Budowa okrętów podwodnych typu
"Orzeł"
Przed
II wojną światową w Kierownictwie Marynarki Wojennej forsowano budowę drogich,
oceanicznych okrętów podwodnych jakimi były jednostki typu "Orzeł".
Należy zauważyć, że do działań na płytkim Bałtyku nadawały się wyłącznie
jednostki o mniejszych wymiarach.
Za te same fundusze (8 200 000 zł zebrane przez społeczeństwo na zakup
ORP "Orzeł" - to bardzo duża kwota, koszt budowy obydwu okrętów wyniósł
przeszło 20 mln zł) można było wybudować kilka okrętów podwodnych zbliżonych
do U-Boota typ II (nazywane zdrobniale Einbaeume "czółna"). Cena
jednego U-Boota typ II wynosiła zaledwie 3 mln zł, zaś oceanicznego U-Boota
typ XI, o parametrach bardzo zbliżonych do "Orła" wynosił tylko około 5
mln zł (prawie o 1/3 mniej!). Preferowanie zakupu drogich typów oceanicznych
okrętów podwodnych miało tylko jedną przyczynę: im wyższa cena sprzętu,
tym większe prowizje. Holendrzy, którzy zbudowali dla Polski okręty podwodne
ORP "Orzeł" i ORP "Sęp", mieli dobrą markę co do jakości produkowanych
przez siebie okrętów podwodnych, nie byli jednak jedynymi oferentami na
rynku. Niemieckie konstrukcje były najlepsze, ale poza Niemcami żaden inny
kraj nie widział w tej broni podstawowego narzędzia walki na morzu. ORP
"Orzeł" i bliźniak ORP "Sęp" były jednostkami z serii skonstruowanej na
wody Oceanu Indyjskiego (typ K XVIII, ochrona kolonii holenderskich i dróg
zaopatrzeniowych) o zupełnie innym zasoleniu niż Bałtyk. Były to okręty
bardzo trudne do balastowania, mogły więc pływać na powierzchni lub leżeć
na dnie. O braku poczuciu realizmu oficjalnych czynników rządowych i wojskowych
świadczyła decyzja złożenia zamówienia na budowę dwóch dalszych okrętów
podwodnych typu "Orzeł" o jeszcze większych parametrach!
ORP "Orzeł" był jedynym w pełni sprawnym okrętem podwodnym naszej floty.
Bliźniaczy "Sęp" po "ucieczce" ze stoczni w Holandii miał szereg defektów
i usterek w działaniu mechanizmów okrętu, niemożliwe do usunięcia w Polsce
ze względu na brak odpowiednich stoczni i fachowców. Nie przeszedł wszystkich
prób odbiorczych przez co jego zdolność była bardzo ograniczona. Obydwa
okręty miały słabo wyszkolone załogi, nie ćwiczono ich w długotrwałym przebywaniu
pod wodą, opanowaniu reakcji na wybuchy bomb głębinowych ani opuszczaniu
okrętu w skafandrach. Na Helu nie było ponadto żadnego portu, czy schronu,
gdzie okręt mógłby dokonać choćby najprostszych napraw, uzupełnić zapasy
lub wyokrętować załogę.
Działania w pierwszym okresie
wojny.
Kolejny
poważny błąd naszego Dowództwa Floty to zatwierdzenie do realizacji planu
działania dla okrętów podwodnych o kryptonimie "Worek". Plan ten
przewidywał rozmieszczenie sektorów okrętów podwodnych w pobliżu
naszego wybrzeża. Ograniczono działanie okrętów podwodnych do dozorowania
w wąskich i niezbyt głębokich sektorach, w których mogły być bardzo łatwo
wykryte. Już pierwsze dni wojny z Niemcami pokazały jak wielki popełniono
błąd. Sektory te pokrywały się z liniami niemieckiej blokady utrzymywanej
przez niemieckie okręty i samoloty oraz niemieckimi polami minowymi. Od
pierwszych godzin wojny nasze okręty podwodne były nieustannie tropione
i atakowane bombami głębinowymi, co powodowało ich liczne uszkodzenia i
zmniejszanie wartości bojowej. Okręty te nie miały tym samym żadnych okazji
do przeprowadzenia skutecznego ataku. ORP "Orzeł" miał operować w sektorze
położonym wewnątrz Zatoki Gdańskiej (!), który kompletnie nie odpowiadał
właściwościom operacyjnym okrętu. Dowództwo Floty zamierzało trzymać ORP
"Orzeł" w odwodzie na wypadek zaistnienia potrzeby użycia go w innym rejonie.
Tymczasem 4 września 1939 roku Kłoczkowski podjął samowolną decyzję opuszczenia
swojego sektora i żeglugi daleko na północ w rejon Gotlandii, nie informując
o tym Dowództwa Floty!
8 września zapadł rzekomo na nierozpoznaną chorobę, która uniemożliwiała
mu dowodzenie okrętem. W świetle dalszych wypadków jednoznacznie wynika,
że Kłoczkowski symulował chorobę, aby mieć powód do opuszczenia okrętu.
Jednocześnie mimo choroby nie przekazał dowództwa zastępcy kpt. Grudzińskiemu.
Dopiero 10 września przesłał Kłoczkowski na Hel informację o swojej
chorobie nie powiadamiając o zmianie sektora! Dowódca Floty nakazał wysadzenie
dowódcy w porcie neutralnym albo wejście nocą do portu helskiego. Kłoczkowski
nie przyjął najrozsądniejszej propozycji swoich oficerów, aby skierował
okręt pod brzegi Gotlandii i tam opuścił się na łodzi. Kłoczkowski zdecydował
się zawinąć do odległego Tallina, stolicy Estonii. Decyzję tę motywował
posiadaniem w tym mieście wielu znajomych jeszcze z czasów służby w carskim
korpusie gardemarinów. Była to kolejna samowola Kłoczkowskiego, gdyż w
instrukcjach Dowództwa Floty była brana pod uwagę możliwość zawijania naszych
okrętów podwodnych jedynie do portów Szwecji i Finlandii.
ORP "Orzeł" wszedł na redę Tallina nocą z 14 na 15 września. Kłoczkowski
opuścił okręt i udał się do szpitala zabierając ze sobą wszystkie rzeczy
osobiste, w tym dubeltówkę i maszynę do pisania. Wskazywało to, że nie
zamierzał wracać na okręt niezależnie od diagnozy. Jego dowództwo objął
zastępca kpt. Jan Grudziński.
Estończycy dokonali internowania okrętu pod naciskiem Niemców. Uczynili
to niechętnie i nie stworzyli większych problemów w ucieczce "Orła"
z portu w Tallinie, chociaż otworzyli do niego chaotyczny ogień z karabinów
maszynowych i dział artylerii nadbrzeżnej. Map morskich dostarczyli Anglicy
z konsulatu. W czasie wojny ze zrozumiałych względów trudno było ten fakt
potwierdzać, zaś po wojnie cała historia "Orła" stanęła pod znakiem niedomówień,
kłamstw i znaków zapytania.
Tymczasem Kłoczkowski pozostał w Estonii. W szpitalu przebywał tylko 3
dni, co jest dowodem, że nie chorował on na żadną ciężką chorobę. Później
zamieszkał w Tartu, drugim co do wielkości mieście Estonii, dokąd sprowadził
swoją rodzinę.
Dalsze dzieje okrętu
"Orzeł"
po odzyskaniu swobody działania patrolował w rejonie wysp szwedzkich. Na
jednej z nich pozostawiono zabranych w Tallinie estońskich wartowników,
demaskując jednocześnie kłamstwa hitlerowskiej propagandy, która głosiła,
że załoga "Orła" zamordowała estońskich żołnierzy. Mimowolnych więźniów
wyposażono w żywność, butelkę alkoholu i pieniądze. Na pożegnanie kpt.
Grudziński powiedział żartobliwie do Estończyków: "Pamiętajcie, że z
zaświatów nie wypada wracać gorszą klasą niż pierwszą".
7 października wobec zaistniałej sytuacji, jaką była kapitulacja w Polsce
oraz kurczących się zapasów na okręcie, dowódca podjął decyzję o przedarciu
się przez Sund do Wielkiej Brytanii. "Orzeł", podobnie jak okręt podwodny
ORP "Wilk" przedarł się bezpiecznie z Bałtyku do Anglii. Przybycie polskich
okrętów podwodnych wprawiło w niemałe zakłopotanie Sztab Home Fleet (Floty
Ojczyźnianej), gdyż ich kursy prowadziły przez sektory, w których dozorowały
angielskie okręty podwodne i lotnictwo oraz po akwenach patrolowanych przez
lekkie siły nawodne.
Po przybyciu do Anglii "Orzeł" został poddany remontowi, który skończył
się 1 grudnia 1939 roku. Na początku 1940 roku skierowano go, po uzupełnieniu
brakującego uzbrojenia (zdemontowanego w Tallinie przez Estończyków), do
samodzielnych patroli na Morzu Północnym. ORP "Orzeł" odbył 7 patroli.
W trakcie piątego, 8 kwietnia, zatrzymał i zatopił niemiecki statek "Rio
de Janeiro" o pojemności 6800 ton, ujawniając jednocześnie plany niemieckiej
inwazji na Norwegię. Razem z tym statkiem zginęło prawie 400 transportowanych
żołnierzy oraz uległ zniszczeniu transportowany sprzęt wojskowy (m.in.
także konie).
Z siódmego patrolu, w maju 1940 roku, ORP "Orzeł" nie wrócił. Holenderska
konstrukcja "Orła" stała się przyczyną jego zguby. Dowódca holenderskiego
okrętu podwodnego, który miał zluzować "Orła" w jego sektorze, znał sylwetkę,
którą ujrzał i wiedział, że wszystkie jednostki tego typu przejęli Niemcy
po zajęciu Holandii. Nie wiedział, że dwie sztuki sprzedano Polsce tuż
przed wojną. Bez zastanowienia odpalił torpedę zatapiając "Orła" wraz z
całą załogą.
W dwa tygodnie później ORP "Wilk" podczas patrolu staranował okręt podwodny.
Wszyscy przekonani byli, że zatopiono niemieckiego U-Boota. Jednak w świetle
powojennych dokumentów wynika, że nie zaginął w tym czasie żaden niemiecki
okręt podwodny. Natomiast w tym czasie utracono kontakt z holenderskim
okrętem "O-13".
"Wilk" zemścił się za "Orła"...
Pewien popularny telewizyjny dziennikarz-historyk odrzuca jakiekolwiek
hipotezy o wejściu "Orła" na minę lub o omyłkowym zatopieniu przez aliancki
okręt. Twierdzi on, że okręt został zbombardowany przez niemiecki samolot,
a ten nie wrócił na lotnisko, przez co pilot nie zameldował o zatopieniu
okrętu podwodnego. Hipoteza ta ma tyle sensu, co twierdzenie o zatopieniu
"Orła" przez kometę, która nie została zauważona przez astronomów, albo
przez Godzillę, która płynęła z Tokio via Murmańsk do Nowego Jorku.
W gazecie brukowej "Dziennik Bałtycki" z dnia 5 października 1999 roku
umieszczono błędną informację o tym, że "Orzeł" opuścił port w Gdyni 2
września 1939 roku. "Orzeł", o czym wyżej pisałem, opuścił port MW w Gdyni-Oksywiu
1 września. "Dziennik Bałtycki" znany jest nam z umieszczania wielu niesprawdzonych,
fałszywych i kłamliwych informacji, więc i kolejną "pomyłkę" można wybaczyć.
Interesująca jest opinia umieszczona w tymże piśmie wyrażona przez kustosza
Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku , p. Marka Twardowskiego, który
twierdzi, że wątpliwe są winy byłego oficera Kłoczkowskiego jako zdrajcy
i tchórza. Wystarczy jednak przeanalizować dowody podane niżej, aby
stwierdzić zupełnie coś innego. Polecamy tę lekturę panu kustoszowi.
Komandor ppor. Henryk Kłoczkowski
Przed
wojną uważany za najlepszego z dowódców okrętów podwodnych m.in. z racji
doświadczenia wyniesionego przez niego ze służby w carskiej marynarce podczas
I wojny światowej.
Z przyczyn patriotycznych, czy też dydaktycznych przemilczano prawdziwą,
a haniebną rolę jaką odegrał w historii ORP "Orzeł" były oficer Henryk
Kłoczkowski.
Po wkroczeniu do Estonii Armii Czerwonej w 1940 roku został wzięty do niewoli,
z której został uwolniony dopiero po podpisaniu umowy Sikorski-Majski.
W grudniu 1941 roku przybył do Anglii, gdzie został postawiony przed Sądem
Morskim. Na podstawie zarzutów spisanych przez załogę ORP "Orzeł" (zatonął
w czerwcu 1940 roku) sąd uznał go za winnego tchórzostwa maskowanego symulowaną
chorobą i bezpodstawnego wprowadzenia "Orła" do Tallina. Skazano go na
degradację do stopnia marynarza oraz karę 4 lat więzienia (nie wykonana).
Był to bardzo łagodny wyrok. Powinien zostać powieszony.
Jego imię nie zasługuje na podtrzymywanie legendy o dowódcy "Orła" "wyokrętowanego
z powodu choroby".
Jeszcze w maju 1939 roku Kłoczkowski protestował przeciwko objęciu stanowiska
zastępcy "Orła" przez zdolnego kpt. Grudzińskiego. 1 września ORP "Orzeł"
z winy Kłoczkowskiego jako ostatni i z dużym opóźnieniem wypłynął z Gdyni
w rejon ześrodkowania narażająć się na zbombardowanie przez Luftwaffe.
4 września Kłoczkowski samowolnie wyprowadził okręt z sektora. Kłoczkowski
miał częste i długotrwałe przerwy w łączności z dowództwem w Helu, nie
meldując o swojej aktualnej pozycji. Wybrał najbardziej niekorzystny port
na zawinięcie "Orła". Nie przekazał jednostki swojemu zastępcy. Nie poinformował
dowództwa o swojej pozycji koło Gotlandii. Wreszcie w Tallinie podczas
wyokrętowania zabrał ze sobą wszystkie rzeczy osobiste, co dowodzi, że
nie zamierzał wracać na okręt, mimo że był jeszcze przed badaniami lekarskimi.
Dowodzi
to jego zdrady wobec Ojczyzny i tchórzostwa.
W 1944 roku wyrok Sądu Morskiego został zakwestionowany przez prokuratora
Najwyższego Sądu Wojskowego, który wniósł o rewizję sprawy na korzyść skazanego,
ale wniosek ten nie miał dalszego biegu. Zdrajca Kłoczkowski zmarł w Ameryce
w 1964 roku.
Sprawa Kłoczkowskiego to największa plama na honorze naszej marynarki z
okresu II wojny światowej. Nie może więc dziwić, że podnosząc zasługi "Orła"
dyskretnie przemilczano haniebną rolę jaką odegrał Kłoczkowski w tej historii.
Najlepszy dowód to zrealizowany w latach 50-tych film pt. "ORP Orzeł".
W nim to postać pierwszego dowódcy "Orła" została przedstawiona niezgodnie
z prawdą w bardzo korzystnym świetle.