Zabijanie to jego zawód. Pierwszego człowieka zabił
w Wietnamie. To był wielki, potężnie zbudowany komandos z amerykańskiej
82. dywizji powietrzno-desantowej. Zabił go nożem, którym zawsze posługiwał
się pewniej i precyzyjniej niż łyżką i widelcem przy stole. A potem go
zemdliło.
Z czasem przywykł
do krwi i śmierci. Walczył na Kubie, w Somalii, Angoli, Syrii, Etiopii
i Afganistanie. Zabijał i jego usiłowano zabić. Cztery razy lekarze przywracali
go do życia ze stanu śmierci klinicznej. Odniósł dziewiętnaście ran i kontuzji.
Posiada kilkanaście odznaczeń bojowych różnych państw m.in. Order Jose
Marti, Order Ho Chi Minha, Order Rewolucji Islamskiej, Order Błękitnego
Nilu.
Komandor porucznik
Oleg Rieznikow otrzymał od rządu sowieckiego rentę inwalidzką za "uszczerbek
na zdrowiu poniesiony podczas służby wojskowej", ale na całym świecie
zdobył sławę "najemniczej supergwiazdy" i zaliczany jest do międzynarodowej
śmietanki "psów wojny".
Na Kubie w czasie
inwazji "contras" w Zatoce Świń był jeszcze oficerem marynarki wojennej
i walczył pod kubańską banderą na okręcie rakietowym. W Wietnamie bił się
już w piechocie morskiej.
Trafił tam po zniszczeniu
przez lotnictwo amerykańskie praktycznie całej floty radzieckiej podczas
nalotu na port Hajfong. Początkowo zaproponowano mu stanowisko dowódcy
pierwszej kompanii w batalionie piechoty morskiej "Albatros". Ponieważ
straty wśród kadry dowódczej były wysokie, szybko został dowódcą batalionu.
Miał pod sobą 1250
chłopa praktycznie nie przygotowanych do prowadzenia walki w dżungli. Przeszkadzało
im wszystko, nawet umundurowanie. Wystarczyło włożyć mundur i już po pięciu
minutach człowiek na kilometr śmierdział potem. Wyczulone na ten zapach
małpy wpadały w panikę i urządzały prawdziwy koncert. A Amerykanie nakrywali
wówczas cały kwadrat ogniem rakietowym i Rosjanom pozostawało tylko liczyć
zabitych i rannych.
Żeby tego uniknąć, chłopcy Rieznikowa zdzierali umundurowanie z trupów.
W końcu podczas jednej z potyczek udało im się wziąć do niewoli kilku amerykańskich
oficerów - komandosów. W zamian za darowanie im życia oficerowie ci zgodzili
się zostać instruktorami Rosjan. Cała brygada piechoty morskiej, w skład
której wchodził również "Albatros", przeszła więc specjalne przeszkolenie
- zgodnie z programem "Zielonych Beretów". Rosjanie okazali się niezwykle
pojętnymi uczniami i już po kilku tygodniach szkolenia bili pod każdym
względem swoich nauczycieli.
Na tle innych batalionów
chłopcy Rieznikowa to byli wyjątkowi zabijacy. Wyjątkowo sprawni, wyjątkowo
odważni, wyjątkowo silni, wyjątkowo wytrzymali i szczególnie lojalni. Prasa
sajgońska nazywała ich "rzeźnikami kapitana Rieznikowa", a onio
poprawiając z fasonem swoje czarne berety śmiali się, mówiąc, że na wojnie
jest się albo "rzeźnikiem", albo "mięsem armatnim".
I szli za swoim
kapitanem wszędzie: do Etiopii, Syrii i Libanu. Byli najemnikami i walczyli
przeciw najemnikom. W kraju nie otrzymywali nawet lichej rekompensaty za
przelaną krew i oficjalnie uznawano ich za "doradców wojskowych".
Oleg Rieznikow,
który dziesiątki razy przeprowadzał ich przez linię ognia, widział w ich
oczach zwierzęcy strach, wściekłość i żądzę krwi - twierdzi, że teraz po
rozpadzie imperium sowieckiego, jego chłopcy zasilą szeregi "psów wojny",
a w najgorszym razie - rosyjskiej mafii.
Wie bowiem o wojskach
specjalnych wszystko i uważa, że ta profesja zabija w ludziaach coś bardzo
ważnego - chęc życia.
Oprac.
JP
|