Green Devils Legion
Poniższy artykuł został opublikowany w MMS "Komandos" nr 6/1999 i opisuje jednostkę GDL - SGS "Zielone Diabły" przed jej przeformowaniem w GSW "Zielone Diabły". Patrz: "Oko Diabła" i Green Devils Legion.

     Zmęczone Diabły ściągają balaklawy, w podkrążonych oczach cień nieprzespanej nocy. Prawie dwie doby treningu i trzy godziny snu - grupa nie marnowała czasu. Miejska alpinistyka i wejścia do pomieszczeń - w nocy działania w terenie, następnego dnia znowu liny, szturmowanie budynku i walka wręcz w kontakcie bezpośrednim.

Ostra jazda

    Zamaskowana postać w czarnym szturmowym kobinezonie znika za barierką mostu i po sekundzie mknie już głową w dół, by kilka metrów nad ziemią płynnie zmniejszyć szybkość zjazdu i miękko wylądować, zmieniając na centralnym zaczepie położenie ciała o 180 stopni. Chwilę później następny członek oddziału ubezpieczany liną błyskawicznie zbiega po pionowym filarze, dwaj inni przechodzą most po przęsłach.
    Obiekt treningowy to stary wiadukt w urokliwym, okolonym lasem Jarze Raduni - potężna, stalowa konstrukcja zawieszona wysoko nad nurtem rzeki na betonowych filarach.
    Pierwszego dnia Zielone Diabły zaliczały tu m.in. amerykańską kolejkę, czyli 30-metrowy zjazd nad wodą z mostu na brzeg. Jedna z lin zaczyna się przecierać. Instruktor (były szef wyszkolenia jednej z najlepszych w kraju kompanii AT, ekspert od walki wręcz, weteran bojowych akcji), mimo żalu, zarządza pocięcie jej na 5-metrowe kawałki: - Spadając z pięciu metrów trudniej się zabić, niż przy zerwaniu liny na dwudziestu pięciu - argumentuje z uśmiechem. Teraz jednoczesny zjazd trzech Diabłów. Pozostali docierają tymczasem do stanowiska na wiadukcie, by kolejny raz powtórzyć całą procedurę. I jeszcze raz...

Natychmiastowa akcja

    Po południu grupa zwija liny i przenosi się do budynku - miejsca treningu Close Quarter Battle - walki w pomieszczeniach.
    - Wewnątrz terroryści przetrzymują zakładników, jednego zabili. Zadanie: opanować budynek, uwolnić zakładników, unieszkodliwić terrorystów - przedstawia sytuację Instruktor. Po rozpoznaniu dowódca grupy podejmuje decyzję: - Natychmiastowa akcja.
    Oddział szturmowy przemyka pod ścianą. Ostatni kryje tył zespołu, środkowi omiatają lufami flankę, okno budynku i krawędź dachu nad głowami.
    Docierają na pozycje wyjściowe do ataku. Pada komenda, na chwilę przed grupą uderzeniową do wnętrza budynku wpadają granaty hukowe. Przez huk wybuchów i kłęby dymu słychać okrzyki: -"Czysto! Czysto!" - meldują szturmowcy przechodząc z gotową do strzału bronią z pomieszczenia do pomieszczenia. Jedna sekcja wbiega po schodach na piętro, na parterze tymczasem natarcie zatrzymuje się przed zamkniętymi drzwiami. Sekundy na przygotowanie wejścia, atak! W pokoju zadymionym od wybuchu ktoś jest! Rzut oka na ręce - nie ma broni, więc Zielone Diabły tylko obezwładniają delikwenta i zakutego w kajdanki wyprowadzają - we dwóch, używając chwytów transportowych z dźwignią na staw łokciowy.
    Dach został opanowany w międzyczasie przez inną sekcję, która dostała się tam wykorzystując specjalną taśmę - przy użyciu tej techniki pokonanie 5-metrowej wysokości zajmuje każdemu z członków zespołu nie więcej niż cztery sekundy.
    Teraz czas na omówienie zakończonej akcji.
- Najtrudniejsze, najbardziej stresujące elementy szturmu to skryte podejście, a potem forsowanie zamkniętych drzwi, które mogą być zaminowane, a prawie zawsze są pod ostrzałem - twierdzi Instruktor. - Decyduje zawsze dokładność w przygotowaniu i zdecydowanie w działaniu grupy. I łut szczęścia, bo nie wszystko można przewidzieć. Swoje uwagi Instruktor  ilustruje przykładami z bojowych akcji: oto policjant w kamizelce kuloodpornej jedynie z nazwy został trafiony w miejsce spojenia kołnierza z korpusem kamizelki. Pocisk przebił szyję i wyszedł otwartymi ustami - nie uszkodził ani kręgosłupa, ani tętnic, a sam poszkodowany zauważył, że jest ranny dopiero po akcji. Innym razem dzieckiem szczęścia okazał się przestępca, który podczas szturmu otrzymał postrzał antyrykoszetowym pociskiem grzybkującym - prosto w kieszeń z grubym plikiem dokumentów. Pocisk, odkształcając się przy uderzeniu, przekazał większość energii na płaską powierzchnię - trafionego wręcz zmiotło z podłogi, ale przeżył.
    Koniec odprawy. Diabły poprawiają oporządzenie.
- Było nie najgorzej - podsumowuje akcję Instruktor. - Więc zaczynamy wszystko jeszcze raz, od początku...

Kość w kość

    Instruktaż walki w kontakcie bezpośrednim dotyczy wyłącznie realnych, "ulicznych" i bojowych sytuacji.
- W bójce niewyszkolony napastnik uderza sierpowymi i zamachowymi, rzadsze są kopnięcia - twierdzi Instruktor. - Takie starcie rzadko trwa dłużej niż kilkanaście sekund, dlatego podstawą obrony i kontrataku jest umiejętność zdecydowanego wejścia w przeciwnika. Można wdać się w bezładną bijatykę, ale można sprawę zakończyć na przykład tak... W tym momencie potężne sierpowe uderzenie zostaje zbite do wewnątrz, a  atakujący siedzi już na trawie, po błyskawicznym, choć wykonanym jakby od niechcenia, obejściu i chwycie za twarz.
    Trening trwa. Prawidłowo założone duszenie powoduje zamknięcie światła tętnic szyjnych i utratę przytomności w kilka sekund - technika jest skuteczna przy obezwładnianiu przeciwników  pijanych, furiatów, czy odurzonych narkotykami, które obniżają próg wrażliwości na ból.
    Mocny efekt daje ucisk punktu tuż nad mostkiem - technikę wykonuje się przy użyciu jednego palca. Do tego dochodzą uderzenia w błędnik oraz dźwignie na szyjny odcinek kręgosłupa i przeraźliwie bolesne dźwignie na małe stawy - na przykład nadgarstek. Te pierwsze są równie proste, co skuteczne przy sprowadzaniu przeciwnika do parteru. Drugie służą do obezwładniania w sytuacjach nie wymagających użycia bardziej drastycznych środków.
- Trzeba dążyć do zwarcia, realna walka najczęściej rozgrywa się w parterze - tłumaczy Instruktor.
    Podobna taktyka dotyczy stracia z uzbrojonym przeciwnikiem.
    Instruktor: - Pamiętajcie, że atakujący jest niewolnikiem broni, której używa. To oznacza, że ktoś uzbrojony w pałkę czy bejsbola jest niebezpieczny tylko w jednym przypadku - kiedy zaatakowany cofa się, uciekając przed ciosem. Właściwa reakcja to szybkie skrócenie dystansu.
    Teorię ilustruje praktyka. Uderzający z pełną siłą, zostaje zastopowany zdecydowanym, brutalnym wejściem podczas zamachu. Instruktor nie usiłuje agresorowi odebrać broni, która w zwarciu staje się bezużyteczna - finał jest taki sam, jak w poprzednim starciu. Po wejściu w kontakt, przeciwnik zostaje obezwładniony chwytem za głowę.
- Niebezpieczna jest tylko końcowa część pałki, czy siekiery, która podczas ciosu porusza się najszybciej. Im bliżej przeciwnika się znajdziecie, tym mniej może takim narzędziem zrobić. Dlatego bardziej niebezpieczne niż pałka są nóż, brzytwa, żyletka.
    Instruktor uczy obrony proporcjonalnej do zagrożenia.
- Jeżeli jest to możliwe, lepiej walki uniknąć, lepiej nieraz uciec, niż wpierw dać się ponieść urażonej ambicji, a potem zostać oskarżonym o napaść - twierdzi. - Zupełnie inaczej rzeczy się mają przy realnym zagrożeniu. Nie wolno się wahać, gdy przeciwnik jest uzbrojony, gdy napastników jest kilku. Wtedy żadnych ograniczeń: wyłamywanie stawów, wydłubywanie oczu, techniki kończące...
    Instruktor i jego asystent powtarzają wejścia, trzymania, demonstrują, jak zaadoptować jedną uniwerslaną technikę do zmieniających sytuacji.

Sprawdzian skuteczności

    Pod koniec treningu przychodzi czas na chwilę prawdy - walki "do odmowy". Toczący pojedynek przerywają go tylko w chwili poddania się jednego z walczących, lub decyzją Instruktora - bez względu na odnoszone urazy. Wykorzystywać można cały repertuar techniczny z wyłączeniem ataków na oczy (w Centrum Szkolenia Specjalnego dr A. Bryla tzw. "Turniej Hana" dopuszczał takie ataki).
    Starcie: przeciwnicy już w parterze, Zielony Diabeł usiłuje założyć duszenie na tętnice szyjne, jego przeciwnik (policjant prowadzący własne grupy treningowe, asystent Instruktora) odpowiada szybkim chwytem za "torbę". Po chwili jeden z walczących przy pomocy dźwigni na staw barkowy zostaje wbity głową w ziemię - Instruktor przerywa starcie.
    Kolejna walka - wyższy ze wstępujących w szranki jest od swego rywala także silniejszy fizycznie. Nie budzi to jednak żadnego respektu w przeciwniku - ten, po ominięciu ataku, dynamicznie skraca dystans, wskakuje na osiłka. Uderzenie głową udaremnione chwytem za twarz, po chwili już parter, ciosy w nerki, w serce. Mniejszy z walczących w opałach, ale zwinnie unika duszenia krawędziami dłoni, teraz silneijszy przeciwnik próbuje "poszerzania uśmiechu" przez rozerwanie ust. Bład - kontra jest bezlitosna. W chwilę później jest już po wszystkim - mniejszy triumfuje, a większy okleja opatrunkami swoje pokrwawione i posiniałe, nadgryzione palce.
- Ładnie, panowie, tylko dlaczego tak się oszczędzaliście? - komentuje kwaśno Instruktor. - I dlaczego to wszystko trwało tak długo?
    Czas wyciągnąć wnioski - następny staż za pasem.

Zielone Diabły

    Patrz: GDL

 (C)  Artur Kawiński  '1999


Plakat (37 x 53 cm) z wyżej opisanego stażu znajduje się w MMS "Komandos" nr 5/01.

Foto: internet


e-mail: demon@greendevils.pl