Operacje Specjalne
ATAK na ENTEBBE |

Wszystko
odbyło się zgodnie z założeniami izraelskich sztabowców. Po siedmiu godzinach
lotu i pokonaniu 4000 kilometrów, dokładnie o godz. 2400, koła transportowca
Hercules
C-130 z gwiazdą Dawida na kadłubie dotknęły pasa lotniska Entebbe
w Ugandzie. Po wyhamowaniu, samolot skierował się w stronę budynku dawnego,
nieczynnego już dworca lotniczego - dla Ugandyjczyków miał to być samolot
ze zwolnionymi z więzień Palestyńczykami. W rzeczywistości w środku znajdowali
się perfekcyjnie wyszkoleni izraelscy komandosi. Od 6 dni terroryści palestyńscy
i niemieccy przetrzymują tu 104 żydowskich zakładników i 12-osobową załogę
porwanego samolotu francuskiego. Maszyna zatrzymała się. Z rampy samolotu
zjechał Land Rover, za nim czarny
Mercedes i kolejny Land
Rover. Ugandyjczycy stanęli na baczność i zasalutowali. Merecedes był
ucharakteryzowany był na limuzynę prezydenta Ugandy.
Ta kolumna pojazdów okazała się kluczem akcji izraelskich komandosów, którą 4 lipca 1976 roku - prasa, radio i telewizja całego świata określiła jako najzuchwalszy wyczyn wojskowy naszych czasów. Dzięki meldunkom agentów izraelskiego wywiadu oficerowie Sztabu Generalnego wiedzieli, że ekstrawagancki prezydent Ugandy Idi Amin "Dada", który jawnie współpracował z porywaczami, składał zakładnikom liczne i nie zapowiedziane wizyty w różnych porach dnia i nocy. Tę słabość prezydenta wykorzystano dla zaskoczenia porywaczy i żołnierzy ugandyjskich pilnujących zakładników. Gdy pierwszy Land Rover dotarł do miejsca, gdzie stali wartownicy ugandyjscy, pojazdy zatrzymały się. Żołnierze obserwujący dotychczas z zainteresowaniem wyłaniającą się z ciemności kolumnę pojazdów byli przekonani, że to prezydent ze swoją obstawą po raz kolejny pragnie odwiedzić zakładników. Oto chodziło Izraelczykom. Kiedy wartownicy zorientowali się, że w Mercedesie zamiast prezydenta znajdowali się nieznani żołnierze było za późno na cokolwiek. Obaj padli od kul izraelskich UZI.
- Wszyscy siadać!
- wrzasnęła - Każdy zostaje na swoim miejscu.
Cisza! Ręce na głowy!
Nazajutrz w Jerozolimie odbyło się posiedzenie izraelskiego parlamentu.
Posłowie udzielili rządowi wszelkich pełnomocnictw w celu zapewnienia bezpieczeństwa
pasażerom porwanego samolotu.
W sobotę, 3 lipca po południu, w przeddzień upływu terminu wymiany zakładników na więźniów, z lotniska Sharm-el-Sheik wystartowało 5 samolotów. Izraelska kontrola ruchu powietrznego zgłosiła służbom lotniczym krajów na trasie przelotu jednostki specjalnej lot czarterowego samolotu pasażerskiego El Al nr 167 do Nairobi. Obsługa stacji radarowych Egiptu, Arabii Saudyjskiej, Sudanu i Etiopii obserwowała na ekranach radarów przelot samolotu zgłoszonego jako pasażerski, nie podejrzewając, że w istocie lecą trzy samoloty, jeden nad drugim, a ponadto jeszcze dwa na znacznie większej wysokości, będące poza zasięgiem radarów.
Tym sposobem, wysyłając od czasu do czasu sygnały zakłócające funkcjonowanie
radarów naziemnych, flotylla izraelskich samolotów dotarła w rejon Entebbe
przelatując w początkowej fazie lotu nad Morzem Czerwonym, później zaś
nad Sudanem, Etiopią i Kenią.
Izraelscy specjaliści od radarów wykorzystali zjawisko tzw. martwego stożka,
czyli obszaru nad lotniskiem, gdzie na pewnej wysokości i przy określonej
prędkości lotu samolot nie jest widoczny na ekranie radaru. Boeing
został tam do końca operacji. Za chwilę, tuż po północy 4 lipca,
operatorzy radaru ponownie ujrzeli sygnał na swoim ekranie. Nie był to
jednak sygnał od Boeinga, który przed chwilą zniknął, ale od pierwszego
Herculesa.
Mimo to jeden z operatorów sięgnął po telefon, by skontaktować się ze swoim
przełożonym.
Sygnału jednak nie było. To agenci izraelscy poprzecinali linie telefoniczne łączące lotnisko z miastem i poszczególne służby na lotnisku. Jednocześnie nieoczekiwanie za pierwszym samolotem wylądował, nie pytając o zgodę, drugi, a za chwilę trzeci samolot. Kontrolerzy ruchu lotniczego na lotnisku w Entebbe zupełnie stracili orientację w tym co się dzieje. Na pozbieranie myśli nie było już czasu. Lotnisko Entebbe zamieniło się w piekło. - Mercedes Amina - zauważył jeden z porywaczy spoglądając w stronę okna. Z ciemności wyłaniał się Land Rover, za nim połyskujący w świetle lamp lotniskowych Mercedes i jeszcze jeden Land Rover. Palestyńczyk zarzucił "kałasznikowa" na ramię i ze swym towarzyszem udali się w stronę drzwi prowadzących na płytę lotniska. Gdy znaleźli się na zewnątrz, samochody dojeżdżały właśnie do bramy budynku. Z pierwszego Land Rovera posypała się przytłumiona seria strzałów. Obaj Palestyńczycy zginęli na miejscu. Maskarada skończyła się. Zaskoczenie było kompletne. Komandosi wyskoczyli z pojazdów i zajęli pozycje przed budynkiem. W tym czasie dwie kolumny żołnierzy nadbiegły z lewej i prawej strony, znikając w budynku. - Położyć się na ziemię! Szybko! Jesteśmy Izraelczykami! - krzyknął do zakładników Yani Natanyahu, dowódca oddziału (brat późniejszego premiera Izraela, Benyamina, również komandosa). Gwałtownie obudzeni ze snu ludzie, wyczerpani tygodniowym maltretowaniem, nie bardzo rozumieli o co chodzi. Najszybciej zorientowali się w sytuacji terroryści. Rozpoczęli chaotyczną strzelaninę nad głowami oszołomionych zakładników. Komandosi izraelscy byli precyzyjni. Działali szybko, ale spokojnie i metodycznie. Po pięciu minutach sześciu porywaczy, w tym kierująca akcją para niemieckich terrorystów Boese i Tindemann, leżeli przeszyci izraelskimi kulami. Niestety, znaku życia nie dawało dwoje zakładników, a troje innych odniosło rany. Gdy oddział Yonathana "Yoniego" Natanyahu przystępował do walki, w budynku dawnego dworca lotniczego z pasa startowego zjeżdżał właśnie drugi Hercules, kierując się w stronę głównego budynku portu lotniczego. Z błyskawicznie opuszczonej rampy wyłonił się Land Rover z karabinem maszynowym, za nim dwa następne z lekkimi działkami. Kilka pierwszych pocisków spowodowało spustoszenie w wieży kontrolnej i hali dworca. W niektórych oknach pojawiły się płomienie. Podzielona na grupy jednostka specjalna likwidowała jedno po drugim ogniska oporu żołnierzy ugandyjskich, wśród których zapanował kompletny chaos. Dowódcy zupełnie nie mogli pojąć o co chodzi, kto strzela i po co. Na domiar złego radio ani telefony nie działały. Tymczasem po drugiej stronie lotniska, gdzie stacjonowały dwie eskadry ugandyjskiego lotnictwa wojskowego, pojawiły się gwałtowne eksplozje, co już zupełnie odebrało czarnoskórym żołnierzom ochotę do jakiejkolwiek walki. Tym bardziej, że nie wiedzieli nawet, kim jest ich przeciwnik. To oddział, który przyleciał trzecim Herculesem i pod dowództwem Dana Shamrona zniszczył 11 myśliwców, uniemożliwiając tym samym lotnictwu ugandyjskiemu podjęcie ataku przeciwko ciężkim Herculesom. Odgłosy walki i eksplozje na lotnisku zostały zauważone w odległej o kilkanaście kilometrów Kampali, stolicy Ugandy. Jednak brak łączności telefonicznej uniemożliwiał porozumienie się. Nikt nie odpowiadał też na lotnisku na wezwania radiowe. Zaniepokojeni oficerowie pełniący tej nocy służbę w sztabie armii ugandyjskiej wysłali na rozpoznanie dwie ciężarówki z żołnierzami. Posiłki te zostały natychmiast dostrzeżone przez agentów izraelskich rozstawionych wzdłuż drogi z Kampali do Entebbe. Meldunek trafił do krążącego cały czas nad lotniskiem Boeinga, a stamtąd do oddziału, który opanował i trzymał w szachu wieżę kontrolną i dworzec lotniczy. Dwa Land Rovery uzbrojone w działka ruszyły w stronę bramy północnej. Komandosi zatrzymali się w ciemnościach w pewnej odległości od bramy. Gdy nadjechały ciężarówki powitały je celne strzały z działek i serie z UZI. Ciężarówki stanęły w płomieniach. Żołnierze, którzy przeżyli, rozpierzchli się w popłochu po lotnisku, ponaglani pojedynczymi strzałami Izraelczyków. W budynku, gdzie przebywali zakładnicy, Izraelczycy przygotowywali ludzi do ewakuacji. Hercules podkołował blisko budynku. Przez szpaler żołnierzy, gotowych w każdej chwili odeprzeć każdy atak, przebiegali sanitariusze z noszami, za nimi biegli do samolotu uwolnieni pasażerowie ze swymi bagażami. Gdy wszyscy już byli w Herculesie, Yani Natanyahu w towarzystwie dwóch kolegów wrócił raz jeszcze do budynku, by sprawdzić czy kogoś w zamieszaniu nie zostawiono. W różnych miejscach obszernej hali spoczywały tylko zwłoki terrorystów.
Silniki Herculesa
pracowały na pełnych obrotach. Z budynku wybiegli
trzej ostatni żołnierze. W tym momencie z tarasu budynku padł strzał. Yani
upadł. Sanitariusze natychmiast zabrali rannego na pokład samolotu. W stronę
tarasu posypały się z różnych stron serie z UZI. To były ostatnie
wystrzały na lotnisku Entebbe.
Hercules ruszył na pas startowy.
Po chwili był już w powietrzu i wszelkie niebezpieczeństwo minęło.
Żołnierze zajmujący się utrzymaniem kontroli nad dworcem lotniczym i niszczeniem MiGów z ulgą spoglądali na ginący na tle ciemnego nieba samolot. - Udało się! - można było usłyszeć z niejednych ust. Teraz przyszła kolej na ich ewakuację. Zebranie wszystkich grup rozproszonych po całym lotnisku oraz sprzętu zabrało około 20 minut. Nieoceniony był tu Boeing krążący cały czas nad lotniskiem, pełniący funkcję centrum dowodzenia i koordynacji. Wreszcie drugi Hercules wystartował. Rozproszeni żołnierze ugandyjscy zdołali się już zorientować w sytuacji i próbowali nawet kontraatakować. Zdecydowana akcja komandosów Dana Shomrona odebrała im jednak ochotę do dalszej walki. Należało się jednak spieszyć, bo zbliżały się dalsze posiłki z Kampali, o czym donosili agenci izraelscy za pośrednictwem centrum dowodzenia w Boeingu. Wreszcie wszyscy znaleźli się w trzecim Herculesie. Dan po raz ostatni sprawdził, czy nikogo nie brakuje. Samolot ruszył na oświetlony od czasu lądowania pas startowy. Maszyna nabierała prędkości, gdy nagle jakiś inteligentniejszy technik obsługi lotniska wyłączył oświetlenie pasa startowego. Przed izraelskim pilotem pojawiła się ciemna ściana. Korzystając z przyrządów pokładowych i reflektorów samolotu pilot zdołał się utrzymać na pasie. Tylko raz niebezpiecznie zawadził o trawiasty skraj pasa, ale natychmiast skorygował kierunek. Po chwili był już w powietrzu. ![]() Sztabowcy w Tel-Awiwie byli przygotowani również na niespodzianki ze strony Kenii. Dlatego też na kilka dni przed akcją w Ugandzie na lotnisku w Nairobi pojawiło się dziwnie dużo "turystów" izraelskich i pracowników linii lotniczych El-Al, którymi byli agenci, gotowi w każdej chwili opanować lotnisko w Nairobi na czas niezbędny dla zatankowania paliwa. Wiadomość o niebywałym wyczynie izraelskich komandosów obiegła nazajutrz cały świat. Nawet w Stanach Zjednoczonych, które tego dnia, tj. 4 lipca 1976 roku, obchodziły dwusetną rocznicę uzyskania niepodległości akcja ta znalazła się na czołówkach wszystkich gazet. Nie poskąpiły jej również miejsca polskie gazety, które w tamtych czasach wstrzemięźliwie odnosiły się do wojskowych sukcesów Izraela. W niedzielne późne popołudnie na lotnisko Lood pod Tel-Awiwem podążały nieprzebrane tłumy ludzi z chorągiewkami z gwiazdą Dawida. ![]() - Szalom - rozległo się w eterze - Witajcie. W eskorcie myśliwców zwycięska flotylla izraelskich samolotów pojawiła się nad telawiwskim lotniskiem Ben Guriona. Phantomy zrobiły efektowny zwrot i zniknęły na horyzoncie, gdy tymczasem Herculesy i Boeingi kolejno podchodziły do lądowania. Cztery maszyny skierowały się w boczne sektory lotniska, zaś jedna podkołowała pod sam budynek portu lotniczego. Rozentuzjazmowany tłum ruszył w stronę samolotu. Żandarmeria wojskowa z trudem umożliwiła podejście do samolotu premierowi Izraela Izaakowi Rabinowi, który pragnął powitać uwolnionych zakładników i bohaterskich komandosów. Post
scriptum
Bogusław
Panek
|
|
SUPERKOMANDOS nr 8 i 9/1992 Opracowano na podstawie: Gerard de Villiers - "ENTEBBE les secrets du raid Israelien". Teksty uzupełniające i korekty: Radek Kobrecki Copyright (C) Radek Kobrecki '2001 Copyright www version (C) www.greendevils.pl |