First
to Fight!
PAŹDZIERNIK
2001
Rezerwa
Sił Specjalnych
Wojownicy
Odyseusza
Rozmowa z mjr
rez. Krzysztofem Wójcikiem,
pomysłodawcą
utworzenia systemu szkolenia
Rezerwy
Sił Specjalnych
-
Jarosław Rybak:
Opracował Pan system szkolenia Rezerwy Sił Specjalnych. Do kogo jest on
adresowany?
Mjr rez. Krzysztof Wójcik:
- To nowy system szkolenia wojskowego, skierowany do tysięcy młodych ludzi
działających w organizacjach paramilitarnych, drużynach starszoharcerskich,
klubach survivalowych i paintballowych. Dla tych, którzy chcą być komandosami,
rangersami, zielonymi beretami, legionistami, ale nie chcą iść do Wojska
Polskiego. Chciałbym wykorzystać ich zapał.
-
To przecież paradoks. Jak można być dobrym
komandosem, unikając zasadniczej służby wojskowej?
- Taki jest najczęstszy argument przeciwników
tego systemu. Sęk w tym, że ci młodzi ludzie nie boją się trudów służby.
Oni w wojsku nie chcą marnować czasu.
-
Po co nam rezerwa sił specjalnych?
- Doktryna wojenna NATO, zakłada, że w
przypadku konfliktu zbrojnego nawet duże obszary Polski mogą znaleźć się
pod czasową okupacją. W ciągu całej służby wojskowej nie słyszałem, żeby
kogoś szkolono do działania na obszarze zajętym przez przeciwnika. II wojna
światowa pokazała, że tworzenie takiej organizacji zajęło trzy lata i przyniosło
straszliwe straty. Wzorowałem się na podziemnych organizacjach: Kierownictwie
Dywersji Armii Krajowej, czyli "Kedywie" i batalionie "Parasol" Szarych
Szeregów. W armiach NATO funkcjonują podobne siły rezerwy. Pomysł oparłem
też na doświadczeniach Szwedów, z którymi służyłem w Bośni.
-
Od II wojny światowej minęło ponad pół
wieku. Jaki sens ma poszukiwanie wzorców w tak odległej epoce?
- Zadania jakie wykonywał "Kedyw" nie
są obecnie nikomu przydzielone. Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że mogą
je wykonywać grupy z 1. PSK. Czy nasze jednostki specjalne wystarczą do
zabezpieczenia walki na froncie i jednocześnie wykonywania akcji o znaczeniu
psychologicznym? Żołnierze z Lublińca będą bardziej potrzebni na terytorium
przeciwnika, na dużej głębokości pola walki.
-
Jak miałaby wyglądać działalność rezerwy
w czasie zagrożenia kraju?
- Przeprowadzę krótką symulację wydarzeń.
W okresie dużego wzrostu napięcia politycznego pomiędzy niebieskimi i czerwonymi
żołnierze RSS są mobilizowani i udają się do magazynu, którego miejsce
zna tylko dowódca grupy szturmowej. Pobierają broń, amunicję, materiały
wybuchowe i niezbędne wyposażenie. Ponieważ nigdy nie będą w pełni wyposażeni,
udają się do z góry upatrzonych sklepów i hurtowni, gdzie w asyście policjanta
dobierają niezbędny sprzęt. Od samochodów terenowych po plecaki i sprzęt
medyczny. Właścicielom pozostawiają kopie listów kontrybucji wojennej,
które po wojnie spłaci rząd RP.
-
Jak żołnierze byliby zorganizowani?
- Grupa szturmowa to 48 żołnierzy. Składałaby
się z trzech drużyn szturmowych po 12 żołnierzy i drużyny wsparcia. Żołnierze
skrycie przegrupowywaliby się w rejon przyszłego działania, dobrze poznany
na wcześniejszych obozach szkoleniowych. Grupy mają mieć plany obiektów,
które przeciwnik prawdopodobnie wykorzysta do celów logistycznych lub administracyjnych.
Przygotowywaliby dwie bazy wypadowe: główną i zapasową. Prowadziliby intensywne
szkolenie na obiektach, które przewidują do późniejszego ataku. Jako pracownicy
np. firmy budowlanej niczym nie wyróżniający się w tłumie, nie mieliby
problemów w czasie przejścia frontu. Nieustannie obserwowaliby ruch wojsk
przeciwnika. Dane przekazywaliby do dowództwa operacji specjalnych. W zasadzkach
wzdłuż szlaków komunikacyjnych czekaliby na np. ruchome stanowiska dowodzenia.
Na korzyść grup specjalnych NATO prowadziliby akcje mylące przeciwnika.
Zrzuconym żołnierzom sojuszników zapewnialiby łączność, sprzęt i pomoc
medyczną.
- Przeciwnik na zajętym terenie będzie
organizował ośrodki nowej administracji, szukając kolaborantów. Tacy ludzie
zostaną natychmiast rozpracowani, osądzeni zgodnie z prawem wojennymi i
ukarani. Tymczasem tworzenie od podstaw ruchu oporu trwałoby wystarczająco
długo, aby przeciwnik zdążył stworzyć silny i bezkarny system kolaboracji.
W przypadku funkcjonowania RSS społeczeństwo miałoby pewność, że na zajętym
terenie nadal istnieje prawo Rzeczpospolitej, które jest bezwzględnie i
natychmiast egzekwowane. To powstrzyma kolaborację i zapewni wysokie morale
społeczeństwa. Przedstawiciele władz okupacyjnych będą świadomi wydanych
na nich wyroków, egzekwowanych przez snajperów grup szturmowych. Odbijani
i ewakuowani poza linię frontu mogą być ważni jeńcy. Do realizacji tych
zadań nie trzeba przerzucać na spadochronach grup specjalnych, strącanych
na trasie lotu, w czasie przenikania ginących na linii frontu od ognia
własnych wojsk. Zrobią to miejscowi chłopcy, pozostawieni poza linią frontu
niczym oddział Odyseusza w koniu trojańskim. Ich znakiem może być koń trojański
z symbolem Polski Walczącej, a mottem na sztandarze: "Ojczyźnie więcej
niż tego oczekuje".
-
Zastanawiał się Pan nad kosztami tworzenia
nowego systemu?
- Żołnierzy RSS nie trzeba obejmować stałym
etatem i pensją, opieką socjalną. Odpadają koszty budowy koszar, mieszkań,
żywienia. Instruktorami byliby oficerowie rezerwy jednostek specjalnych.
Otrzymywaliby wynagrodzenie za szkolenie na zlecenie. Broń i amunicja może
pochodzić na początek z wycofywanych i wyeksploatowanych zapasów. Szkolenie
podstawowe i zaprzysiężenie mogliby odbyć na trzymiesięcznym kursie selekcyjnym
na bazie takich jednostek jak 6. BDSz lub 1. Pułk Specjalny. Późniejsze
szkolenie byłoby zindywidualizowane i finansowane przede wszystkim przez
samych ochotników. Koszty zgrupowań i ćwiczeń okresowych Rezerwy Sił Specjalnych
nie byłyby wysokie. Mam własne koncepcje oparte na wiedzy uzyskanej w czasie
szkoleń w NATO. Ale odpowiedzi będą wyczerpujące po szczegółowej analizie
i "grze wojennej" przeprowadzonej w Akademii Obrony Narodowej.
-
Czy zaczął Pan już konkretne szkolenie?
- Żeby udowodnić, że system jest tani
i atrakcyjny dla młodych ludzi, zorganizowałem weekendowe szkolenie kilkunastu
członków Związku Strzeleckiego "Strzelec". W drugiej połowie kwietnia w
Bielsku-Białej szkoliło się kilkunastu "Strzelców" z jednostek strzeleckich
1003 w Warszawie oraz 2011 w Krasnymstawie.
-
Dlaczego akurat "Strzelcy"?
- Bo ciekawe jest to, co "Strzelcy" sądzą
o zasadniczej służbie wojskowej. Do Bielska-Białej przyjechali w mundurach,
z atrapami karabinów. Przekonywali, że lubią musztrę, strzelanie, poligony
i ćwiczenia wojskowe. Ale w zdecydowanej większości nie chcą służyć w armii.
75 procent ludzi należących do "Strzelca" nie chce iść do wojska.
- Kojarzy im się z "falą", obieraniem
ziemniaków i stratą czasu. Jedynie 10 procent "Strzelców" trafia do służby
wojskowej.
- Pogoda była paskudna, lało jak z cebra.
Strzelcy ćwiczyli podstawy działania w grupie. W sobotę po południu weszli
do lasu. Urządzali zasadzki, nawiązywali kontakt z "natowską grupą specjalną
zrzuconą na spadochronach", przygotowywali bazę do krótkiego, bo dwugodzinnego
odpoczynku. Wyszli z lasu w niedzielne popołudnie.
-
Kiedy przewiduje Pan następny etap szkolenia?
- Dopiero gdy MON zatwierdzi projekt.
Szkolenie dla zabawy nie ma bowiem sensu. Teraz system zamierzam przedstawić
ministrowi obrony narodowej, prezydentowi i marszałkowi Sejmu.
-
Tworząc RSS przyznamy, że sojusz z NATO
nie daje nam pełnej gwarancji bezpieczeństwa.
- Jeśli ktoś święcie wierzy w wieczny
spokój i sojusze, niech poczyta np. o sojuszach przed wrześniem 1939 r.
Polska jest krajem frontowym NATO. Sytuacja w Rosji, na Ukrainie oraz w
innych dawnych republikach ZSRR może się pogarszać. Fatalna sytuacja ekonomiczna
to najczęstsza przyczyna powstań, rewolucji, buntów i wojen.
-
Już dziś mówi się, że rezerwiści z jednostek
specjalnych to atrakcyjny nabytek dla grup przestępczych. Czy nie będzie
Pan szkolił przyszłych mafiosów?
- Szkolenie rozpocznie się, gdy MON zatwierdzi
program. Będzie to system szczelniejszy niż nabór do zasadniczej służby
wojskowej. Zostanie oparty na stałej selekcji uczestników. Zagrożenie,
że przeszkolony zostanie przestępcą, zawsze istnieje. Ale czy z tego powodu
przestajemy szkolić policjantów i żołnierzy?
-
Chce się Panu to wszystko robić?
- Każdy ma jakieś hobby. Jeden hoduje
rybki, drugi, np. oficer bez przydziału mobilizacyjnego po 20 latach specjalistycznego
szkolenia, może utworzyć nowy rodzaj sił specjalnych na wypadek wojny!
Chętni się znajdą i będą poddawać się morderczemu wysiłkowi w czasie wolnym,
bo "lubią wymiotować ze zmęczenia" jak mówi się o Navy SEALs, którzy
też mnie szkolili.
(Autor jest dziennikarzem "Trybuny
Śląskiej")
Autorzy
Serwisu www.greendevils.pl dziękują Panu Jarosławowi Rybakowi za
możliwość publikacji jego rozmowy z mjr rez. Krzysztofem Wójcikiem.
*Tytuł
wywiadu "Rezerwa Sił Specjalnych" pochodzi od Autorów Serwisu
Copyright (C) Jarosław Rybak
październik 2001
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
Publikowanie
całości lub fragmentów tego wywiadu podlega zasadom określonym przez ustawę
o prawie autorskim. Żadna część powyższego wywiadu nie może być reprodukowana
i przechowywana w systemach odzyskiwania ani przekazywana w sposób elektroniczny
lub mechaniczny, w postaci odbitki kserograficznej, nagrania czy w jakiejkolwiek
innej formie bez wcześniejszego uzyskania pisemnej zgody właściciela
praw autorskich.
Green Devils Legion
od kilku lat realizuje ideę szkolenia
do dywersji pozafrontowej:
więcej w dziale GDL.