Sternicy francuskiej
polityki zagranicznej przez cały okres trwania konfliktu borykali się z
problemem jak pogodzić dwa krańcowo sprzeczne kierunki polityki: proces
zbliżania się Francji do NATO i jedność atlantycką, z dbaniem o zachowanie
mocarstwowej pozycji Paryża i obawą przed rozdrażnieniem Rosji.
Jacques Chirac
od momentu gdy został prezydentem (1995) zapoczątkował proces zbliżenia
Francji do struktur wojskowych NATO (bez sił nuklearnych - force de
frappe miały być pod kontrolą jedynie francuską). To on był również
rzecznikiem zdecydowanych działań przeciwko Serbom, rozumiejąc, że tylko
akcja militarna może zaprowadzić względny spokój na Bałkanach. Tylko że
naloty - i w ogóle akcje militarne bez zgody ONZ - niepomiernie denerwowały
Moskwę, obawiającą się podobnie jak Francja, marginalizacji na światowej
scenie politycznej i osiągnięcia swoistego monopolu na decyzje przez
Waszyngton. Przeto od samego początku bombardowań, starali się francuscy
politycy (a zwłaszcza Jacques Chirac) postawić i Ameryce świeczkę, i Rosji
ogarek.
Prezydent Chirac
już 24 marca zadzwonił do Borysa Jelcyna starając się przekonać go do tego,
że naloty są absolutnie konieczne. Znamienne były również jego liczne wystąpienia
telewizyjne, w których nieustannie podkreślał wolę rozwiązania konfliktu
wespół z Rosją. Na przykład w przemówieniu z 29 marca francuski prezydent
zaznaczył, że Francja nieprzerwanie dążyć będzie do pokojowego rozwiązania
konfliktu. Będziemy nad tym pracować razem z naszymi europejskimi, amerykańskimi
i rosyjskimi partnerami. W kolejnej rozmowie telefonicznej, tym razem
z premierem Rosji Jewgiennijem Primakowem (26 marca) Chirac poprosił, by
ten osobiście spotkał się ze Slobodanem Miloseviciem. To jedyna szansa
na szybkie zakończenie konfliktu - miał powiedzieć Chirac do rosyjskiego
premiera. Ta prośba prezydenta Francji spotkała się z krytyką (choć niejawną)
polityków amerykańskich i części francuskich deputowanych. Chirac tłumaczył
to posunięcie tym, że same naloty nie załatwią sprawy i trzeba naciskać
na Milosevicia różnymi sposobami. Primakow miałby być jednym z tych sposobów.
Minister Vedrine powiedział z kolei, że mediacja Rosji jest dobrze widziana,
pod warunkiem, że uda się jej osiągnąć to, czego nie udało się osiągnąć
nikomu innemu. Jednak powszechnie uważano (i chyba słusznie), że propozycja
ta jedynie utwierdzi Milosevicia w przekonaniu, że twarda i nieugięta postawa
na przetrzymanie nalotów jest właściwą, wobec nieprzygotowania przez
NATO operacji lądowej. Primakow w Belgradzie oczywiście nic nie wskórał.
Chirac przez cały
czas aktywnie starał się włączyć Rosję do rozwiązywania konfliktu. Namawiał
Clintona i Madeleine Albright do bliższej współpracy z Moskwą, starał się
też Kremla nie drażnić posunięciami NATO, protestując choćby przeciw blokadzie
jugosławiańskiego wybrzeża. Ten amerykański pomysł z początku maja wywołał
wiele kontrowersji w łonie Paktu. Francuzom udało się zmontować silną koalicję
z Grecją i Włochami, które również były przeciwne zatrzymywaniu statków
handlowych bez odpowiedniej rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ewentualna
blokada bez zgody ONZ, znacznie utrudniłaby dialog z Rosją i oddaliłaby
pokojowe rozwiązanie konfliktu - uważali francuscy decydenci.
Rozumieli też Francuzi
fakt, że Moskwa stoi w obliczu wyborów prezydenckich i ubiegającym się
o poparcie narodu rosyjskiego politykom, może po prostu wydać się konieczne
bronienie Serbii (choćby agresywnymi wobec NATO wypowiedziami), bo przyniesie
im to dodatkowe punkty poparcia. Możliwość wybuchu przez to III wojny światowej
nie była dla francuskich decydentów zupełnie nieprawdopodobna. Między innymi
dlatego Francja sprzeciwiała się (jako jedyna w sojuszu) przejściu do trzeciej
fazy operacji lotniczej (czyli bombardowaniu infrastruktury Jugosławii).
W trakcie negocjacji
z Rosją w Bonn, podczas szczytu G8, który odbył się na początku maja, Francuzi
byli największymi rzecznikami porozumienia z Moskwą. Zgodzili się na znaczne
prestiżowe ustępstwa. Zrezygnowano np. z jednego z kluczowych stwierdzeń
z Ramboulliet, mówiącego o obecności sił międzynarodowych w Kosowie,
mających zapewnić bezpieczeństwo obserwatorom i mieszkańcom prowincji.
W trakcie szczytu mówiło się jedynie o obecności międzynarodowej skutecznie
zapewniającej bezpieczeństwo cywilom, a więc ani słowa o wojsku, a tym
bardziej o wojsku pod egidą NATO. Dla Moskwy i Milosevicia tamto stwierdzenie
było nie do przyjęcia. W tekście porozumienia nie było też mowy o swobodnym
poruszaniu się sił pokojowych po całym terytorium Jugosławii, czego domagało
się wcześniej NATO.
Natomiast w kwestii
integralności terytorialnej Jugosławii Francuzi popierali zgodne z ich
własnym stanowisko rosyjskie, sprzeciwiając się podziałowi Kosowa, jego
niepodległości lub włączeniu do Albanii. Po zawarciu porozumienia z Rosją
minister Vedrine dał wyraz swoim nadziejom, mówiąc że: to porozumienie
otwiera drogę rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nad którą pracujemy.
Właśnie po to, aby
ostatecznie uzgodnić wszelkie szczegoły, Jacques Chirac wybrał się w maju,
po spotkaniu z fińskim prezydentem Ahtisaarim, z wizytą do Moskwy. Jednym
z jej celów, było omówienie z Jelcynem sprawy rozmieszczenia sił cywilnych
i wojskowych (jak to ujął francuski prezydent) w Kosowie oraz postępów
negocjacji rosyjskich z Miloseviciem. Po powrocie, 13 maja, Chirac udzielił
prasie wielu wywiadów, wyraźnie zadowolony z przebiegu wizyty. Gratulował
sobie odczuwalnego zbliżenia stanowisk Paryża i Moskwy. Nie jest wykluczone,
że w najbliższych dniach rzeczy posuną się w dobrym kierunku. Co do pokoju:
życzę go sobie, ale nie mogę wam go obiecać - mówił prezydent. Potwierdził
także, że Rosja zaczyna skłaniać się coraz bardziej ku zaakceptowaniu ewentualnej
rezolucji ONZ co do wysłania wojsk do Kosowa. Do tego właśnie, czyli do
poparcia rezolucji ONZ, miał Chirac namówić Jelcyna i wydaje się, że miał
znaczny udział w ostatecznej zgodzie Kremla. Pytany przez dziennikarza
telewizji, czy Rosja odstąpi od negocjacji z NATO i z Miloseviciem jeśli
naloty nie zostaną przerwane, Chirac odpowiedział: Rozmowy nie toczyły
się w takim duchu. Nie miałem wrażenia, że Rosja może się wycofać. Nic
nie byłoby od tego gorsze. Jeszcze w przemówieniu telewizyjnym z 27 maja,
Chirac stwierdził: Wróciłem z Moskwy w przekonaniu, że Rosja chce naprawdę
działać z nami na rzecz rozwiązania politycznego, które - powtarzam to
raz jeszcze - nie może dokonać się bez niej. Jako ciekawostkę można dodać,
że francuski prezydent, indagowany po powrocie z Moskwy o stan zdrowia
Jelcyna, zapewnił dziennikarzy, iż zastał swego przyjaciela Borysa Nikołajewicza
w dobrej formie. Jako komentarz do tych słów, francuska telewizja pokazała
jednak zdjęcia Jelcyna, który z ogromnym trudem, dosłownie ledwo się poruszając,
wyszedł Chiracowi na spotkanie (!)
Wydaje się, że
Francuzi, choć teoretycznie popierali rosyjskie dążenia do posiadania własnego
sektora w Kosowie, w rzeczywistości byli temu przeciwni. Sektor rosyjski,
który w planach miał znajdować się przy granicy Kosowa z Serbią, byłby
z pewnością powodem kolejnych dużych ruchów migracyjnych. Przybywaliby
tam bowiem Serbowie z południa Kosowa, natomiast w odwrotnym kierunku uciekaliby
Albańczycy, niezbyt pewnie czujący się pod osłoną rosyjskich żołnierzy.
W dalszej perspektywie mogło to spowodować podział Kosowa na część północną
(serbską) i południową (albańską) czemu przecież Francuzi sprzeciwiali
się od samego początku konfliktu! (będzie o tym jeszcze mowa).
Z kolei akcję rosyjskich
komandosów, którzy opanowali lotnisko w Pristinie zanim zdołali tam przybyć
żołnierze brytyjscy, potraktowano we Francji życzliwie, nie szczędząc anglosaskim
oficerom ironicznych komentarzy. Było to spowodowane także tym, że Brytyjczycy
i Amerykanie tak ustawili harmonogram wchodzenia do Kosowa poszczególnych
jednostek, że Francuzi - którym przypadły najtrudniejsze górskie i zaminowane
drogi - de facto weszli do Kosowa jako ostatni. Tym samym cały prestiż
i chwała wyzwolicieli Kosowa przypadły oddziałom anglosaskim i niemieckim,
co dumni Francuzi uważali wręcz za afront.