W 1983 roku służyłem w 4. Eskadrze
Regiment Etranger de Cavalerie (REC) Francuskiej Legii Cudzoziemskiej.
Wysłano nas do Dżibuti, aby zastąpić tam 2e Regiment Etranger de Parachutists
(REP), który pełnił służbę w Czadzie.
Było to we wrześniu i mój oddział znajdował się na długodystansowym patrolu
pustynnym. Siedzieliśmy tam już od dwóch tygodni i nie mogliśmy się doczekać
powrotu do Arty, żeby wreszcie zjeść coś porządnego, wyspać się, napić
zwykłej wody i dobrego, zimnego piwa. Tej nocy znajdowaliśmy się w odległości
ok. 70 km od etiopskiej granicy. Rozbiliśmy obozowisko, a ja stałem na
warcie koło ciężarówki z radiostacją, ucinając sobie pogawędkę z sygnalistą.
Nagle radio zaczęło szaleć. Wszystko było nadawane Morsem, więc nic nie
zrozumiałem, ale czułem, że nie zagrzejemy tu dłużej miejsca. Sygnalista
kazał biec po dowódcę oddziału. Ten, kiedy tylko przyszedł do samochodu
i rzucił okiem na tłumaczenie tekstu podanego przez radio morsem, rozkazał
mi budzić cały oddział. Zwijaliśmy się błyskawicznie! Po niecałych 10 minutach,
zdrowo przeklinając, byliśmy gotowi do drogi.
W
opałach
Dowódca zawołał nas i wytłumaczył o co chodziło w komunikacie. Na granicy
odbyło się starcie: partyzanci zjawili się w Djibouti, zaatakowali wioskę
i zabili kilka osób. Mieliśmy za zadanie spróbować złapać partyzantów.
Rozjechaliśmy się w różnych kierunkach Moja grupa pojechała prosto do tej
wioski, przybywając na miejsce w chwili, gdy na wschodzie zaczęło wstawać
słońce. Mieszkańcom wioski na nasz widok wyraźnie ulżyło. Natychmiast pokazali
nam zabitych. Było ich troje: dwóch mężczyzn i kobieta. Każde z nich dostało
strzał w tył głowy. Ciała, mimo krótkiego czasu, już zaczęły się rozkładać,
więc zaczęły się do nich dobierać muchy składając jaja w ranach trupów.
Spytaliśmy wieśniaków, w którą stronę i kiedy odjechali partyzanci. Usłyszeliśmy
ze zdziwieniem, że odjechali niedawno i mogą być nie dalej jak kilka kilometrów
stąd. Partyzanci nie spodziewali się żadnej kontrakcji, więc nie spieszyli
się zbytnio. Nie myśleli, że ktoś ich będzie ścigał w górzystym terenie.
Wysłaliśmy przez radiostację wiadomość do reszty naszego oddziału, że wyruszamy
natychmiast w pościg za partyzantami. Po przejechaniu około 2 kilometrów,
wyszliśmy z ciężarówki i podeszliśmy do brzegu zbocza góry. Od razu zauważyliśmy
smugę dymu. Myślałem, że już ich będziemy mieli, ale tak naprawdę to znajdowali
się oni w dole za następną skarpą. Dotarcie do nich zajęłoby trochę czasu,
gdyż wzgórza były bardzo strome, a do tego gdyby nas zobaczyli w trakcie
marszu przez zbocze, bylibyśmy w niezłych tarapatach. Oczywiście, że tak
się stało! Zobaczyli nas jak schodziliśmy z pierwszego zbocza, natychmiast
otwierając ogień. Mimo tego, że strzały nawet nas niedosięgły, zacząłem
walić do nich z naszego karabinu maszynowego kryjąc lawiną kul chłopaków
ścigających partyzantów. Mój ogień na tyle był skutecznym, że kiedy ostatecznie
dotarliśmy do następnego zbocza to okazało się, że załatwiłem jednego z
partyzantów. Leżał martwy z przestrzeloną klatką piersiową. Chyba dostał
w kręgosłup. Reszta zdołała się ukryć za następnym zboczem biegnąc jak
szaleni. W tym wyścigu stawką było nasze lub ich życie. Otworzyliśmy do
nich ogień z naszych "trąbek", ale odległość była zbyt duża, żeby ich trafić.
"Padnij!"
Gdy zaczęliśmy biec za nimi, jeden z partyzantów przyklęknął. Najpierw
pomyślałem, że dostał, ale w rzeczywistości on zaczął celować do nas z
RPG-7! Ktoś krzyknął "padnij!", więc zanurkowałem między kamienie, tłukąc
okropnie kolana, Ale lepsze to niż mieć otwór wentylacyjny zrobiony przez
rakietę z RPG...Szczęśliwie rakieta przeleciała tuż nad naszymi beretami
zdmuchując z nich kurz. Ale eksplozja uwolniła lawinę kamieni, które zaczęły
się toczyć w naszym kierunku! Nie mieliśmy gdzie uciekać, więc przykryłem
swój łeb rękami i zacząłem się modlić. Dostałem paroma kamieniami, ale
na szczęście większość głazów przeleciała obok mnie. Jak tylko pył opadł,
wyskoczyłem z mojego skromnego ukrycia zobaczyć jak daleko uciekli ci przeklęci
partyzanci. Nic nie było widać, ale usłyszałem wtedy jednego z naszych
wołającego o pomoc. Oberwał w nogę, tuż nad kolanem i porządnie krwawił.
Zawołałem sanitariusza z mojej grupy, ale ten leżał nieprzytomny! Ktoś
jeszcze był cały potłuczony, a wszyscy nieźle poobijani. Teraz rzeczywiście
mieliśmy poważny problem: byliśmy uwięzieni w połowie wzgórza z trzema
rannymi, a tylko jedną parą noszy, do tego sanitariusz był nieprzytomny.
Nie wspomnę, że nosze zostały w ciężarówce...Oprócz tego nie mieliśmy pojęcia
jak daleko uciekli partyzanci. Byłem co prawda niemal pewien, że ciągle
jeszcze biegli, myśląc że siedzimy im na karkach, ale nie można było wykluczyć,
że szykują się do ostrzału ze wzgórza nad nami. Marny byłby wtedy nasz
los. Nasz sierżant nadał meldunek przez radio do dowódcy oddziału o naszej
sytuacji, prosząc o helikopter dla rannych. Potem wysłaliśmy jednego z
chłopaków do ciężarówki po nosze, żeby przenieść rannych w miejsce, gdzie
mógłby wylądować helikopter. Reszta oddziału znajdowała się godzinę drogi
od nas, więc mogliśmy liczy tylko na siebie. Sierżant sprawdził mapę, szukając
dogodnego miejsca na lądowisko. Sześć kilometrów od nas znajdował się płaski
teren, więc mieliśmy zanieść rannych do jeepa i dojechać na to prowizoryczne
lądowisko. Brzmiało to tak łatwo! W tym czasie słońce nieźle już prażyło,
a upał wypalał nam mózgi. Jedyną wodę jaka nam została używaliśmy do chłodzenia
rannych. Gdy wrócił legionista wysłany po nosze, zapakowaliśmy na nie Quinetta,
sanitariusza, który był najpoważniej ranny. Czterech z nas podniosło nosze
i rozpoczęliśmy wędrówkę do ciężarówki. Nasz sierżant miał czekać na nasz
powrót po pozostałych rannych.
I
znów piekło
Niesienie tych noszy do ciężarówki było męką. Zajęło to nam 45 minut! Gdy
dotarliśmy, wznieśliśmy plandekę, aby uchronić Quinetta od tego cholernego
słońca. Potem napiliśmy się wody z kanistrów, które mieliśmy na ciężarówce
i napełniliśmy nią manierki na drogę powrotną i dla chłopaków na dole.
Powiedziałem jednemu z legionistów, aby został z Quinettem i żeby pokierował
resztą oddziału, gdyby ten wreszcie się zjawił. Ruszyliśmy z powrotem.
Powrót był łatwiejszy i dość szybko znaleźliśmy się z powrotem. Wzięliśmy
na nosze Lollerou, który miał złamanie otwarte. Tych dwóch co zostało z
sierżantem, zamieniło się z nami miejscami przy noszach i zaczęliśmy iść
do ciężarówki. I znów piekło marszu, a Lollierou wrzeszczał za każdym potrząśnięciem
noszy, co zdarzało się o krok, ale nic na to nie mogliśmy poradzić. Szczęśliwie
już po kilometrze marszu zobaczyliśmy resztę oddziału, który wreszcie dojechał
do nas. Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy jak wtedy, gdy zobaczyłem resztę
oddziału zbiegającą ze wzgórza! Natychmiast położyliśmy nosze i zaczekaliśmy,
aż podejdą. Gdy do nas dotarli, ośmiu chłopaków wzięło Lollierou do ciężarówki,
a my wróciliśmy do sierżanta, żeby razem z nim sprawdzić okolicę. Podeszliśmy
do miejsca, gdzie leżał zabity przeze mnie partyzant. Zabraliśmy jego AK-47
i jakieś papiery, które miał przy sobie. Zaznaczyliśmy to miejsce na mapie
i dołączyliśmy do reszty oddziału. Jazda do lądowiska była powolna i trudna,
ale wynagrodził nam ją widok helikoptera Puma, który czekał na lądowisku.
Zapakowaliśmy rannych do Pumy i wróciliśmy do ciężarówki, żeby wrócić do
Arty. Wiedzieliśmy, że pewnie spędzimy jeszcze jedną noc na pustyni nim
dotrzemy do Arty, ale mieliśmy cichą nadzieję, że radiostacja będzie milczała.
Gdyby tak się jednak nie stało, to oczywiście byliśmy gotowi natychmiast
zareagować, ale teraz to chcieliśmy wróci do obozu w Arcie, wejść pod prysznic
i porządnie się wyspać.
Opracował:
corporal Marso
GDL '1999
|