyjnie przesuwając 20 mysliwców Mirage 2000 do przewidywanych
sił uderzeniowych. Gdy zawarte zostało porozumienie Holbrooke - Milosević
(13 październik 1998) Francuzi zadeklarowali, że wyślą do Kosowa dodatkowych
obserwatorów (dotychczas mieli ich tylko 15, podczas gdy np Brytyjczycy
48). Niektóre źródła podają także, że w rozmowie telefonicznej w listopadzie98,
Jacques Chirac miał namawiać wahającego się Billa Clintona do interwencji
nawet wbrew ONZ.
Ostatecznie Paryż
zdecydował się, wespół z Wielką Brytanią, na jeszcze jedną próbę rozwiązania
konfliktu siłami dyplomacji europejskiej. Stąd narodziła się idea zwołania
konferencji w Ramboulliet w lutym 1999 roku, na której kosowscy Albańczycy
mieli dojść do porozumienia z władzami serbskimi. Ramboulliet było echem
grudniowego spotkania Chiraca, premiera Lionela Jospina oraz Tonyego Blaira
w St. Malo, gdzie przywódcy ci uzgodnili, iż Europa powinna być zdolna
do samodzielnego przeciwdziałania konfliktom dzięki niezależnym siłom zbrojnym.
Francuzi zadeklarowali wówczas, że będą umacniać siłę zbrojną Europy
w ramach NATO. Kosowo miało być pierwszym konfliktem zażegnanym samodzielnie
przez Europę i wyrazem jej postępujacej niezależności od Waszyngtonu. Dlatego
dyplomacja francuska tak bardzo naciskała na obie strony by doszły do porozumienia
i przyjęły plan pokojowy. Francuzi nie chcieli uniezależnienia Kosowa od
Belgradu, ani tym bardziej jego przyłączenia do Albanii, aby przez ten
niebezpieczny precedens nie rozbudzać nastrojów nacjonalistycznych w innych
częściach byłej Jugosławii. Niestety, Ramboulliet okazało się fiaskiem.
Dyplomacja nie przyniosła rezultatu. Do głosu doszły współczesne kanonierki
- myśliwce bombardujące NATO.