LEGIA    CUDZOZIEMSKA - AFRYKA
 
 

Wspomnienia francuskiego spadochroniarza - 1954

ROCZNICA CAMERON


    (...) Rano przybywamy do ich obozu, w którym kamienie są ułożone równo, z dokładnością do jednego milimetra. Legioniści w galowych mundurach stoją w równych szeregach przed namiotem na obszernym dziedzińcu z ubitego piasku. To na nas tak czekają. Ci ludzie nie umieją się obejść, nawet tu, bez placu defilad.
    W kepi i białych kurtkach, z masywnymi naramiennikami w barwie czerwonej i zielonej, w białych getrach, z potrójnymi odznakami wojskowymi - większość ma na piersiach medale zdobyte w walce - nasi gospodarze wyglądają jak obrazek z Epinal, z tą chyba różnicą, że żyją. My w naszych zakurzonych mundurach robimy przy nich wrażenie chłopów ze wsi.
    Rozlega się dźwięk fanfar, po czym następuje apel na cześć legionistów bohatersko poległych w wyprawie meksykańskiej. Karabiny maszynowe i bagnety u karabinów błyszczą w słońcu. Muzyka rozdziera serca.
    Potem długa cisza. Pułkownik przechodzi sztywno, wolnym krokiem, tu i ówdzie przypina odznaczenia na wypiętych piersiach legionistów. W skupionym milczeniu cały pułk bierze udział w tej okazałej, pompatycznej i pełnej powagi ceremonii.
    Apel na cześć poległych budzi niepotrzebny smutek. I znów rozlega się dźwięk trąbki. Ośmiuset żołnierzy stoi z piersią wyprężoną jak struna, z twardym spojrzeniem utkwionym prosto przed siebie. Zastygli w nieskazitelnej postawie na baczność, wyczekują na słowa pułkownika, który gniewnie drepcze przed nimi z laseczką trzcinową w ręku. "Honor i wierność, oto jest Legia." Legio, patria nostra! - Legia naszą ojczyzną. Ceremonia kończy się dzikimi okrzykami. Milczące dotychczas psy Legii zaczynają szczekać przeraźliwie.
    Po takich ceremoniach niejeden legionista porwany entuzjazmem przedłuża swoją służbę w Legii. Główną siłą armii jest, być może, dobra reżyseria.
    Teraz ludzie rozpraszają się po namiotach, gdzie czekają na nich długie stoły zastawione potrawami, które nie tylko są obfite, ale i wytworne, co rzadko zdarza się w armii. Pod krzyżakami stołówdziesiątki skrzyń z butelkami wina i piwa. Uczta się rozpoczyna.
    Podają nam pieczone kurczęta, po jednym kurczęciu na każdego. Zjadamy tylko najsmaczniejsze kąski, a więc z kurcząt tylko skrzydełka. Do połowy opróżnione butelki wina rozbija się dla zabawy. My, goście, bierzemy czynny udział w uczcie. Legioniści wołają pod naszym adresem: "Niech żyją wojska kolonialne!".
    Około piątej wszyscy - i legioniści, i my - jesteśmy gotowi, czyli pijani w sztok. Legioniści intonują kolejno jakieś okropne piosenki, polskie, hiszpańskie i niemieckie. Wybuchają i krzyżują się fałszywie śpiewane melodie, w których zawsze dźwięczy ton przejmującej melancholii. Tematem ich jest albo wyruszenie na pewną śmierć, albo utrata kochanej dziewczyny lub ojczyzny... Najstarsi legioniści pod działaniem alkoholu i słońca mają łzy w oczach.
    Inni opowiadają o swoim życiu. Są to ciekawe opowieści o krwawych walkach, straszliwej biedzie, o nieszczęściach kolejno po sobie następujących, a także o mizernych przyjemnościach pozbawionych wesela.
    Następuje wieczór i czas skończyć tę sutę agapę. Wielu legionistów osunęło się pod stoły; ich wspaniałe jasne mundury są poplamione winem. Panuje taki wrzask, że jeden drugiego nie słyszy! Niektórzy tańczą ze sobą. W tym stanie, w jakim się znajdują, tańczyliby nawet z kłodą drzewa.
    Po licznych uściskach dłoni i przyjacielskich poklepywaniach po plecach, z lekka zataczając się opuszczamy obóz; kieszenie mamy wypchane cygarami, w rękach nioesiemy butelki. Nawet psy są pijane.
    Wsiadamy do samochodów. Nasza mała kolumna rusza zygzakiem drogą, która nie wydaje się już prosta. Towarzyszą nam życzenia wykrzykiwane gardłowymi głosami. Ach, so, Donnerwetter!
Ciężarówkę jadącą na przedzie prowadzi ten sam plutonowy, który wsławił się wyczynami akrobatycznymi w pociągu. Jest jak gąbka nasiąknięty alkoholem. I teraz ma zamiar się popisać. "Ruszaj - wołają do niego - i ciągnij setką!". Spragnieni jesteśmy wrażeń.
    I rzeczywiście z taką szybkością wóz bierze kolejne zakręty. Ale o dziesięć kilometrów od obozu zjeżdża z drogi, wiruje kilkakrotnie i po dziesięciu metrach koziołkuje i nieruchomieje; koła obracają się w próźni. Wszyscy podnoszą się i natychmiast trzeźwieją. Ciała mamy obolałe. Sapiemy ze strachu. Dwóch kolegów leży nieruchomo o kilka metrów od samochodu, z którego wyrzucił ich silny wstrząs przy upadku. Są bladzi, niemal zupełnie biali. Ktoś pyta naiwnie: "Umarli?".
    Teraz z kolei plutonowy blednie. Ten wypadek może go drogo kosztować. Tłoczymy się wokół dwóch ciał, potrząsamy nimi, wołamy, ale bez skutku. Ktoś proponuje zastosować system "policzkowania", rozumując słusznie. Że jeśli istotnie nie żyją, to już nie odczują bólu. Grad silnych uderzeń spada na dwóch nieszczęśników, do których nagle wszyscy poczuli wielką sympatię. Jeden z nich otwiera oczy. "Och, jedź z nami! No, już dobrze." Ogarnia nas pijacka czułość. Okazało się w końcu, że obie ofiary popadły tylko w omdlenie.
Pierre Leulliette
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone




www.greendevils.pl