Jednostki Specjalne
 
SZKOŁA DYWERSJI

 
       6 Dywizja Powietrzno-Desantowa z Oświęcimia miała w okresie PRL-u mały, liczący 30 osób oddział w Toruniu. Chociaż mieszkańcom grodu Kopernika znany był widok żołnierzy w czerwonych beretach mało kto wiedział, że właśnie w ich mieście odbywają się ściśle tajne szkolenia grup dywersyjnych. Jednym z tych, którzy swoją zasadniczą służbę wojskową odbywali we wspomnianej formacji jest mający obecnie 52 lata Zenon K.
 
            Do grup dywersyjnych nie mogą trafić przypadkowi ludzie. W jaki sposób Pan się tam znalazł? 
            Zimą 1965 roku do sekcji LZS-u, gdzie uprawiałem zapasy przyszło kilku mężczyzn. Przyglądali się treningowi, a po zajęciach jeden z nich podszedł do mnie i spytał czy interesuje mnie służba w czerwonych beretach?  
            Zgodził się Pan?  
            Bez wahania. Dla chłopaka z małej kaszubskiej wioski to była naprawdę imponująca rzecz. 
            Przed rozpoczęciem służby przechodził Pan jakieś testy?  
            Tak. Badano moją osobowość i ogólny stan zdrowia w Szpitalu Marynarki Wojennej. 
            Kiedy trafił Pan do Torunia?  
            W marcu 1966 r. Wcześniej, od października 1965 roku szkolono mnie we Wrocławiu, Stargardzie Szczecińskim i Oświęcimiu. Do Torunia z całej grupy powołanych żołnierzy wybrano tylko trzech.  
            Odbierając rozkaz przeniesienia wiedział Pan do jakiego rodzaju wojska został wydany przydział?  
            Znałem tylko numer jednostki. Na miejscu pewien artylerzysta powiedział mi, że w Toruniu mój oddział nazywają „rzeźnikami". 
            Ile osób liczyła ta jednostka?  
            Grupa liczyła 19 zawodowych żołnierzy i 11 służby zasadniczej. Dane te były oczywiście jak najbardziej poufne.  
            Od czego rozpoczęto szkolenie?  
            Pierwszy miesiąc to zapoznanie ze wszystkimi modelami broni palnej z całego arsenału światowego, szkolenie płetwonurkowe, nauka języka migowego, anatomia człowieka i strzelanie snajperskie.  
            To wszystko w miesiąc?  
            Tak. Zajęcia były bardzo intensywne, do tego wszystkie kończyły się egzaminem, który trzeba było zdać. Kuliśmy do późnej nocy. Po wszystkim przydzielono nam specjalistyczny sprzęt bojowy. 
            Różnił się od tego jaki otrzymał Pan np. w Oświęcimiu? 
            Zdecydowanie. Dostaliśmy noże rtęciowe (dzięki wyważeniu ostrza zawsze się wbijały), krótkie noże z 3 cm ostrzem, noszone pod mundurem w okolicach karku... 
         Trzy centymetry? To przecież zabawka... 
            ... wystarczająco mała do ukrycia i dostatecznie długa do zadania śmiertelnego ciosu w wątrobę. Do tego buty z wysuwaną igłą nasączoną trucizną. Otrzymaliśmy także nieprzemakalne mundury, niedostępne dla innych formacji chyba do tej pory. 
            Co było kolejnym etapem szkolenia? 
             W tym momencie służby rozpoczął się już typowo specjalistyczny kurs. Praca z materiałami wybuchowymi, walki wręcz, pływanie, nurkowanie, ćwiczenia gimnastyczne, wytrzymałościowe, siłownia... do tego mnóstwo zajęć z psychologii. 
           Zajęcia z psychologii? Może raczej „pranie mózgów"?  
            Po części jedno i drugie. Uczono nas jak przezwyciężać strach, jak oceniać stopień zagrożenia na podstawie wyglądu człowieka. W jaki sposób za pomocą wybiegów psychologicznych ratować się w sytuacjach krytycznych. Wpajano nam także niesłychaną podejrzliwość do obcych. Dla nas każdy był potencjalnym wrogiem. Ta cecha tkwi we mnie do dzisiaj. 
            Tak duży natłok zajęć czynił z was twardzieli, czy raczej maszyny do zabijania? 
            Byliśmy twardzi. Pamiętam jak podczas nocnego alarmu jeden z kolegów nie zdążył założyć onuc, do tego pomylił prawy but z lewym. Mimo tego pokonał 50 km marszobiegu bez najmniejszej ranki na stopach. 
            Maszyny do zabijania?  
            Coś w tym na pewno jest... 
            Jaki okres służby wspomina Pan jako najcięższy? 
            W 1967 roku Izrael dokonał inwazji na Egipt. W związku z tą sytuacją ogłoszono w jednostce stan gotowości bojowej. Każdemu członkowi naszej grupy rozwiercono jeden ząb trzonowy jako skrytkę na arszenik. Przez trzy tygodnie spaliśmy w butach gotowi do wyjazdu. 
            Każde szkolenie musi być weryfikowane, w jaki sposób sprawdzano wasze umiejętności?  
            Metod było wiele, opowiem o jednej. Latem 1967 roku dostaliśmy cywilne ubrania, dwie paczki sucharów, nóż i zapałki. Tak wyposażeni zostaliśmy zrzuceni w bliżej nieokreślonym terenie. Jednocześnie poinformowano jednostki WSW i milicji o naszej dezercji. Na niepostrzeżony powrót do jednostki mieliśmy 10 dni. 
            Jak wyglądał powrót?  
            Kradłem motocykle, rowery, wskakiwałem do jadących ciężarówek. Z okolic Ustki, bo tam mnie zrzucono dostałem się do Torunia w osiem dni. Na teren jednostki wjechałem w beczkowozie wiozącym mleko. 
            Padło podczas naszej rozmowy słowo „dezercja"...  
            Był jeden przypadek. Kolega z Łodzi „zerwał się" na siedemnaście dni. Po powrocie z „samowolki" dostał jako karę kilka prac poza kolejnością. W innych jednostkach czekało go za to więzienie.  
            Skąd taka pobłażliwość?  
            Nie dał się złapać.  
            Służbę zakończył Pan terminowo?  
            Tak, ale jako rezerwista spędziłem w wojsku jeszcze 22 miesiące. Powoływano mnie zawsze kiedy wprowadzano do armii jakąś nowinkę techniczną.  
            Na przykład? 
            Strzelający długopis. Ja muszę zadowolić się zwykłym.  
            Dziękuję za rozmowę. 
        Piotr Strzała
         
        RIPOSTA nr 2, październik 1999
         
        Imię i pierwsza litera nazwiska rozmówcy zostały na jego prośbę zmienione.

Copyright (C) 1999 Piotr Strzała
www version copyright (C) www.greendevils.pl
www.greendevils.pl