Szakal:
Jak dostałeś swój bilet do Wietnamu?
Mike Cavalera, Vietnam Veteran: Miałem
dokładnie 19 lat i trzy miesiące kiedy dostałem "kartkę z
Pozdrowieniami", chcieli mnie wciągnąć do wojska. To był listopad
1966. Spędziłem większość czasu trenując w wojskach pancernych, jednak
mój MOS (Military Occupation Speciality (Przydział Specjalności
Wojskowej) to piechota. Mając 9 miesięcy do końca służby, przysłali
mi rozkazy wyjazdu do Wietnamu. Moi rodzice bardzo się martwili. Mnie było w sumie wszystko jedno, ale pociągała mnie przygoda. Poprosiłem wtedy o
zmianę mojego MOS w
przeznaczeniu do czego zawsze byłem szkolony. Zgodzili się. Jednak nie
uzyskałem przydziału tak długo, jak długo byłem w strefie
przejściowej. Po jakimś czasie zostałem wysłany do 11th Armored
Cavalry Regiment. Nigdy przedtem nie słyszałem o tej jednostce, ale
szybko przekonałem się, że była to jedna z najlepszych jednostek
wojskowych. Wróg się nas naprawdę bał. Kto nie widział to nie wie.
Siła ognia była niewiarygodna. Podczas ostrzału Wietnamczyków
widzieliśmy dosłownie zapadającą się dżunglę przed nami.
.
Szakal:
Chciałeś tam jechać? Walczyć za Południowy Wietnam?
VietVet: Byłem młodym
chłopakiem żyjącym w dużym mieście, czerpiącym radość z życia. Nie
chciałem opuszczać tego wszystkiego, by jechać tam gdzie ludzie chcą
mnie zabić, nie byłem zainteresowany by zabijać ich. Zmienia się
wszystko kiedy już tam jesteś.
Szakal:
Jak dobrze przygotowany byłeś do misji zagranicą? Czy twoje szkolenie
wojskowe było wystarczające?
VietVet: Nie uważam by
można być przygotowanym na wojnę. Byłem dobrze przeszkolony z
bronioznastwa i sprzętu, ale tam wiele rzeczy trzeba było się nauczyć,
na przykład bytowania w środowisku w którym przyjdzie ci walczyć.
Robiliśmy także wioski na wzór tych w Vietnamie, mimo, że nie były
doskonałe do walki ale zawsze to coś.
Znając swego wroga... Muszę
powiedzieć, że nie rozumiałem go ani sposobu w jaki żył. Zapach
Wietnamu jest nieporównywalny do innych miejsc w których
byłem. Ciała zabitych leżały na ulicach przez miesiące. Codziennie koło nich przejeżdżaliśmy, więc widzieliśmy proces
ich rozkładu. Ciała zabitych puchły, wydając smród nie do zniesienia
. Dla nas było to nie do pomyślenia... ale, prawdopodobnie bali się bycia oskarżonym o związki z zabitym, czy wylecenia w powietrze na zaminowanym trupie.
Bardzo denerwujące były monsuny. Przez cały czas byłeś mokry, nie widziałeś na odległość kilku stóp. Błoto przyklejało się do ubrania i butów. Wchodziło dosłownie wszędzie.
Druga sprawa to okres suszy. Czerwony pył przykrywał żołnierza od stóp do głów. Bardzo ciężko jest utrzymać higienę w tych warunkach.
Po okresie przejściowym i
wysłaniu do 11th Cav, nauczyłem się, że bycie kierowcą APC (Armored
Personal Carrier - transporter opancerzony) nie było dobrym
pomysłem. Kierowca mógł być zabity całkiem szybko z powodu miny lub
granatu z RPG. Oczywiście pierwszą rzeczą o którą pytali to praca
kierowcy. Początkowo zgodziłem się, ale jedna doświadczona osoba
odradziła i odwiodła mnie od tych zamiarów. Nie trzeba było długo
czekać, aż sam przekonałem się dlaczego.
Szakal:
Jakie były pierwsze chwile w Wietnamie? Co właściwie robiła 11th
ACR?
VietVet: Przez pierwsze
parę miesięcy ochranialiśmy drogi, co lubiłem gdyż mogliśmy
porozmawiać z lokalnymi Wietnamczykami. To było zaraz po Tet w
'68.
Pierwsze kontakty z wrogiem to
głównie miny lub strzelanie do niewidzialnego wroga. Innym razem
zasadzali się na nas z RPG-ami i uciekali. Zabijaliśmy kilku tu i tam.
Były przypadki, że łapaliśmy ich odpoczywających lub zupełnie bez
straży, no i płacili wysoką za to cenę. Znali potęgę naszego ognia i
nie wchodzili nam w drogę. Przynajmniej przez większość czasu. Bywały
chwile w dżungli kiedy byliśmy nieźle wystraszeni. Jako jednostka
pancerna byliśmy bardzo głośni, więc wróg miał masę czasu by
przygotować cokolwiek chciał. Jedyną rzeczą, której byliśmy pewni to
siła ognia i garść dzielnych młodych chłopaków. Utykaliśmy i
rzucaliśmy track'i (track - m113). To było złe, gdyż potem musiałeś
takiego track'a ściągnąć i naprawiać. Nie łatwe kiedy jesteś w
dżungli, stajesz się wtedy dobrym celem, a wszystkie APC oraz czołgi
grzęzną w ciasnym terenie.
11th Cav miała szeroką strefę
operacyjną. Działaliśmy na drogach i w dżungli. Nawet Sajgon miał
zaszczyt nas widywać. Większość czasu byliśmy w terenie. Jedyny moment
w którym szło się do obozu to R&R (rest and recreation -
wypoczynek i rozrywka) lub powrót do domu.
Szakal:
Jak wyglądał Twój odział?
VietVet: Mieliśmy trzy
karabiny maszynowe. Dowódca track'a używał 50 cal., za nim było dwóch
celowniczych z M-60-tkami. Gdy trzeba było pełnej mocy, mieliśmy
granatniki M-79 pomiędzy dwoma M-60. Mieliśmy ekstremalną siłę ognia.
Kosiliśmy dżunglę. By uniknąć śmierci, kiedy najechaliśmy na minę lub
gdy zostaliśmy trafieni z RPG, siedzieliśmy na górze track'a. Tylko
wtedy, kiedy nawiązałeś kontakt zeskakiwałeś na nogi. Wróg (NVA-
Wietkong) mógł dostać się do nas dwoma sposobami: minami oraz RPG. W
taki sposób straciłem nogę.
Szakal:
Jak do tego doszło?
VietVet: To był środek
nocy, właśnie przyjmowaliśmy ogień snajperów. Byliśmy w sile kompanii,
a pułkownik zaczął się wkurzać. Zdecydował by ruszyć całą
kompanią w kompletnych ciemnościach prosto na ogień snajperski.
Właśnie mieliśmy nowego LT (porucznik - przyp. autor), który nie wiele
wiedział o walce i starał się robić wrażenie, że wie co robi. To była dopiero jego druga noc w Wietnamie.
Chciał ładnie wyglądać przed kapitanem i pułkownikiem, co z pewnością liczyło się w jego karierze. Był bardzo zapracowany upewniając się, że każdy track jest tam gdzie powinien, ale zapomniał o nas.
Zapomniał o swoim własnym tracku zaraz za linią drzew. Byłem wkurzony. Zwykle siedziałem przy .50 cal - jako TC (track commander - dowódca track'a), ale tym razem zajmowałem stanowisko umiejscowione zaraz za .50 po lewej stronie, z zainstalowanym karabinem maszynowym m60.
Przeczuwałem, że coś się może wydarzyć. Stanąłem i zaraz potem oślepił mnie jasny biały błysk! Granat RPG uderzył w prawy bok APC,
roztopił pancerz jak masło i eksplodował w środku urywając mi nogę. Podciągnąłem się na rękach i wypełznąłem jak szybko mogłem z pojazdu. Strzelanina trwała kilka minut. Gdy wszystko ucichło, moi ludzie znaleźli mnie 10 metrów od pojazdu.

Przeczołgałem się do małego rowu, który wydawał mi się
dobrą osłoną.
Wybuch urwał innemu strzelcowi lewą nogę, a mnie prawą. Wszyscy inni dostali odłamkami metalu w różne części ciała. Obaj zostaliśmy ewakuowani do najbliższego szpitala polowego, gdzie dokończono amputację nogi. W całej kompanii, tej nocy tylko my byliśmy
tak poważnie trafieni. Mogłem wtedy zauważyć uciekającego wroga, który strzelał z RPG. Tamtej nocy jednak wymknęli się. Zostaliśmy wysłani do Stanów i spędziliśmy kolejny rok w Valley Army Hospital,
Pa. Pamiętam, że zostałem wysłany do Wietnamu z 9 miesiącami do końca służby, a ranny zostałem gdy miałem 30 dni do końca. Uczynili mnie
kaleką na zawsze.

Purple Heart
To prawda, że nie obchodziłem ich dopóki nie skończyłem swej służby. Zrobiłem to i wtedy musieli mnie wysłać na emeryturę. Tak więc, jestem oficjalnie emerytowany z Armii od 1969.
Jeszcze na długo przed wypadkiem mój stosunek do tego wszystkiego bardzo się zmienił. Tam w sztabach nie zależało im na zwykłym żołnierzu. Takie było nasze odczucie. Po pewnym czasie nie chodziło już o wykonywanie zadań, ale zwykłe przeżycie.
Mój przyjaciel Bobby Vasquez dostał możliwość przeniesienia poza strefę walk dzięki znajomemu w sztabie. Kilkakrotnie starałem się o to samo. Po prostu wiedziałem, że jak
zostanę tu jeszcze chwilę, to wydarzy się coś niedobrego. Kilka dni później straciłem nogę.

Bobby Vasquez i Mike Cavalera
Szakal:
Czy pamiętasz swoją najtrudniejszą misję w
Vietnamie?
VietVet: Jedne z
najcięższych chwil w bitwie to te kiedy szturmowaliśmy znany nam
bastion wroga. Byliśmy powiadomieni o możliwym kontakcie. Ruszyliśmy w
sile kompanii w wyznaczoną strefę. Wielkość kompanii to 21 APC oraz 3
czołgi. Znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni pól ryżowych, mając
ogromną linię drzew przed nami. Gdy ruszyliśmy w kierunku tej
gęstości, człowiek obok mnie, George Long, siedzący z granatnikiem
M-79, został trafiony w szyję. Do dziś nie wiem, czy była to pułapka
na drzewie czy zrobił to snajper, ale usłyszałem świst kuli, która
go trafiła. George upadł na stalową podłogę track'a mocno
krwawiąc. Zeskoczyłem do środka by mu pomóc, ale za każdym razem kiedy
naciskałem jego serce, krew coraz bardziej wypływała z szyi. Walka
rozszalała i nie mogłem zostać tam z przyjacielem. Gdy strzelałem z
mojego M-60 w kierunku drzew, track zaczął wkopywać się w pole ryżowe.
Dowódca track'a wstał by naprowadzić kierowcę i został trafiony kulą,
która spowodowała, że wypadł z track'a na ziemię. Przejąłem dowodzenie
i wszedłem na miejsce 50 cal. Nakazałem drugiemu strzelcowi by zabrał
naszego rannego człowieka. Zdecydowaliśmy by zebrać naszych ludzi na
tyle track'a i wycofać się w samo centrum perymetru ("perimeter" -
obrona okrężna) gdzie znajdowała się reszta naszych rannych. Walka
trwała cały dzień. To był ten jeden z kilku razy kiedy Wietnamczycy
stanęli do walki. George nie żył. Po całodziennej bitwie wszyscy byli cholernie zmęczeni. Wszyscy prócz mnie zasnęli. Byłem całkowicie zdenerwowany tym faktem. Przez
całą noc stałem na straży. Wypatrzyłem naprzeciw mnie, z mojej starlight-scope (przyrząd
optyczny, korzystający ze światła gwiazd do wzmocnienia obrazu, niestety nie działał w całkowitych ciemnościach, noktowizor pierwszej generacji - przyp. autora) 6 postaci idących w moim kierunku. Zapytałem przez radio czy mamy swoich na tym terenie. Powiedziano mi, że nie powinniśmy mieć tam żadnych naszych ludzi oraz bym czekał i obserwował. Nadchodzili, chowając się za pagórkami, które znajdowały się na polach ryżowych. Zdałem sobie sprawę, że nasi ludzie tak by się nie zachowywali.
Musieli widzieć nasze pojazdy.. ale nie jestem pewien czy widzieli mnie..
W końcu wystrzeliłem flarę i otworzyłem ogień. Pomyliłem kolejność, bo najpierw trzeba strzelać.. ale to już wtedy i tak nie miało znaczenia.
Nagle wszystkie track'i otworzyły ogień w ich kierunku. Byli całkowicie przybici do ziemi. Przez
całą noc samoloty zrzucały flary, które oświetlały teren.
Przyszpililiśmy ich do chwili pojawienia się światła dziennego, kiedy zdecydowanie łatwiej jest działać. Krzyczałem do nich by się poddali, a do swoich by wstrzymali ogień. To był chaos, brak kontroli nad
sytuacją. Kilku żółtkow chciało się poddać, ale ich dowódca tego nie chciał i gdy tamci szli w naszym kierunku z rękami w górze, on otworzył w naszym kierunku ogień z jego Ak-47. Wtedy nasi ludzie znowu zaczęli strzelać w ich kierunku. Każdy z
Wietnamczyków miał kilka kul w ciele. Paru z nich wysłaliśmy, jeszcze żywych, helikopterami do szpitala. Nie wiem czy przeżyli.

Jeszcze innym razem, który mam właśnie przed oczyma to wtedy gdy ruszaliśmy w
sile kompanii do jednej z głównych dróg, myślę, że to była hwy 1, ale to nie ma znaczenia. Poruszaliśmy się szybko ponieważ byliśmy w drodze na pomoc innej jednostce, która znajdowała się w kłopotach. Wtedy niespodziewanie, po wkroczeniu na plantację drzewek kauczukowych wróg pojawił się z każdej strony, uciekając i ukrywając się w znanych mu miejscach. Mój track był ostatni, więc byłem najbardziej narażony na ostrzał. Dowódca wrzeszczał bym się pośpieszył, ale ja przekazałem przez radio, że nie mogę się ruszyć bo nie mam takiej możliwości. Musiałem odpowiedzieć ogniem. Mój track wykonał zwrot w kierunku wroga. Miałem kilku przede
mną, próbujących ukryć się za drzewami kauczukowymi. Wyczuwali piekło i zaczęli machać
białą szmatą. Machnąłem im by wyszli i poddali się. Gdy byłem skupiony na nich, pojawiło się kilku innych po mojej prawej, których do tego momentu wcale nie widziałem. Wystrzelili granat z RPG i trafili pod mój 50 cal., co pokryło tylko górę track'a płomieniami. Wszyscy myśleli, że dostaliśmy, track zaczął się palić. Zdziwiłbyś się jak bardzo zaskoczony był wróg. Wielu z nich zostało zabitych i wielu uciekło. Miałem szczęście tamtym razem i dało mi to lekcję na przyszłość. Gdyby granat eksplodował urwał by mnie w połowie. To były jedne z lepszych bitew w których uczestniczyłem. Mogłem zobaczyć tych skurczybyków.
Szakal:
Czego bali się żołnierze?
VietVet: Najstraszniejsze chwile w dżungli spowodowane były jej gęstością oraz możliwością patrzenia na odległość nie
większą niż kilka stóp. Wróg był dobry w zakładaniu pułapek. Prócz bania się, byłem przerażony by umrzeć postrzelony w głowę. To był mój strach, inni ludzie mieli swoje własne. Jednak czułem się bezpiecznie z całym tym zapleczem ogniowym jakim dysponowaliśmy. Lecz Charlie (Wietnamczycy,
w jezyku kodowym VC - "VietCong", brzmial Victor Charlie - przyp. autora) nigdy nie przyszliby do nas atakiem frontalnym. Zasadzali się i uciekali. Charlie nauczyli się, że jedyny sposób by nas dorwać to używanie min i RPG. Więc zacząłem się ich bać.
Nauczyliśmy się po pewnym czasie przeczuwać sytuację. Że, coś wisi w powietrzu. Zdradzało to zachowanie ludności.
Drobiazgi. Zawsze chętne do zabawy dzieciaki, nagle rozpływały się w powietrzu. Wszystko pustoszało. Sam stosunek do nas był często znakiem.
Były także miłe chwile...


Szakal: Na
przykład?
VietVet: Poznałem kilku
naprawdę niesamowitych ludzi w czasie służby. Oczywiście zawsze znajdą
się tacy, którzy dadzą ci popalić... Ale przez większość czasu byli
wspaniali. Gdy walczysz ramię w ramię z tymi chłopakami, stajecie się
rodziną, braćmi. Zależycie od siebie na sytuacje życia i śmierci. Nie
możesz być bliżej. Ciągle trzymam kontakt z częścią nich. Niektórzy
zniknęli w tym czasie....
Szakal: A
co z Agent Orange?
VietVet: No właśnie...
Wielu z nich doświadczyło problemów zdrowotnych poprzez Agent Orange i
inne chemikalia trujące weteranów i ich dzieci. Tam walka toczyła się
codziennie. Jednak rząd do dziś nie pomógł tym ludziom.
Szakal:
Czy armia wyposażała swoich żołnierzy w "Death
cards"?
VietVet: Nie było
upoważnienia by kłaść Death Cards na zabitym żółtku. Ale wiele
jednostek miało własne karty śmierci ze swoim logo, tak by wróg
wiedział kto ich dopadł.
Szakal: Co
mówiło się o masakrze w My Lai? Co myślisz o Lt
Calley'u?
VietVet: Lt Calley był
kolejnym facetem w tej wojnie, który nie wytrzymał psychicznie.
Całkowicie rozumiem jak do tego
mogło dojść i jestem zaskoczony, że to nie działo się częściej. Była
to wielka afera tu, w USA. Nie byłem świadomy tego, póki nie wróciłem
do domu. Wiedz, że wiek większości chłopaków wtedy to 19 lat.
Oficerowie byli tylko parę lat starsi od poborowych. Byliśmy wszyscy
dzieciakami. Kiedy walczysz i tracisz swoich przyjaciół, stajesz się
wściekły, kiedy wróg dobiera się do ciebie każdego dnia minami,
pułapkami, strzela z ukrycia, a nigdy nie stanie do walki. Stajesz się
bardzo sfrustrowany i pragniesz pozabijać ich wszystkich.
Szakal: Powrót do domu...
VietVet: Powróciłem do
domu w samolocie szpitalnym z wszystkimi rannymi na pokładzie. Kiedy
wylądowaliśmy w New Jersey, moja rodzina już tam czekała by przywitać
mnie. Przewieziono mnie wtedy autobusem do Valley Forge Army Hospital,
Pa.
Inni wracali sami lub z kilkoma
innymi powracającymi do domu weteranami. Słyszałem od nich historie od
których człowiek robił się chory.
Szakal:
Jak traktowano was po powrocie do domu?
VietVet: Ludzie, którzy
wysłali nas tam, zostali traktowani przez opinię publiczną tak samo
jak nas traktowano. W ich umysłach byliśmy czymś w rodzaju chorych
psychicznie morderców. To się nie zmieniło. Wszystko jest teraz w
porządku. Można powiedzieć, że wojna była zła i nawet protestować
przeciw niej, ale nie można traktować nas żołnierzy źle, za to co rząd
nie zrobił czy zrobił. Ci sami ludzie, którzy nienawidzili nas za
uczestnictwo w wojnie i wykonywanie poleceń, są dziś ludźmi, którzy
trzymają i kontrolują zasługi weteranów wojny wietnamskiej.
Szakal:
Czy wierzysz, że w Wietnamie nadal są POWs ( Prisoner of War - jeńcy
- przyp. autora)?
VietVet: Był czas kiedy wierzyłem, że tam ciągle są
nasi, lecz zbyt wiele lat upłynęło od wojny. Jeśli jeszcze byli tam
kiedyś, to prawdopodobnie już nie żyją. Jednak jestem skłonny
uwierzyć, że kilku może być nadal więzionych. Przynajmniej, mam dla
nich nadzieję. Musisz wiedzieć, że z Północnej Korei powracają jeńcy,
którzy dziś mają po 80 lat. Zawsze jest jakaś nadzieja.
Szakal:
Który z filmów o Vietnamie najbardziej Ci się
podobał?
VietVet: Full Metal
Jacket to był bardzo dobry film. Opowiadał historię o młodych
ludziach wstępujących do Marines by wytrenować ich do walki. Jedne z
najcięższych treningów mieli Marines. Reszta jednostek nie była tak
ciężka, póki nie wstąpiłeś do sił specjalnych lub
desantu. Bardzo podobał mi się także Forest Gump.
Szakal: I
jeszcze jedno ostatnie pytanie. Czego lubiliście słuchać w
Vietnamie?
VietVet: Piosenki, które
lubiliśmy to We got to get out of this place," "Run through the
jungle," "Soldger Boy," "Whiter shade of pale," "Paint it black,"
"House of the rising sun."
Szakal:
Dziękuję za rozmowę.
