Obecni na naradzie dowódcy poszczególnych kontyngentów wojskowych, reprezentujący
wszystkie prawie państewka-miasta ówczesnej Grecji, wyrażali przeciwstawne
poglądy na postawione pytania i pewnie długo nie osiągnęliby porozumienia,
gdyby nie wypowiedź Odyseusza - dowódcy liczącego zaledwie 12 okrętów regimentu
z niewielkiej wyspy Itaki.
Pomimo, że dowodził małą jednostką, sam Odys był ceniony jako facet o szczególnie
porządnie poukładanych szarych komórkach i znany z niekonwencjonalnego
sposobu postrzegania wielu spraw. Dlatego też pełnił on funkcję szefa ówczesnego
Oddziału II Sztabu - czyli kierował wywiadem i rozpoznaniem.
Tenże właśnie łebski gość przedstawił na naradzie, o której tu mowa, ni
mniej, ni więcej, tylko rzecz następującą: zaproponował mianowicie aby
armia, owszem, załadowała się niezwłocznie na okręty i opuściła niegościnne
brzegi trojańskie.
Kiedy oburzeni na takie dictum dowódcy, optujący za kontynuowaniem wojny
zarzucili Odysowi tchórzostwo i brak woli prowadzenia walki aż do ostatecznego
zwycięstwa, ten odrzekł z chytrym uśmiechem, że rezygnować ze zwycięstwa
i zdobycia wrażego grodu ani myśli. Widząc opadnięte ze zdziwienia szczęki
swych towarzyszy broni, wyjawił im wreszcie zarysy opracowanego przez siebie
planu, który w roboczej wersji nosił kryptonim "Nasza Szkapa".
Było to pierwsze w dziejach użycie małego oddziału wojsk specjalnych -
komandosów - do wykonania zadania typu dywersyjnego na tyłach przeciwnika.
Pomyślne wykonanie tego zadania miałoby decydujący wpływ na realizację
celów szczebla operacyjnego i strategicznego, a mianowicie zdobycie miasta
i definitywne, zwycięskie zakończenie wojny. Bezpośrednie działania komandosów
miały być poprzedzone specjalną operacją logistyczno-inżynieryjną oraz
precyzyjnie opracowanym i wykonanym działaniem maskującym i dezinformującym
nieprzyjaciela.
Szczegółowo operacja "Nasza Szkapa", zwana później szeroko w literaturze
pod kryptonimem "Koń Trojański", wyglądała interesująco. Greckie wojska
inżynieryjne z pozyskanego w okolicznych lasach drewna zbudowały w ciągu
kilku dni olbrzymią drewnianą statuę w kształcie konia. Po zakończeniu
tej dość dziwnej budowli, pozostawili monstrum na brzegu morza, a sami
wsiedli na swoje okręty i w kilka godzin cała flota zniknęła za horyzontem.
Oblężeni do niedawna Trojanie z niedowierzaniem spostrzegli któregoś pięknego
poranka, że po wrogach nie ma śladu. Pozostał po nich jedynie ten dziwny,
drewniany koń, o którym nie wiedzieli co sądzić.
Tymczasem zwiadowcy, badający na wszelki wypadek teren wokół miasta, pochwycili
w nadbrzeżnych zaroślach jakiegoś podejrzanego typka, który ani chybi wyglądał
na Greka. Wzięty niezwłocznie na spytki jeniec wyznał, że w ostatniej chwili
zdezerterował z armii greckiej, gdyż przypadkowo dowiedział się, iż jest
przeznaczony na ofiarę dla bogów, w celu zapewnienia wojsku szczęśliwego
powrotu do domu.
Mimo, że uważał się za pobożnego Greka, to jednak nie uśmiechało mu się
spotykać w tak młodym wieku z całym aeropagiem bogów olimpijskich i dlatego
dał nura w chaszcze tuż przed odpłynięciem floty w pełne morze. Teraz,
oczywiście, jest spalony u swoich. W dodatku wpadł do trojańskiej niewoli
i chyba "czapa" go nie minie.
Trojanie jednak zapewnili biadolącego jeńca, że nie stanie mu się krzywda,
bo już wtedy wyznawali zasadę, że "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".
Chcieli tylko, aby im wyjaśnił, po kiego grecy zbudowali tę wielką, drewnianą
kobyłę? Wtedy Sinon - który jak się domyślacie, był agentem Odyseusza i
działał w ramach planu dezinformacji - po pewnym wahaniu i długich namowach
wyjaśnił, że konia zbudowali jako wotum i ofiarę dla bogów.
A konisko jest dlatego takie wielkie, żeby go nie można było wciagnąć przez
bramy miejskie do środka grodu, ponieważ przepowiednia głosi, że gdy się
to stanie, koń zapewni zwycięstwo i szczęście swoim właścicielom.
Ludzie zmęczeni długotrwałą wojną chętnie słuchali pomyślnych dla siebie
i miłych sercu wieści, toteż gładko połknęli bajer greckiego agenta. Jeden
tylko, trochę cwańszy Trojańczyk, niejaki Lakoon, kręcił nosem na ten kit,
że nie należy zbytnio ufać greckim prezentom.
Nie zdążył jednak zarazić swoim sceptycyzmem rodaków, ponieważ w błyskawiczny
sposób został sprzątnięty przez agentów specjalnych wywiadu greckiego.
Tymczasem Trojanie, chcąc sobie zapewnić pomyślność, pełni euforii i radości
z zakończonej zwycięsko wojny, zabrali się raźno do wciągania drewnianej
chabety w obręb twierdzy. Z powodu wielkości konia, zmuszeni byli nawet
rozwalić kawał miejskich murów, ale postawili na swoim.
W mieście niezwłocznie rozpoczęła się ogólna balanga z okazji zwycięstwa.
Wiara nie żałowała sobie sikacza i w krótkich abcugach całe towarzystwo,
włącznie ze służbą wartowniczą na murach, było w sztok zalane.
Wtedy
to nasz znajomek Sinon otworzył ukryty w brzuchu drewnianego konia właz,
z którego błyskawicznie desantowała się specgrupa pod dowództwem samego
Odyseusza.
Były to bowiem jeszcze stare, dobre czasy, kiedy planujący operację sztabowcy
mieli chwalebny zwyczaj kierowania ich przebiegiem na pierwszej linii.
Gdyby ten zwyczaj utrzymał się do późniejszych czasów, podejrzewam, że
wiele wojen i bitew o fatalnym zakończeniu nie pojawiłoby się na kartach
historii.
Gdyby, na przykład, sławny marszałek Montgomery, zwany Monty, musiał opuścić
swój marszalkowski tyłek na spadochronie w pełne niemieckich, pancernych
grenadierów okolice mostu w Arnhem, to najpierw trzy razy by się dobrze
zastanowił.
A tak siedział w przytulnym gabinecie za wygodnym biurkiem i wbijał kolorowe
chorągiewki w mapy, w czasie kiedy podczas wymyślonej przez niego operacji
"Maarket-Garden" ginęły setki świetnych chłopaków z brytyjskiej I Dywizji
Powietrzno-Desantowej i polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała
Sosabowskiego.
Wtedy jednak w Troi Odyseusz osobiście dowodził grupą komandosów, zlikwidował
posterunki strzegące bram miejskich i podpalając miasto dał sygnał czającej
się w pobliżu armii greckiej, która pod osłoną nocy powróciła z morza na
pozycje wyjściowe do szturmu na miasto.
Dalej poszło już gładko, jeśli można tak powiedzieć o miłym zajęciu wyrzynania
w pień załogi i mieszkańców dużego miasta, a jego samego spalenia i obrócenia
w perzynę.
Uratował się tylko niejaki Eneasz z rodziną i garstką przyjaciół, ale jego
dzieje to zupełnie inna historia. Dalsze przygody Odyseusza zapisane są
również w sporej księdze, więc kto chce znać szczegóły, niech czyta Homera.