|
|
Chwilowa obawa krajów
NATO przed tym, co wyłoni się postsowieckiego chaosu, szybko ustąpiła miejsca
przekonaniu o własnej sile i długotrwałej stabilności nowego układu politycznego
w Europie. W latach 90-tych anulowano przeto wiele programów zbrojeniowych
i zmniejszano zamówienia na nowe czołgi, samoloty, okręty.
W szczególnie trudnej
sytuacji znalazły się armie krajów byłego Układu Warszawskiego. Pozbawione
dostaw nowego sprzętu z ZSRR, z przemysłem zbrojeniowym, który nie był
w stanie samodzielnie - bez planów sowieckich - wyprodukować w pełni nowoczesnego
uzbrojenia oraz z wciąż zmniejszającym się budżetem, gdyż borykające się
z problemami gospodarczymi rządy szukały oszczędności w cięciach wydatków
na obronność (słusznie!), armie byłych demoludów pogrążały się w coraz
większej zapaści. Wydawało się, że sytuację zmienić może wejście Węgier,
Czech oraz Polski do NATO, a szczególnie konieczność przystosowania się
do surowych natowskich standardów w dziedzinie interoperacyjności oraz
nowoczesności wojska. Standardy nie okazały się jednak aż takie surowe
(udało nam się wynegocjować swego rodzaju okresy przejściowe), dlatego
gruntowna modernizacja armii nie musiała być przeprowadzana. Niektórzy
politycy uznali w dodatku, że skoro jesteśmy członkami najpotężniejszego
sojuszu wojskowego na świecie, to modernizacja polskiej armii może poczekać.
Powszechne są poglądy, że w najbliższej przyszłości nasza niepodległość
i integralnosć terytorialna nie zostanie zagrożona, po cóż więc nam silna
armia?
Mit pierwszy: NATO
Pakt Północnoatlantycki
powstał jako odpowiedź na zagrożenie sowieckie. Tysiące radzieckich czołgów
stało u wrót wolnego świata i konsolidacja krajów Zachodu miała odstraszyć
ewentualnego agresora. Mimo prowadzenia przez Francję własnej, niezależnej
polityki zagranicznej, ani silna obecność Stanów Zjednoczonych w Europie,
ani jedność atlantycka nie były nigdy poważnie zagrożone przez całą zimną
wojnę. Po rozpadzie ZSRR i bloku państw socjalistycznych, NATO stanęło
przed koniecznością redefiniowania celu swojego istnienia i strategii działania.
Pojawiły się pierwsze rozbieżności. Brak było jednolitej polityki choćby
wobec konfliktów w byłej Jugosławii (np. Niemcy popierały Chorwatów, a
Francja - Serbów), wzrastało tłumione przez lata napięcie pomiędzy Grecją
a Turcją, Francja zaczęła domagać się wzmocnienia politycznej pozycji państw
europejskich w sojuszu (nie szło za tym jednak zwiększenie wydatków na
obronność), a tak niedawno pożądana amerykańska obecność na kontynencie,
zaczęła drażnić niektórych polityków.
Dzisiejszy Pakt
Północnoatlantycki jest czymś innym niż jeszcze kilkanaście lat temu. Po
pierwsze, wraz ze zmniejszeniem wydatków na obronność w krajach zachodnich
(poza USA) oraz przystąpieniem do sojuszu Czech, Węgier i Polski zachwiana
została kompatybilność poszczególnych armii NATO. Obecnie sytuacja przedstawia
się tak, że armia amerykańska jest o wiele nowocześniejsza od armii krajów
europejskich, wyprzedzając je w kilku dziedzinach o całą generację (przesyłanie
informacji, rozpoznanie pola walki i strategiczne, transport). Z kolei
wojska nowych członków NATO są za nimi daleko w tyle. Gdy do paktu przyjęte
zostaną republiki bałtyckie i takie państwa jak Bułgaria, Słowenia, Chorwacja
czy Rumunia, niegdyś jednolity pod względem militarnym sojusz, zamieni
się w konglomerat trzech niezbyt przystających do siebie członów: supernowoczesnej
US Army - prawdziwej armii XXI wieku, nowoczesnych wojsk zachodnioeuropejskich,
oraz wojsk krajów byłego ZSRR i Układu Warszawskiego wyposażonych w przestarzały
sprzęt, bez pieniędzy na jego modernizację.
W tym momencie NATO
już zupełnie przekształci się z organizacji stricte militarnej w de facto
polityczną. Niejako dublować będzie tym samym Unię Europejską, reanimującą
martwą już prawie Unię Zachodnioeropejską - jej zbrojne ramie. A politycy
europejscy, mając do wyboru UE i NATO w jego przyszłym kształcie, zapewne
wybiorą UE, jako organizację w której USA nie mają nic do powiedzenia.
Tym samym NATO stanie się martwą strukturą. Pomylić mogą się więc ci, którzy
w samym tylko wejściu do NATO upatrują gwarancję bezpieczeństwa i integralności
Polski.
Drugą przyczyną
rozpadu, sojuszu mogą być coraz silniejsze różnice polityczne.
Wydaje się, że
wobec braku jednego wspólnego wroga - Układu Warszawskiego, pakt podzieli
się wkrótce na dwie naturalne strefy intersesów: basen Morza Śródziemnego
(Portugalia, Hiszpania, Francja, Włochy, Grecja i Turcja) oraz Morza Północnego
(Wielka Brytania, Niemcy, Holandia i Belgia, Norwegia i Dania). Nie będzie
to podział formalny, ale różnice staną się wyraźne. Trudno wszak, aby Dania
czy Norwegia uznały np. atak syryjski na Turcję, za agresję na ich własne
terytorium. Artykuł 5 Karty Atlantyckiej, w takim rozumieniu jak to było
dotąd (wspólny wysiłek zbrojny przeciw każdej agresji) przestał więc praktycznie
obowiązywać. Polska z racji swego położenia będzie aspirować do grupy krajów
z basenu Morza Północnego, ale nie posiadając silnej floty i leżąc z dala
od centrum tego regionu, nie będziemy partnerem liczącym się.
Wydaje się też,
że zaangażowanie USA w Europie będzie coraz mniejsze, a z pewnością coraz
niemilej widziane przez kraje franko-germańskie. Już teraz toczy się dyskusja
o poddaniu wszelkich akcji militarnych paktu poza jego granicami pod kontrolę
Rady Bezpieczeństwa ONZ, co znacznie zmniejszyłoby możliwość samodzielnych
decyzji podejmowanych przez Waszyngton, za czym mocno optują Francuzi i
Niemcy. Takich sporów jest więcej: problemy z europejską tożsamością obronną,
kwestia dowództwa południowej flanki NATO itp.
Dlatego jestem
daleki od przekonania, że samo wejście do NATO jest dla naszego kraju gwarancją
bezpieczeństwa. Ani przyszły kształt sojuszu, ani znaczne weń zaangażowanie
USA, ani nawet samo istnienie Paktu Północnoatlantyckiego, nie jest wszak
przesądzone. A ewentualna regionalizacja NATO, oraz spory krajów zachodnich
wraz z niechęcią społeczeństw i polityków z tych krajów do jakichkolwiek
operacji zbrojnych, mogą okazać się w skutkach bardzo groźne i dać o sobie
znać w trudnej dla Polski sytuacji.
Mit drugi: koniec historii
Wielu odczytało
koncepcję końca historii Francisa Fukuyamy jako trwałe zakończenie ciągu
konfliktów i wojen. Tymczasem amerykański politolog miał na myśli jedynie
tryumf demokracji liberalnej modelu zachodnioeuropejskiego, najdoskonalszej
według niego formy ustroju państwa, a nie kres wszelkich konfliktów. Dlatego
nie wykluczyłbym kategorycznie możliwości, że kiedyś Polska może znaleźć
się jeszcze na pierwszej linii frontu.
Choć obecnie nie
zanosi się na żaden konflikt zbrojny w naszej części Europy, to nie możemy
przecież wierzyć bezgranicznie, że stan taki będzie trwał wiecznie.
Geopolityczne położenie
naszego kraju sprawia, iż możliwe kierunki agresji są właściwie tylko dwa:
ze wschodu na zachód oraz przeciwny do niego, z zachodu na wschód. W ciągu
wieków właśnie z tych kierunków wychodziły uderzenia, które przetaczały
się jak walec przez nasze ziemie i tylko z rzadka byliśmy je w stanie powstrzymać.
Południowa granica Polski chroniona jest przez pasmo Karpat, uniemożliwiającego
przerzucenie dużej ilości ciężkiego sprzętu niezbędnego do prowadzenia
ofensywy, poza tym od dawna nie mieliśmy za sąsiada na południu państwa
na tyle silnego, aby realnie brać pod uwagę groźbę agresji z jego strony.
Na północy nie graniczymy z żadnym krajem (obwód Kaliningradzki zaliczyłbym
ze względów politycznych do kierunku wschodniego), i mimo że posiadamy
długą, piaszczystą, a więc idealną do desantu granicę morską, jest to raczej
granica bezpieczna. Atak na Polskę z północy ma dla agresora tę wadę, że
względnie daleko jest stamtąd do ważnych centrów przemysłowych i ośrodków
decyzyjno-politycznych, których szybkie zdobycie decyduje praktycznie o
wyniku wojny, nie mówiąc już o trudności przeprowadenia operacji desantowej
na dużą skalę. Powyższe rozważania należy jednak skorygować o czynnik dla
bezpieczeństwa kraju decydujący: siłę i nastawienie krajów sąsiedzkich.
Na zachodzie graniczymy
z Niemiecką Republiką Federalną, krajem bez porównania silniejszym gospodarczo
i militarnie, a także o wiele więcej znaczącym na arenie międzynarodowej.
Gdyby to był wiek XIX, albo pierwsza połowa XX stulecia wówczas powinniśmy
się rzeczywiście obawiać potencjalnej ekspansji tak silnego państwa. Teraz
jednak, w erze informatyzacji, w erze panowania ekonomii nad polityką,
słowem w Tofflerowskiej epoce trzeciej fali tradycyjne powody ekspansji
tracą na znaczeniu. Niegdyś potęga gospodarcza państw mierzona była ilością
wydobytego węgla, wytopionej stali, mocą maszyn etc. Zdobycie np Śląska
stanowiło tak wielką pokusę również dlatego, że przyczyniało się do wzrostu
zamożności kraju zwycięskiego. Jednak wraz z postępującym odchodzeniem
od tradycyjnych, kopalnych źródeł energii i ogromnym wzroście udziału sektora
usługowego w wytwarzaniu PKB, rywalizacja o uprzemysłowione obszary znacznie
osłabła.
Drugim powodem dla
którego obecnie wszczyna się tak mało wojen jest znaczne umiędzynarodowienie
kapitału, postępujące uzależnienie rynków od siebie nawzajem oraz istnienie
potężnych ponadnarodowych korporacji. Więzi gospodarcze są w Europie, i
nie tylko zresztą, tak silne, że zacierają różnice mogące być źródłem konfliktu.
Te właśnie powody,
wraz z czynnikami typowo zachodnioeuropejskimi, do których zaliczyć należy
zamożność społeczeństw, stabilność systemu demokratycznego (niechętnego
wszelkim wojnom ze swej natury) ułatwiająca przewidywalność polityki danego
kraju, i ściślejszą niż w innych regionach integrację struktur gospodarczo-politycznych,
przekonują nas o tym, że z kierunku zachodniego nie grozi nam żadne militarne
niebezpieczeństwo. Niestety, nie da się tego powiedzieć o naszych wschodnich
sąsiadach.
Prawosławne społeczeństwa
krajów byłego ZSRR są biedne, a system demokratyczny jest po prostu obcy
kulturowo tamtejszym klasom rządzących, stąd wszelkiego typu quasi autorytarne
systemy polityczne. A to właśnie model rządów jednostki jest tym najbardziej
sprzyjającym wszelkiej agresji. Chcąc bowiem utrzymać sie przy władzy jak
najdłużej, przywódca państwa często usiłuje odwracać uwagę swojej opinii
publicznej od licznych problemów wewnętrznych poprzez wynajdywanie zewnętrznych
zagrożeń. Takie akcenty, zresztą nieprzyjazne właśnie Polsce, pojawiają
się np w wypowiedziach prezydenta Białorusi, Aleksandra Łukaszenki, kraju,
w którym klasa średnia - zwykle gwarant stabilności - jest bardzo słaba,
silny jest natomiast resentyment do dawnej potęgi Związku Radzieckiego.
Łukaszenka straszy Białorusinów widmem wrogiego Zachodu, a Polskę uważa
za zdrajców sprawy słowiańskiej. Prezydent Białorusi udowodnił już w
trakcie konfliktu w Kosowie, że łatwo może sprokurować napiętą sytuację,
wykorzystując ją do własnych celów. Wówczas bowiem, jak podaje Ośrodek
Studiów Wschodnich, Łukaszenka oskarżył polską mniejszość na Białorusi
o przygotowywanie zamachu stanu na polecenie Zachodu, co było absolutną
nieprawdą, ale przyczyniło się do stworzenia wizerunku nieprzyjaznej Polski.
Niepewny jest dalszy
los Ukrainy. Czy pozostanie jednym państwem, czy się podzieli? Czy będzie
dążyć do Unii Europejskiej, czy ostatecznie ześlizgnie się w orbitę wpływów
rosyjskich? Na te pytania ciężko udzielić dziś odpowiedzi. Rosja z kolei
utraciła swą dawną potęgę, ale choć Rosja nigdy nie jest tak mocna jak
się wydaje to i nie jest nigdy tak słaba jak się wydaje. Niedofinansowanie
rosyjskich sił zbrojnych nie powinno nas zmylić. Tamtejsze ośrodki przemysłu
zbrojeniowego wciąż są w stanie wyprodukować najnowocześniejsze uzbrojenie,
i mimo że nie ma dzisiaj pieniędzy na wyposażenie weń wojska, kiedyś te
pieniądze się znajdą. Po prostu będą musiały.
Jest oczywiste,
że w dzisiejszych czasach bogate kraje nie będą atakować biednych (mówię
tutaj o agresji w starym stylu, nie o operacjach określanych mianem peacekeepingu
czy peacemakingu), ponieważ mają zbyt wiele do stracenia ekonomicznie.
Ich gospodarkom po prostu potrzebny jest pokój, aby dalej mogły się swobodnie
rozwijać. Tymczasem kraje biedne mają do stracenia o wiele mniej (i tak
są już ubogie) a ich przywódcy mogą nawet dużo zyskać (zwłaszcza przedłużenie
legitymacji do sprawowania władzy). Polska, wbrew temu co twierdzą niektórzy
politycy, na globalnej mapie polityki zalicza się do tych bogatych, a od
wschodu otoczona jest krajami biednymi. Musimy o tym pamiętać redukując
wydatki na zbrojenia.
Oczywiście, ewentualna
agresja, jeśli w ogóle nastąpi, nie musi mieć miejsca jutro, czy za pięć
lat. Dziś jesteśmy członkami NATO, i tak długo jak pakt ten będzie skutecznym
militarnie narzędziem, względnie jednolitym politycznie, możemy czuć się
bezpieczni. Jak już jednak wcześniej pisałem, nie wiadomo w jakim kierunku
sojusz ten będzie dryfował. Może się więc tak zdarzyć, że w obliczu ewentualnego
konfliktu zostaniemy sami. A wówczas ciężko będzie nadrobić wieloletnie
zapóźnienia w organizacji, wyszkoleniu i uzbrojeniu armii, czego mieliśmy
już niemiłą okazję doświadczyć we wrześniu39. Poza tym nawet w obecnej
chwili, w razie ataku musielibyśmy odeprzeć pierwsze uderzenie sami, czekając
dopiero na przybycie oddziałów sojuszniczych. Brak odpowiedniej, kompatybilnej
z natowskimi standardami infrastruktury, może ową pomoc znacznie opóźnić,
a słabość armii, uczynić ją bezcelową.
Silna armia, to
także niezastąpiona sojuszniczka ministra spraw zagranicznych. Celem polityki
zagranicznej każdego kraju jest takie działanie, aby w jak największym
stopniu decydować o wszystkim, co dotyczy danego kraju. Osiąga sie to poprzez
wyrobienie sobie wśród partnerów odpowiednio mocnej pozycji. Jeśli szef
NATO George Robertson, przylatując do Warszawy jest przekonany, że znajduje
się w Moskwie, a następnie zwraca się do polskiego ministra obrony Bronisława
Komorowskiego per Baranowski, świadczy to o niczym innym, jak tylko o
słabej pozycji Polski wśród partnerów z NATO. Jeśli ów Robertson zachęcony
przemówieniami polskich oficjeli, w których w odniesieniu do polskiej armii,
aż roi się od słów w rodzaju: interoperacyjność, wszechstronne przygotowanie
itp., podchodzi do stojących nieopodal żołnierzy elitarnego batalionu spadochroniarzy
i zadaje pytanie Do you speak english?, a odpowiedzią są przeczące ruchy
głowy, to owa słaba pozycja szybko się nie poprawi. Chcę przez to powiedzieć,
że gdybyśmy do Kosowa wysłali nie batalion a brygadę wojska, to zyskalibyśmy
może większe prawo do decydowania o przyszłości paktu,a więc de facto o
naszym bezpieczeństwie. Gdybyśmy mieli obecnie 18 samolotów przygotowanych
do pełnego współdziałania z sojuszem, jak tego od nas NATO wymaga, a nie
cztery, i to nie całkiem odpowiadające standardom, może minister Komorowski
nie zostałby przemianowany na Baranowskiego. Prawda jest jednak taka,
że niezbyt się z nami liczą w Europie. Nasze zaangażowanie w rozwiązywanie
europejskich problemów oraz silna pozycja w regionie, warunki trudne do
spełnienia bez silnej armii, mogłoby to zmienić.
Silna, czyli jaka?
Silna i nowoczesna
armia, to armia przygotowana do skutecznego wypełniania zadań nie tylko
w czasie wojny. Jako skoszarowana, zdyscyplinowana i wyposażona w odpowiedni
sprzęt duża grupa ludzi, jest ona wręcz niezastąpiona w czasie różnych
klęsk żywiołowych czy katastrof, które coraz częsciej nawiedzają nasz kraj
(np ostatnie powodzie). Wojsko jest w takich wypadkach skuteczniejsze od
obrony cywilnej, gdyż posiada już wyspecjalizowane centra dowodzenia oraz
ma w swym składzie ludzi o odpowiednich kwalifikacjach do kierowania dużymi
akcjami (czyt. oficerów), podczas gdy obrona cywilna tworzy niestety centra
dowodzenia ad hoc, a decydujący głos w prowadzeniu akcji mają np lokalni
urzednicy państwowi, często bez odpowiedniego przygotowania. Choć przyjęta
przez Sejm 26 lipca 2001 roku Ustawa o gotowości cywilnej i zarządzaniu
kryzysowym przewiduje oddanie pododdziałów wojska pod komendę wojewody
(art.11) i to dopiero po zarządzeniu premiera, nadal mogą one być główną
siłą akcji ratowniczej, a nie jak dotąd - jedynie swoistym odwodem. Do
tego jednak, aby wojsko mogło skutecznie wykonywać takie zadania, musi
mieć odpowiedni sprzęt (śmigłowce, transportery pływające, mosty pontonowe
itp.) i być w tym zakresie przeszkolone. Tymczasem nie ma na to pieniędzy.
Kołowych transporterów brak, a gąsienicowe są dla takich akcji po pierwsze:
za ciężkie, po drugie: zbyt nieekonomiczne. Ciężkich śmigłowców nasza armia
nie posiada w ogóle, a Sokołów jest zbyt mało.
Co do zadań typowo
militarnych, to w przyszłości nasze wojsko może stanąć w obliczu dwóch
rodzajów sytuacji: lokalny konflikt poza granicami kraju oraz klasyczna
agresja na Polskę, ze strony któregoś z sąsiadów. Pierwszy rodzaj konfliktów,
analogiczny do sytuacji w Kosowie czy Bośni, wymaga od Polski dysponowania
wysoce mobilnymi oddziałami w sile mniej więcej brygady, gotowymi do wysłania
w zapalny rejon w bardzo krótkim czasie (5-7 dni), drugą brygadą zdolną
do akcji poza granicami kraju mniej więcej po 2 tygodniach oraz eskadrą
lotnictwa taktycznego (18 samolotów) i własnym lotnictwem transportowym.
Dzisiaj Polska dysponuje tylko jednym batalionem, w pełni wyposażonym i
kompatybilnym z siłami NATO. Dla drugiego batalionu nie wystarcza już sprzętu
(m.in samochodów rozpoznawczych, transporterów i granatników p-panc). Jeśli
chodzi o lotnictwo, to w ogóle nie ma o czym mówić, gdyż obecnie nie jesteśmy
w stanie wysłać praktycznie żadnego samolotu np do baz we Włoszech czy
na Węgry. Brak również odpowiednich samolotów transportowych, dlatego nasi
spadochroniarze jechali do Kosowa pociągami, a za wynajęte samoloty innych
krajów NATO musimy rzecz jasna zapłacić. Należy mieć świadomość tego, iż
takie operacje pochłaniają dużo pieniedzy, ale jednocześnie dzięki udziałowi
w nich polskich wojsk, wzrasta międzynarodowa pozycja naszego kraju!
Wojsko Polskie
powino być na tyle skutecznym narzędziem obrony przed agresją krajów ościennych,
górujących obecnie nad naszą armią ilościowo i często także jakościowo,
aby uczynić ową agresję kompletnie nieopłacalną. Konieczne jest dlatego
zlikwidowanie przewagi ewentualnego przeciwnika w jakości uzbrojenia. Broń
pancerna jest zdecydowanie ofensywnym środkiem walki, dlatego, wobec czysto
defensywnej polskiej doktryny wojennej, jakieś znaczne inwestycje na ten
rodzaj uzbrojenia raczej mijają się z celem. Modernizacja większości czołgów
T-72 do standardu PT-91 Twardy, oraz likwidacja przestarzałego sprzętu
(ponad 800 czołgów T-54/55) w zupełności powinna Polsce wystarczyć. Z tych
samych względów zwalczanie broni pancernej przeciwnika musi być priorytetem.
Absolutnie niezbędne wydaje się zatem zakupienie dużej ilości nowoczesnych
zestawów przeciwpancernych dla wojsk lądowych (amerykańskie TOW-2 i Hellfire,
europejskie HOT-3 i TRIGAT czy izraelskie NT-D) oraz wyspecjalizowanych
śmigłowców przeciwpancernych średniej klasy (amerykańska Cobra, włoski
A-129 lub południowoafrykański Rooivalk), zarzucając przy okazji zupełnie
nierealny pomysł uczynienia takiegoż śmigłowca z poczciwego Sokoła. Może
warto by zastanowić się także nad zakupem kołowych niszczycieli czołgów
(np typu Centauro czy AMX-10), jako taniej alternatywy gruntownej modernizacji
parku czołgowego. W dalszej kolejności należy wyposażyć polskie lotnictwo
w nowoczesne samoloty wielozadaniowe, zmodernizować szturmowe Su-22 oraz
odtworzyć zupełnie już przestarzałe lotnictwo morskie (używające obecnie
MiGów-21) w myśl zasady, iż najlepszym okrętem na Bałtyku jest samolot.
PMW powinna wzbogacić się o jeden lub dwa średnie okręty podwodne, fregaty
wielozadaniowe, kilka małych okrętów rakietowych oraz nowoczesne zestawy
rakiet klasy ziemia-woda (francuskie Exocety, szwedzkie RBS-15, amerykańskie
Harpoony).
Polski długo jeszcze
nie będzie stać na w pełni zawodową armię, ale proces stopniowego uzawodowienia
należy kontynuować. Wobec coraz bardziej skomplikowanych systemów łączności,
rozpoznania itp szkolenie rezerwistów jest coraz bardziej nieopłacalne.
Jądrem Wojska Polskiego powinny zatem być: w pełni zawodowe lotnictwo,
w dużej mierze zawodowa marynarka oraz w pełni zawodowe elitarne jednostki
aeromobilne (w sile conajmniej dwóch - trzech brygad) i specjalne. Wobec
braku braku środków całkiem realny jest podział na wojsko A, zawodowe,
świetnie wyposażone i uzbrojone oraz wojsko B - niedoinwestowane, złożone
z rezerwistów, stanowiące ok 2/3 lub 3/5 całości armii. W tym kierunku
zmierza również przyjęty przez rząd 30 stycznia 2001 roku Program przebudowy
i modernizacji technicznej Sił Zbrojnych RP w latach 2001-2006. Choć jest
to absolutnie program minimum, nawet i on może nie zostać zrealizowany,
jak zreszta wiele innych programów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejna
zmiana rządzących nie wpłynie na realizację tego niezłego w miarę planu,
że wreszcie zostanie zakupiony samolot wielozadaniowy, rakiety p-panc,
okręty podwodne i wiele innych systemów uzbrojenia, które dawno już miały
znaleźć się na wyposażeniu WP, ale przez krótkowzroczność polityków tak
się nie stało. Oby tym razem było inaczej.