Operacje Specjalne


ATAK na ENTEBBE
Operacja PIORUN

        Wszystko odbyło się zgodnie z założeniami izraelskich sztabowców. Po siedmiu godzinach lotu i pokonaniu 4000 kilometrów, dokładnie o godz. 2400, koła transportowca Hercules C-130 z gwiazdą Dawida na kadłubie dotknęły pasa lotniska Entebbe w Ugandzie. Po wyhamowaniu, samolot skierował się w stronę budynku dawnego, nieczynnego już dworca lotniczego - dla Ugandyjczyków miał to być samolot ze zwolnionymi z więzień Palestyńczykami. W rzeczywistości w środku znajdowali się perfekcyjnie wyszkoleni izraelscy komandosi. Od 6 dni terroryści palestyńscy i niemieccy przetrzymują tu 104 żydowskich zakładników i 12-osobową załogę porwanego samolotu francuskiego. Maszyna zatrzymała się. Z rampy samolotu zjechał Land Rover, za nim czarny Mercedes i kolejny Land Rover. Ugandyjczycy stanęli na baczność i zasalutowali. Merecedes był ucharakteryzowany był na limuzynę prezydenta Ugandy.
            Ta kolumna pojazdów okazała się kluczem akcji izraelskich komandosów, którą 4 lipca 1976 roku - prasa, radio i telewizja całego świata określiła jako najzuchwalszy wyczyn wojskowy naszych czasów.
            Dzięki meldunkom agentów izraelskiego wywiadu oficerowie Sztabu Generalnego wiedzieli, że ekstrawagancki prezydent Ugandy Idi Amin "Dada", który jawnie współpracował z porywaczami, składał zakładnikom liczne i nie zapowiedziane wizyty w różnych porach dnia i nocy. Tę słabość prezydenta wykorzystano dla zaskoczenia porywaczy i żołnierzy ugandyjskich pilnujących zakładników.
            Gdy pierwszy Land Rover dotarł do miejsca, gdzie stali wartownicy ugandyjscy, pojazdy zatrzymały się. Żołnierze obserwujący dotychczas z zainteresowaniem wyłaniającą się z ciemności kolumnę pojazdów byli przekonani, że to prezydent ze swoją obstawą po raz kolejny pragnie odwiedzić zakładników. Oto chodziło Izraelczykom. Kiedy wartownicy zorientowali się, że w Mercedesie zamiast prezydenta znajdowali się nieznani żołnierze było za późno na cokolwiek. Obaj padli od kul izraelskich UZI.

            Historia ta rozpoczęła się 27 czerwca 1976 roku na lotnisku w Atenach. Do rejsowego samolotu Airbus francuskich linii lotniczych Air France lecącego z Tel Awiwu do Paryża, wsiadło wraz z kilkudziesięcioma innymi pasażerami, dwoje młodych Niemców - Gabriela Tindemann i Wilfried Boese oraz dwóch młodych ludzi pochodzenia arabskiego. Niemka miała w ręku torebkę i bombonierkę, jeden z Arabów dużą puszkę z daktylami.
            Gdy samolot wystartował, Gabriela Tindemann udała się z bombonierką pod pachą do toalety. Po chwili energicznie wyskoczyła, trzymając w jednej ręce odbezpieczony granat, w drugiej pistolet.

            - Wszyscy siadać! - wrzasnęła - Każdy zostaje na swoim miejscu. Cisza! Ręce na głowy!
            Jej partner, również z pistoletem w ręku, szybkim krokiem udał się w stronę kabiny pilotów. Po chwili z głośników popłynęły angielskie słowa z mocnym niemieckim akcentem.
            - Jestem Hamed L. Kubesi z oddziału Che Guevary związanego z Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny. Od teraz jestem dowódcą, a samolot jest pod naszą całkowitą kontrolą.
            Dalej przez 10 minut wyjaśniał przerażonym pasażerom, że maszyna została porwana po to, by ukarać Francuzów za sprzedanie Izraelowi myśliwców Mirage i reaktora atomowego oraz, że domagają się uwolnienia 53 swoich towarzyszy więzionych we Francji, w Niemczech, Szwajcarii i oczywiście w Izraelu. 258 pasażerów i 12 członków załogi jest ich zakładnikami. Zakończył groźbą, że jeśli Izrael nie spełni żądań porywaczy, wszyscy zginą.
            Pasażerowie I klasy zostali zmuszeni do przejścia do pomieszczeń klasy turystycznej. Dwaj Arabowie umieścili na drzwiach i wyjściach awaryjnych materiały wybuchowe. Ostrzegli przy tym pasażerów, że przy pierwszej próbie oporu ładunku ekspodują.
            Tymczasem samolot zmienił kurs i skierował się w stronę Libii. Wkrótce wylądował na lotnisku w Benghazi.
            Postój trwał dziewięć godzin. Pasażerowie spędzili ten czas w samolocie przy 35-stopniowym upale. Na szczęście Libijczycy dostarczyli jedzenie i picie. Porywacze zezwolili na ewakuację młodej kobiety w ciąży, która dostała krwotoku. Dla pozostałych stało się jasne, że ich gehenna dopiero się zaczęła, a lotnisko w Benghazi jest tylko chwilowym przystankiem.

            Samolot wystartował. Samozwańczy dowódca ogłosił, że wyruszają w końcowy etap podróży. Dokąd? - tego nie powiedział. Większość pasażerów sądziła, że lecą do Paryża. Gdy po kilku godzinach wylądowali, okazało się, że są w Ugandzie. W największe jednak zdumienie wprawiło ich znakomite samopoczucie porywaczy, którzy czuli się tu jak u siebie w domu. Po pierwszej wizycie prezydenta Idi Amina u zakładników było jasne, że porywacze są w zmowie z władzami Ugandy. Jeszcze tego samego dnia radio ugandyjskie podało komunikat o porwaniu samolotu i przedstawiło żądania porywaczy.
         

            Nazajutrz w Jerozolimie odbyło się posiedzenie izraelskiego parlamentu. Posłowie udzielili rządowi wszelkich pełnomocnictw w celu zapewnienia bezpieczeństwa pasażerom porwanego samolotu.
            Premier Izaak Rabin powołał sztab kryzysowy, który natychmiast przystąpił do działania. W pierwszym rzędzie uruchomiono agentów izraelskich, działających we wszystkich krajach mogących mieć coś wspólnego z porwaniem, przede wszystkim w Ugandzie. Z Paryża nadeszła informacja uzyskana od uwolnionej w Libii kobiety. Wywiad izraelski miał więc pierwsze dane o porywaczach i sposobach ich działania. Wkrótce agenci z Kampali, stolicy Ugandy, nadesłali meldunki o sytuacji na lotnisku w Entebbe.
            Najpoważniejszym problemem paraliżującym działania rządu izraelskiego było to, że prezydent Ugandy Idi Amin był jawnym wspólnikiem porywaczy. Jednym z warunków uwolnienia zakładników postawionych przez porywaczy, było wypuszczenie 53 terrorystów odbywających kary w izraelskich, francuskich i niemieckich więzieniach. Mieli oni być dostarczeni przez Izrael na lotnisko Entebbe w ciągu trzech dni, a więc do czwartku 1 lipca 1976 roku.
            Sztab kryzysowy uznał, że z porywaczami należy pertraktować jak najdłużej, a jednocześnie szukać innego rozwiązania aniżeli uwolnienia kilkudziesięciu groźnych terrorystów. W grę wchodziła tylko operacja wojskowa. Izraelczycy liczyli się jednak z międzynarodowymi konsekwencjami takiego kroku, a także z niebezpieczeństwem, jakie ono niosło dla zakładników.
            Był to nie lada problem dla sztabowców. Uganda leży w głębi Afryki, w odległości 4 tysięcy kilometrów od Izraela. 257 zakładników to masa ludzi. Należałoby tam wysłać znaczne siły wojskowe. Na trasie przelotu leżą tylko wrogie wobec Izraela państwa: Egipt, Arabia Saudyjska, Etiopia. Trudno byłoby niepostrzeżenie przerzucić do Ugandy większe oddziały. W grę może wchodzić tylko zaskoczenie terrorystów i oddziałów ugandyjskich, strzegących zakładników i lotniska. Inaczej życie porwanych pasażerów byłoby wystawione na poważne niebezpieczeństwo.
            Mimo pesymistycznych nastrojów, specjaliści różnych służb armii izraelskiej pracowali nad planem akcji wojskowej. Równocześnie minister spraw zagranicznych Izraela, za pośrednictwem ambasadora Somalii, prowadził z porywaczami rozmowy na temat uwolnienia ich towarzyszy. Porywacze uparli się, aby wymiana zakładników na uwolnionych terrorystów odbyła się na lotnisku w Entebbe, na co Żydzi się nie godzili.
            Obawiali się, że nieodpowiedzialny prezydent Ugandy nie może stanowić gwarancji bezpiecznej wymiany. Rozmowy stanęły w martwym punkcie. Termin wyznaczony przez porywaczy zbliżał się z każdą godziną. Gdy już nie było innego wyjścia, Izraelczycy taktycznie zgodzili się na warunki Palestyńczyków. Ogłosili, że dostarczą zwolnionych więźniów na lotnisko w Entebbe, proszą jednak o przedłużenie terminu, gdyż mają kłopoty z odnalezieniem w europejskich więzienaich niektórych osób, a  i procedura uwalniania ich przez Francuzów i Niemców przedłuża się.
            Decyzja Izraela wywołała radość wśród zakładników i porywaczy. W geście dobrej woli zgodzili się przedłużyć termin wymiany z czwartku do niedzieli 3 lipca do godziny 1200, a także uwolnić natychmiast wszystkich pasażerów nie będących Żydami. Z 257 zakładników liczba ta zmalała do 104. Zostało też 12 członków załogi, którzy nie zgodzili się lecieć do Paryża, dopóki nie zostaną uwolnieni wszyscy pasażerowie.
            Gest porywaczy wywołał w Izraelu deteminację. Zakładnikami pozostali już tylko Żydzi plus francuska załoga samolotu. Dalsze pertraktacje z porywaczami nie miały sensu. Przesunięcie terminu uwolnienia więźniów o trzy dni stwarzało nadzieję na należyte przygotowanie akcji wojskowej.
            Prace w sztabie armii izraelskiej ruszyły pełną parą. Z godziny na godzinę wyłaniał się plan uderzenia, które za kilka dni wprawiło w osłupienie cały świat, a w krajach arabskich ugruntowało mocarstwową pozycję Izraela na Bliskim Wschodzie.
            Do bazy lotniczej Sharm-el-Sheik na południu Izraela sprowadzono 150 najlepszych oficerów i żołnierzy armii izraelskiej. Wybudowano z belek i dykty naturalnej wielkości budynek na wzór tego, w którym porywacze przetrzymywali zakładników. Port lotniczy w Entebbe budowali przed laty specjaliści izraelscy. Przy ich pomocy odtworzono dokładny plan lotniska, pasów startowych i położenie poszczególnych obiektów. Agenci Mossadu dostarczyli informacji o siłach wojskowych strzegących lotniska a zwłaszcza o lotnictwie ugandyjskim.
            Plan zakładał, że w akcji weźmie udział 5 samolotów: trzy transportowe C-130 Hercules i dwa Boeingi 707. Oddział z pierwszego Herkulesa miał za zadanie opanować tuż po wylądowaniu budynek, gdzie przetrzymywano zakładników, uwolnić ich i ewakuować do Herculesa.
            Żołnierze drugiej maszyny mieli zdobyć główny budynek dworca lotniczego, zniszczyć wszelkie urządzenia łączności i utrzymać go pod kontrolą do czasu odlotu samolotu z zakładnikami. Wreszcie zadaniem trzeciej grupy było zniszczenie dwóch eskadr wojskowych MiGów-17 i 21 stacjonujących na lotnisku w Entebbe dla zapobieżenia ewentualnego kontraataku ze strony lotnictwa ugandyjskiego. Herculesy w powietrzu były bowiem całkowicie bezbronne.
            Oba Boeingi nie brały bezpośredniego udziału w ataku. Jeden pełnił funkcję szpitala i miał oczekiwać na rannych w pobliskiej Kenii. Drugi zaś miał spełniać rolę ośrodka koordynującego drogą radiową działania poszczególnych oddziałów na lotnisku, a jednocześnie zapewnić stałą łączność z władzami Izraela.
            Przez dwa dni komandosi ćwiczyli na makietach poszczególne operacje, zaś sztabowcy dopracowali ostatnie szczegóły taktyczne akcji. Grupa uderzeniowa liczyła około 100 żołnierzy i składała się z komandosów z 35. Brygady Spadochronowej oraz Brygady Piechoty Golani. Jako trzon tej grupy występowali komandosi z Jednostki 269. (Sayeret Matkal).
            Ustalono, że operacja nie może trwać dłużej niż 55 minut. Liczono się z interwencją armii ugandyjskiej. Zaplanowano czas przebiegu poszczególnych elementów operacji: opanowanie budynku dworca lotniczego - do 10 minut od lądowania, ewakuacja zakładników - 20 minut, sprawdzenie, czy ewakuowano wszystkich zakładników oraz zabezpieczenie ewakuacji - 10 minut i powrót grupy uderzeniowej oraz start - 12 minut.

            W sobotę, 3 lipca po południu, w przeddzień upływu terminu wymiany zakładników na więźniów, z lotniska Sharm-el-Sheik wystartowało 5 samolotów. Izraelska kontrola ruchu powietrznego zgłosiła służbom lotniczym krajów na trasie przelotu jednostki specjalnej lot czarterowego samolotu pasażerskiego El Al nr 167 do Nairobi. Obsługa stacji radarowych Egiptu, Arabii Saudyjskiej, Sudanu i Etiopii obserwowała na ekranach radarów przelot samolotu zgłoszonego jako pasażerski, nie podejrzewając, że w istocie lecą trzy samoloty, jeden nad drugim, a ponadto jeszcze dwa na znacznie większej wysokości, będące poza zasięgiem radarów.

            Tym sposobem, wysyłając od czasu do czasu sygnały zakłócające funkcjonowanie radarów naziemnych, flotylla izraelskich samolotów dotarła w rejon Entebbe przelatując w początkowej fazie lotu nad Morzem Czerwonym, później zaś nad Sudanem, Etiopią i Kenią.
            Po drodze odłączył od nich Boeing ze szpitalem polowym na pokładzie, lądując w Nairobi, gdzie miał czekać na powrót jednostki specjalnej po akcji. Drugi Boeing skierował się bezpośrednio na Entebbe. Wieży kontrolnej zameldował się jako lot nr 17 linii lotniczej East African Airways łączącej Nairobi z Entebbe. Uzyskał zgodę na lądowanie. Nie dolatując jednak nawet do początków betonowego pasa, pilot włączył pełną moc silników i samolot zaczął gwałtownie wznosić się. Za chwilę zniknął z ekranu ugandyjskiego radaru, mimo że nadal znajdował się nad lotniskiem.

           Izraelscy specjaliści od radarów wykorzystali zjawisko tzw. martwego stożka, czyli obszaru nad lotniskiem, gdzie na pewnej wysokości i przy określonej prędkości lotu samolot nie jest widoczny na ekranie radaru. Boeing został tam do końca operacji. Za chwilę, tuż po północy 4 lipca,  operatorzy radaru ponownie ujrzeli sygnał na swoim ekranie. Nie był to jednak sygnał od Boeinga, który przed chwilą zniknął, ale od pierwszego Herculesa. Mimo to jeden z operatorów sięgnął po telefon, by skontaktować się ze swoim przełożonym.
            Sygnału jednak nie było. To agenci izraelscy poprzecinali linie telefoniczne łączące lotnisko z miastem i poszczególne służby na lotnisku. Jednocześnie nieoczekiwanie za pierwszym samolotem wylądował, nie pytając o zgodę, drugi, a za chwilę trzeci samolot. Kontrolerzy ruchu lotniczego na lotnisku w Entebbe zupełnie stracili orientację w tym co się dzieje.
            Na pozbieranie myśli nie było już czasu. Lotnisko Entebbe zamieniło się w piekło.
            - Mercedes Amina - zauważył jeden z porywaczy spoglądając w stronę okna.
            Z ciemności wyłaniał się Land Rover, za nim połyskujący w świetle lamp lotniskowych Mercedes i jeszcze jeden Land Rover. Palestyńczyk zarzucił "kałasznikowa" na ramię i ze swym towarzyszem udali się w stronę drzwi prowadzących na płytę lotniska. Gdy znaleźli się na zewnątrz, samochody dojeżdżały właśnie do bramy budynku.
            Z pierwszego Land Rovera posypała się przytłumiona seria strzałów. Obaj Palestyńczycy zginęli na miejscu.
            Maskarada skończyła się. Zaskoczenie było kompletne. Komandosi wyskoczyli z pojazdów i zajęli pozycje przed budynkiem. W tym czasie dwie kolumny żołnierzy nadbiegły z lewej i prawej strony, znikając w budynku.
            - Położyć się na ziemię! Szybko! Jesteśmy Izraelczykami! - krzyknął do zakładników Yani Natanyahu, dowódca oddziału (brat późniejszego premiera Izraela, Benyamina, również komandosa).
            Gwałtownie obudzeni ze snu ludzie, wyczerpani tygodniowym maltretowaniem, nie bardzo rozumieli o co chodzi. Najszybciej zorientowali się w sytuacji terroryści. Rozpoczęli chaotyczną strzelaninę nad głowami oszołomionych zakładników.
            Komandosi izraelscy byli precyzyjni. Działali szybko, ale spokojnie i metodycznie. Po pięciu minutach sześciu porywaczy, w tym kierująca akcją para niemieckich terrorystów Boese i Tindemann, leżeli przeszyci izraelskimi kulami. Niestety, znaku życia nie dawało dwoje zakładników, a troje innych odniosło rany.
            Gdy oddział Yonathana "Yoniego" Natanyahu przystępował do walki, w budynku dawnego dworca lotniczego z pasa startowego zjeżdżał właśnie drugi Hercules, kierując się w stronę głównego budynku portu lotniczego. Z błyskawicznie opuszczonej rampy wyłonił się Land Rover z karabinem maszynowym, za nim dwa następne z lekkimi działkami.
            Kilka pierwszych pocisków spowodowało spustoszenie w wieży kontrolnej i hali dworca. W niektórych oknach pojawiły się płomienie. Podzielona na grupy jednostka specjalna likwidowała jedno po drugim ogniska oporu żołnierzy ugandyjskich, wśród których zapanował kompletny chaos. Dowódcy zupełnie nie mogli pojąć o co chodzi, kto strzela i po co. Na domiar złego radio ani telefony nie działały.
            Tymczasem po drugiej stronie lotniska, gdzie stacjonowały dwie eskadry ugandyjskiego lotnictwa wojskowego, pojawiły się gwałtowne eksplozje, co już zupełnie odebrało czarnoskórym żołnierzom ochotę do jakiejkolwiek walki. Tym bardziej, że nie wiedzieli nawet, kim jest ich przeciwnik. To oddział, który przyleciał trzecim Herculesem i pod dowództwem Dana Shamrona zniszczył 11 myśliwców, uniemożliwiając tym samym lotnictwu ugandyjskiemu podjęcie ataku przeciwko ciężkim Herculesom.
            Odgłosy walki i eksplozje na lotnisku zostały zauważone w odległej o kilkanaście kilometrów Kampali, stolicy Ugandy. Jednak brak łączności telefonicznej uniemożliwiał porozumienie się. Nikt nie odpowiadał też na lotnisku na wezwania radiowe.
            Zaniepokojeni oficerowie pełniący tej nocy służbę w sztabie armii ugandyjskiej wysłali na rozpoznanie dwie ciężarówki z żołnierzami. Posiłki te zostały natychmiast dostrzeżone przez agentów izraelskich rozstawionych wzdłuż drogi z Kampali do Entebbe. Meldunek trafił do krążącego cały czas nad lotniskiem Boeinga, a stamtąd do oddziału, który opanował i trzymał w szachu wieżę kontrolną i dworzec lotniczy.
            Dwa Land Rovery uzbrojone w działka ruszyły w stronę bramy północnej. Komandosi zatrzymali się w ciemnościach w pewnej odległości od bramy. Gdy nadjechały ciężarówki powitały je celne strzały z działek i serie z UZI. Ciężarówki stanęły w płomieniach. Żołnierze, którzy przeżyli, rozpierzchli się w popłochu po lotnisku, ponaglani pojedynczymi strzałami Izraelczyków.
            W budynku, gdzie przebywali zakładnicy, Izraelczycy przygotowywali ludzi do ewakuacji. Hercules podkołował blisko budynku. Przez szpaler żołnierzy, gotowych w każdej chwili odeprzeć każdy atak, przebiegali sanitariusze z noszami, za nimi biegli do samolotu uwolnieni pasażerowie ze swymi bagażami. Gdy wszyscy już byli w Herculesie, Yani Natanyahu w towarzystwie dwóch kolegów wrócił raz jeszcze do budynku, by sprawdzić czy kogoś w zamieszaniu nie zostawiono. W różnych miejscach obszernej hali spoczywały tylko zwłoki terrorystów.
            Silniki Herculesa pracowały na pełnych obrotach. Z budynku wybiegli trzej ostatni żołnierze. W tym momencie z tarasu budynku padł strzał. Yani upadł. Sanitariusze natychmiast zabrali rannego na pokład samolotu. W stronę tarasu posypały się z różnych stron serie z UZI. To były ostatnie wystrzały na lotnisku Entebbe. Hercules ruszył na pas startowy. Po chwili był już w powietrzu i wszelkie niebezpieczeństwo minęło.
            Żołnierze zajmujący się utrzymaniem kontroli nad dworcem lotniczym i niszczeniem MiGów z ulgą spoglądali na ginący na tle ciemnego nieba samolot.
            - Udało się! - można było usłyszeć z niejednych ust. Teraz przyszła kolej na ich ewakuację. Zebranie wszystkich grup rozproszonych po całym lotnisku oraz sprzętu zabrało około 20 minut. Nieoceniony był tu Boeing krążący cały czas nad lotniskiem, pełniący funkcję centrum dowodzenia i koordynacji.
            Wreszcie drugi Hercules wystartował. Rozproszeni żołnierze ugandyjscy zdołali się już zorientować w sytuacji i próbowali nawet kontraatakować. Zdecydowana akcja komandosów Dana Shomrona odebrała im jednak ochotę do dalszej walki.
            Należało się jednak spieszyć, bo zbliżały się dalsze posiłki z Kampali, o czym donosili agenci izraelscy za pośrednictwem centrum dowodzenia w Boeingu.
            Wreszcie wszyscy znaleźli się w trzecim Herculesie. Dan po raz ostatni sprawdził, czy nikogo nie brakuje. Samolot ruszył na oświetlony od czasu lądowania pas startowy. Maszyna nabierała prędkości, gdy nagle jakiś inteligentniejszy technik obsługi lotniska wyłączył oświetlenie pasa startowego. Przed izraelskim pilotem pojawiła się ciemna ściana. Korzystając z przyrządów pokładowych i reflektorów samolotu pilot zdołał się utrzymać na pasie. Tylko raz niebezpiecznie zawadził o trawiasty skraj pasa, ale natychmiast skorygował kierunek. Po chwili był już w powietrzu.
            Wszystkie biorące udział w akcji maszyny wylądowały w stolicy sąsiedniej Kenii - Nairobi. Władze Kenii dały cichą zgodę na postój dla zatankowania paliwa. Oficjalnie jednak nie chciały mieć nic wspólnego z akcją izraelskich komandosów. Po prostu chciały uniknąć konfliktu z nieodpowiedzialnym prezydentem sąsiedniego kraju, z którym nie żyły w najlepszych stosunkach.
            Sztabowcy w Tel-Awiwie byli przygotowani również na niespodzianki ze strony Kenii. Dlatego też na kilka dni przed akcją w Ugandzie na lotnisku w Nairobi pojawiło się dziwnie dużo "turystów" izraelskich i pracowników linii lotniczych El-Al, którymi byli agenci, gotowi w każdej chwili opanować lotnisko w Nairobi na czas niezbędny dla zatankowania paliwa.
            Wiadomość o niebywałym wyczynie izraelskich komandosów obiegła nazajutrz cały świat. Nawet w Stanach Zjednoczonych, które tego dnia, tj. 4 lipca 1976 roku, obchodziły dwusetną rocznicę uzyskania niepodległości akcja ta znalazła się na czołówkach wszystkich gazet. Nie poskąpiły jej również miejsca polskie gazety, które w tamtych czasach wstrzemięźliwie odnosiły się do wojskowych sukcesów Izraela.
            W niedzielne późne popołudnie na lotnisko Lood  pod Tel-Awiwem podążały nieprzebrane tłumy ludzi z chorągiewkami z gwiazdą Dawida.
            Tymczasem nad Morzem Czerwonym na wysokości 20000 metrów dwie eskadry izraelskich Phantomów nawiązały kontakt radiowy z trzema Herculesami i dwoma Boeingami wracającymi do Izraela.
            - Szalom - rozległo się w eterze - Witajcie.
            W eskorcie myśliwców zwycięska flotylla izraelskich samolotów pojawiła się nad telawiwskim lotniskiem Ben Guriona. Phantomy zrobiły efektowny zwrot i zniknęły na horyzoncie, gdy tymczasem Herculesy i Boeingi kolejno podchodziły do lądowania. Cztery maszyny skierowały się w boczne sektory lotniska, zaś jedna podkołowała pod sam budynek portu lotniczego.
            Rozentuzjazmowany tłum ruszył w stronę samolotu. Żandarmeria wojskowa z trudem umożliwiła podejście do samolotu premierowi Izraela Izaakowi Rabinowi, który pragnął powitać uwolnionych zakładników i bohaterskich komandosów.

           Post scriptum
            W akcji na Entebbe w Ugandzie zginął jeden żołnierz izraelski, trafiony w ostatniej chwili przypadkową kulą ugandyjskiego żołnierza. Zginęło także dwóch zakładników, a trzeci zmarł w kilka godzin po akcji. Dwóch innych rannych przeżyło.
            Rozwścieczony nieudolnością swoich oficerów i żołnierzy prezydent Ugandy Idi Amin "Dada" nazajutrz po tym wydarzeniu kazał rozstrzelać wszystkich odpoiwedzialnych za kompromitację na lotnisku w Entebbe. Zdymisjonował również większość oficerów swego sztabu generalnego. Zrobił czystkę wśród pracowników lotnictwa ugandyjskiego.
            W rok później oficerowie, którzy przeżyli pogrom obalili prezydenta, który mimo woli... ułatwił Izraelczykom odbicie pasażerów porwanego samolotu.

Bogusław Panek


Copyright (C) Bogusław Panek '1992
SUPERKOMANDOS nr 8 i 9/1992
Opracowano na podstawie: Gerard de Villiers - "ENTEBBE les secrets du raid Israelien".


Teksty uzupełniające i korekty: Radek Kobrecki
Copyright (C) Radek Kobrecki '2001
Copyright www version (C) www.greendevils.pl