![]() |
W lotniczej operacji Deliberate Force
z 1994 roku, na 236 maszyn biorących w niej udział 31 było francuskich,
co stanowiło drugi pod względem liczebności (po amerykańskim) kontyngent.
W siłach IFOR od 1996 roku służyło 7,5 tys. Francuzów (3-ci kontyngent
co do wielkości, po Amerykanach i Brytyjczykach). W grudniu 1998 roku,
generał Marcel Valentin został głównodowodzącym wojsk NATO w Macedonii.
Ów znaczący udział militarny Francji był wynikiem polityki zbliżenia do
wojskowej struktury NATO, jaką prowadził od początku prezydentury Jacques
Chirac (symbolicznym faktem stało się przeniesienie Dowództwa Armii Lądowej
- CFAT - do Lille, znajdującego się tylko godzinę drogi od Mons - kwatery
głównej NATO), zasobnością budżetu ministerstwa obrony oraz chęcią zademonstrowania
potęgi wojskowej Paryża, zwłaszcza wobec Amerykanów i krajów UE.
W operacji kosowskiej wzięło aktywny
udział oczywiście francuskie lotnictwo. Na początku maja minister obrony
Alain Richard przyznał, że wykonało ono od początku akcji (tzn. od 24 marca)
prawie 950 lotów, co stanowiło 6,5% wszystkich. W nalotach uczestniczyło
około 60-ciu francuskich maszyn różnych typów (Mirage-2000, Mirage F1,
Jaguar, Super Etendard), w tym samoty pokładowe wiekowego już dość lotniskowca
Foch. Warto także powiedzieć, że z baz francuskich na Morzu Śródziemnym
korzystały tankowce USAF, na co odrębną zgodę wydał rząd (choć stało się
to dopiero w maju).
Co do wojsk francuskich w Macedonii,
to początkowo stacjonował tam 13 pułk spadochronowy, 1 pułk spadochroniarzy
piechoty morskiej oraz pododdziały kilku innych związków taktycznych. Zgrupowano
w Macedonii najnowszy sprzęt łącznościowy i systemy rozpoznawcze dostępne
w armii francuskiej, a lotnictwo używało najnowszych pocisków rakietowych
i bomb, przez co lewicowa prasa demagogicznie oskarżała armię o robienie
sobie z Kosowa i Macedonii poligonu doświadczalnego. W maju do Macedonii
dotarły następne oddziały: 6 pułk Legii Cudzoziemskiej, 21 pułk piechoty
morskiej i 1 pułk Spahi. Na początku czerwca stacjonowało więc tam 3 tys.
żołnierzy francuskich, a następne 3 tys. było w drodze z metropolii (w
tym m.in. 66 najnowszych czołgów typu Leclerc i 8 dział samobieżnych).
Zanim jednak ciężki sprzęt dotarł do Macedonii (a stało się to dopiero
w czerwcu - tuż przed samym wejściem do Kosowa) francuscy dowódcy zżymali
się na rząd Jospina, że brakuje im czołgów, transporterów i dział, i w
razie ataku serbskiego Francuzi musieliby ponieść duże straty. Rząd jednak
specjalnie nie wysyłał ciężkiego sprzętu, aby nie sprawiać wrażenia przygotowań
do akcji ofensywnej i nie drażnić Belgradu oraz Moskwy. Ogółem wysłanie
do Kosowa prawie 7 tys. żołnierzy oraz kilkudziesięciu samolotów, kosztowało
francuski rząd wg różnych szacunków od 3,5 do 4 mld franków. Natomiast
miesięczne koszty udziału w akcji NATO, wynosiły od 38 do 45 mln euro.
Sprawą, która okazała się nadspodziewanie
trudna, była kwestia kolejności wejścia oddziałów natowskich do Kosowa.
Już 8 czerwca, w trakcie negocjacji z serbskimi wojskowymi na temat harmonogramu
tej operacji, rzecznik prezydenta Chiraca powiedział, że wejście Brytyjczyków
do Kosowa jako pierwszych byłoby nieodpowiednie, bo oddziały francuskie
stacjonowały w Macedonii najdłużej (bo już od 6-ciu miesięcy). Francuscy
dowódcy nie zgodzili się jechać za Brytyjczykami, więc ustalono, że przydzielona
im zostanie osobna droga. Okazało się jednak, że ów górski szlak jest dokładnie
zaminowany i gdy 14 czerwca Brytyjczycy dotarli do Pristiny a Niemcy do
Prizrenu, Francuzom udało się zaledwie rozminować drogę. Cała chwała wyzwolicieli
ludności albańskiej przypadła więc anglosasom i Niemcom.
Sektor francuski, którego szefem był
gen. Bruno Cuché, mieścił się przy granicy Kosowa z Serbią, a głównym miastem
była Kosowska Mitrovica, zamieszkana zarówno przez Albańczyków jak i Serbów.
Sytuacja była napięta. Dochodziło do starć ulicznych. Żołnierze francuscy
starali się izolować obie społeczności, ale to nie przynosiło rezultatów.
Serbowie wypowiadali się dość pozytywnie o Francuzach, jednak Albańczycy
byli do nich wrogo nastawieni. Basri Nemadi, odpowiedzialny w Mitrovicy
za kontakty UCK z natowskim wojskiem i Bajram Rexhepi - burmistrz miasta,
grozili nawet zbrojnymi starciami, jeśli postępowanie francuskiego wojska
się nie zmieni. Chodziło głównie o to, że gen.Cuché zabronił Albańczykom
wstępu do serbskiej części miasta, mimo, że wielu z nich tam mieszkało.
Dlatego odmówili oni współpracy z żołnierzami francuskimi. W szpitalu w
Mitrovicy pracowało niewielu Albańczyków (tylko 160, podczas gdy Serbów
- 560). Trzeba jednak przyznać, że postępowanie Francuzów było bardzo wyważone,
wręcz liberalne wobec ludności albańskiej i UCK. Nie było zbyt wielu kontroli,
nie rozbrajano partyzantów na siłę (o co pretensje do Francuzów mieli sojusznicy
z NATO). W Mitrovicy można było posiadać broń, jeszcze przez długi czas
po tym, jak w Pristinie Brytyjczycy oficjalnie tego zakazali. Jedną z ciekawszych
francuskich inicjatyw było założenie radia Accord FM (Zgoda FM), nadającego
wiadomości (po albańsku i serbsku) oraz muzykę zachodnią od lat 50-tych
po techno.
Sprawą która dogłębnie poruszyła francuskimi
politykami i opinią publiczną, była domniemana afera szpiegowska. 9 kwietnia
w brytyjskim dzienniku The Daily Telegraph ukazał się sensacyjny artykuł,
mówiący o tym, że NATO podejrzewa Francuzów o sprzyjanie Serbom. Francja
jest trzymana z dala od pewnych wojskowych planów, bo Waszyngton obawia
się, że przekazałaby je Miloseviciowi- pisał The Daily Telegraph. Od
razu przypomniano też aferę majora Pierre-Henri Bunela, szefa gabinetu
francuskiego przedstawicielstwa w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli, który
w listopadzie 1998 roku przyznał się do przekazania wywiadowi serbskiemu
informacji na temat planowanych przez NATO operacji w Kosowie. Na trop
działalności mjr.Bunela wpadł kontrwywiad amerykański. Brytyjskie gazety
nie omieszkały wspomnieć także sprawy majora Gourmelona, dowódcy jednego
z francuskich batalionów stacjonujących w Bośni, który współpracował z
Serbami, pozwalając zbiec m.in. kilku przestępcom wojennym. Francja poczuła
się spoliczkowana - tak można opisać reakcje francuskiej prasy na brytyjskie
zarzuty. Oczywiście rzecznik NATO, Jamie Shea, natychmiast zdementował
jakoby alianci nie mieli do Francji zaufania. W podobnym duchu wypowiadał
sie również minister obrony Richard. Wskazał on jednak w swoim przemówieniu
na inny aspekt sprawy: O ile działamy z Amerykanami ramię w ramię, jeśli
chodzi o obronę wspólnych wartości, o tyle pewne różnice mogą zaistnieć
w szczegółach - mówił Richard.
Dziennik Liberation opublikował wywiad
z anonimowym wysokim oficerem francuskim, który przyznał, że Francja ma
prawo swoistego weta jeśli chodzi o naloty. Jeśli francuscy oficerowie
sprzeciwiają się bombardowaniu jakiegoś celu (elektrowni, fabryki etc),
to nie zostanie on zniszczony. Z drugiej jednak strony, jak przyznał ów
oficer, o wielu nalotach Francuzi dowiadują się wręcz z telewizji, a to
oznacza, że Amerykanie i Brytyjczycy rzeczywiście nie informują ich o wszystkich
swoich planach. Ostatecznie sprawa ucichła, choć niesmak i nieufność wśród
sojuszników pozostała, jak można mniemać.