Combat
Course
395
DNI
|

Green Devils: Jaka była twoja droga do wojska i do piaskowego beretu?
EX-SASIE:
Dla mnie wszystko zaczęło się w późnych latach siedemdziesiątych. Byłem
wtedy jeszcze w rezerwie, w batalionie saperów i spodobało mi się życie
żołnierza. Zanim jeszcze zostałem przyjęty do wojska, zawsze chciałem
być w Special Forces. Marzenie jest łatwe, ale spełnianie
tych marzeń - to coś innego!
GD: W jaki sposób dostałeś się na Selekcję?
EX-SASIE: Bardzo polubiłem czołgi, ale cały czas w głowie siedział mi SAS. Pewnego dnia zlożyłem aplikację, żeby mnie wzięli na następną selekcję. Nie miałem pojęcia w co się wpakowałem!
GD: Jak wtedy wyglądała selekcja?
EX-SASIE: Moja selekcja była pierwszą poza granicami Zachodniej Australii. To było pięć tygodni w centrum szkolenia piechoty - Singleton. Spędziliśmy większość czasu będąc torturowani na Pokolbin Ranges - fajne górki i "interesujące" miejsce do ciężkiej pracy. W pierwszy dzień przeszedłem dwa kroki zanim zacząłem biec - rezultatem tego przewinienia było 1000 (tysiąc) pompek - no i musiałem pompować. Niezależnie od tego, czy miałem na sobie plecak, w buszu czy w koszarach. Niezależnie od "normalnych" ćwiczeń fizycznych. Chcieli tysiąc - jakoś je zrobiłem. WF był twardy. Bieg to był BIEG, nie było joggingu, tylko 100% grzania po gruncie. Każdy był twoim wrogiem. Na początku było nas 120. Dziewięciu "przeżyło".
GD: Co się stało jak już ochłonąłeś z szoku zaliczenia selekcji? Jak wyglądała reszta treningu?
EX-SASIE: Już na następny dzień polecieliśmy z Singleton do Williamtown na trening spadochronowy. Skończyliśmy selekcję, ale do otrzymania beretu było jeszcze siedem miesięcy. Musieliśmy zaliczyć trening spadochroniarza. Potem zaliczyć słynny Patrol Course. Kurs specjalistyczny. Do wyboru były: komunikacja radiowa - ośmiotygodniowy kurs morsa, Pionierka, Tracking, Survival, specjalność sanitariusza patrolowego, Demol, Rope and Rapell course i jeszcze kilka innych. Wszystko to po to, żeby tylko dostać beret. Jeżeli nie skończyłeś jakiegoś z nich - to koniec. Moje dwudzieste pierwsze urodziny były gdzieś w połowie tych wszystkich kursów - byłem najmłodszym żołnierzem w SASR.

EX-SASIE:
Po otrzymaniu beretu wszystko się jeszcze bardziej zaostrzyło! Broń, broń
i jeszcze raz broń! Musieliśmy zostać ekspertami w kilkunastu typach broni.
Nie mówię o treningu albo o przeszkoleniu w kilkunastu typach broni, ale
o prawdziwym profesjonalnym szkoleniu. Po kilkadziesiąt tysięcy sztuk amunicji
z każdego typu broni. M-16 - wszystkie możliwe warianty. FN L1A1
- w trzech różnych wersjach, oczywiście Heckler und Koch - MP5A2, A3,
K, SD, nie obyło sie bez kilku modeli G3. Cokolwiek H&K
nie zrobił, to z tego strzelaliśmy. Najwięcej zabawy miałem z wersją MP5K
zamontowaną w teczce. Wyrzutnie granatów Schmerling 38 i 66mm, strzelby,
granaty itd.
GD: A co jeżeli chodzi o broń przeciwnika?
Ex-SASIE: Nie obyło się też oczywiście bez rodziny AK. Mieliśmy w zbrojowni rumuńskie, rosyjskie, nawet polskie wersje AK. Były też i polskie "raki", skorpiony, makarowy i jeszcze inna broń, której już teraz nawet nie pamiętam - były tego po prostu stosy. Z broni snajperskiej to trzy podstawowe modele były w tym czasie w zbrojowni: PSG-1, fińska Tikka 7.62X51NATO i kanadyjska Parker Hale 65 i 85. Nawet nie pamiętam wszystkich typów pistoletów.
GD: Czy był wybór broni indywidualnej?
Ex-SASIE: Tak, był wybór jeżeli chodzi o pistolety. Tak się jako złożyło, że wszystkim najbardziej się spodobał FN Browning 9mm. Przez jakiś czas eksperymentowaliśmy z rewolwerami - szybko przejrzeliśmy na oczy! Przeciwko terroryście uzbrojonemu w TEC-9 albo AKSU nie mielibyśmy żadnych szans. Rewolwery przeszły w zapomnienie - już nawet ich nie trzymamy w zbrojowni.

EX-SASIE: W tym okresie, najważniejsza rola pułku - operacje antyterrorystyczne - były wykonywane przez 1st Squadron. Rotacja odbywała się całymi szwadronami - "jedynka" schodziła z linii i cała "dwójka" zajmowała ich miejsce. Teraz rotacja odbywa się częściowo, co jest lepszym rozwiązaniem.
GD: Jak wyglądała praca w komórce AT?
EX-SASIE:AT to było 24 godziny służby na dobę, siedem dni w tygodniu, 395 dni bez przerwy. Wszyscy chodziliśmy z pagerami i nie mogliśmy nigdy być dalej niż 25km od naszych koszar. W praktyce nie mogliśmy ruszyć się z Perthu. Większość chłopaków kupowało sobie wtedy japońskie motory - żeby zdążyć do jednostki w razie alarmu. Ani kropelki alkoholu przez cały ten czas. W ciągu tych 395 dni byliśmy w domu najwyżej dwanaście. Niewiele małżeństw przeżywało ten okres. AT miało jednak pierwszeństwo!
EX-SASIE: Jeżeli sobie coś zrobiłeś, to czas kuracji był połowę tego czasu co normalnie - nikt nie chciał wypaść z zespołu. Dopóki kości nie były złamane, to w ogóle nic się nikomu nie mówiło.
GD: Czy podczas treningu była używana ślepa amunicja?
Ex-SASIE: Tylko podczas treningu w budynkach cywilnych, oprócz tego zawsze była ostra amunicja. Trenowanie ślepakami jest iluzoryczne. Tak samo z materiałami wybuchowymi. Były używane tylko prawdziwe materiały energetyczne, nie było w ogóle symulatorów.
GD: W jaki sposób dostawaliście się do środka budynków?
EX-SASIE:
Spędzaliśmy nad tym wiele czasu. Liny, helikoptery, wejścia dynamiczne
itp. Wchodziliśmy do środka szybami windowymi, rurami wentylacyjnymi i
drenażowymi - cokolwiek mogliśmy znaleźć w planach budynku. Szyby windowe
były bardzo interesujące - szczególnie podczas silnych wiatrów - patrząc
na to teraz - było to bardzo, ale to bardzo niebezpieczne.
GD: Jakie były zadania po skończonej rotacji w AT?
EX-SASIE: Po 13 miesiącach na linii, szwadron przechodził do pracy w buszu. Robiliśmy rozpoznanie dalekiego zasięgu, operacje arktyczne, wodne, trening w dżungli. Byliśmy bardzo zajęci, zawsze człowiek coś robił. Jeżeli nie byłeś na kursie, to trenowałeś. Trening mógł być wszystkim: od broni do patrolowania, nawet lekcji w klasie o teorii materiałów wybuchowych, języków obcych lub kursów medycznych. Ja byłem w sekcji spadochronowo-wspinaczkowej. Spadochron i wspinaczka były naszym chlebem powszednim.
GD: Czy często robiliście skoki typu HALO?
EXSASIE: Amerykanie nazywają wszystko powyżej 10 kilometrów - HALO. Praktycznie każdy nasz skok był powyżej 10 tysięcy. To był normalny skok, nic specjalnego. Skoki z wyposażeniem były trudne. Wojskowe spadochroniarstwo nie jest przyjemne. To ciężka harówka. Nocne skoki, z pełnym wyposażeniem na nieznany DZ, nie należą do przyjemności i traciliśmy od czasu do czasu ludzi. Praktycznie wszyscy przeżyli lądowanie w nocy pod wiatr i w drzewach. RAAF robił błędy, czasem z powodu radaru, czasem z powodu nawigatora. Raz wyskoczyliśmy 15km od naszej DZ.
GD: Jak wyglądała praca w buszu?
EX-SASIE:AT
i skoki spadochronowe skupiają całą uwagę dziennikarzy, ale głównym zadaniem
SASR
jest dalekie rozpoznanie i dostarczanie informacji dla dowództwa. Praca
w buszu była i nadal jest naszym głównym zajęciem. W związku z tym
jednym z przywilejów w SASR był wybór własnego sprzętu do roboty
w buszu. Kupowaliśmy amerykańskie lub brytyjskie plecaki - zanim
na rynku pojawiły się bardzo dobre lokalnie produkowane australijskie plecaki.
Cały sprzęt modyfikowaliśmy tak, że trudno było rozpoznać oryginalnego
producenta. Oporządzenie indywidualne - tzw. "szelki" były totalnie zmieniane.
Na moim pasie miałem kawałki amerykańskiego, australijskiego i brytyjskiego
sprzętu oraz kilka kieszeni z drugiej wojny światowej. Przez pewien
czas eksperymentowaliśmy z kamuflażem typu "woodland", ale nie zdawał on
egzaminu. W roku 1983 dostaliśmy pierwszą dostawę DPCU - Disruptive
Pattern Camouflage Uniform, który pracował niesamowicie i którego
używamy do dziś.
GD: Ile ważyło wyposażenie, które zabierałeś w teren?
EX-SASIE: Same szelki ważyły około 12 kilogramów załadowane do pełna wodą i amunicją. Ja miałem dwa plecaki. Jeden z Nowej Zelandii, do którego dorobiłem ramę i dużą ALICE - przez pewien czas byłem w patrolu radiotelegrafistą. Na tydzień patrolowania miałem około 12kg w szelkach i jakieś 30kg w plecaku plus broń i kieszenie wypchane po brzegi.
GD: Co jest najważniejszą częścią patrolu?
GD: Od kogo uczy się SAS? Kim byli wasi instruktorzy?
EX-SASIE: Moimi instruktorami na kursie patrolowym byli wszyscy po Phouc Toi, większość z nich to były żywe legendy australijskiej armii. W buszu po prostu oszałamiali nas. Mieli podobny sprzęt do naszego, zamiast broni chodzili tylko z kijem. My myśleliśmy, że jesteśmy bardzo sprawni fizycznie, ale ci starsi goście zasuwali po górkach jak gdyby nigdy nic, z papierosem w gębie i nawet się nie pocili. Może mogliśmy zrobić więcej pompek niż oni, ale mieli nad nami przewagę dalekodystansowej wytrzymałości i po prostu przyzwyczajenia do dżungli. To jest coś, co dopiero można nabyć po kilku latach walki w terenie tropikalnym.
GD: Jaka jest różnica pomiędzy żołnierzem australijskim, a operatorem w SASR?
EX-SASIE: Trudno jest na to odpowiedzieć. SASR szuka innego typu charakteru niż armia. Wielu operatorów SASR nie zdałoby egzaminu w normalnej jednostce. Armia chce zdyscyplinowanych i karnych żołnierzy, a SASR kogoś, kto nie będzie jeść 5 dni i będzie szedł do przodu na własną rekę. Nie musi być supermenem i fizycznie nie ma aż tak dużej różnicy w kondycji pomiędzy naszą piechotą i SASR. Właściwie różnica jest taka, że w wojsku okresy maksymalnego stresu psychofizycznego są relatywnie krótkotrwałe. W SASR są maksymalne okresy stresu przez bardzo długie okresy czasu.