Luty 2001


NATOmania
Polska w NATO Anno Domini 2001



część 2
    Minęło sporo czasu odkąd napisałem część pierwszą tego artykułu. Kiedy skończyłem pisać "Natomanię" w sierpniu 1999 roku nie miałem żadnych złudzeń, że zmieni się coś na lepsze w Wojsku Polskim. Po dwóch latach polskiego członkowstwa w Sojuszu, dzieje się dokładnie tak jak to opisałem w "Natomanii", "Polsce w NATO?" (artykułu napisanego w kwietniu 1999), "Polskim NATO" (kwiecień 1999) i pierwszym artykule tego tematu, czyli we "Wstępie", który napisałem w marcu 1999 roku.

    Po wejściu Polski do NATO pieniędzy na obronność jest coraz mniej zamiast coraz więcej, czego wymaga dostosowanie się do standartów natowskich. Nigdy nie weszła w życie uchwała Sejmu o przeznaczeniu na obronność 3% Produktu Krajowego Brutto. Nie spełniamy od dwóch lat natowskiego poziomu finansowania własnej obrony jakim jest 2,1% PKB.
    Polscy politycy, tak jak przewidywałem, liczyli na to, że może Sojusz sypnie jakąś kasą, albo może przekaże darmo jakiś sprzęt i jakoś tam funkcjonować w NATO będziemy. Tu się coś załata, tam obetnie, rdzę odstuka, tam wyremontuje, z trzech zrobi jedno i będzie wojsko jak ta lala. A jakby co, to przecież obroni nas Sojusz Północnoatlantycki. Mój (i nie tylko mój) scenariusz sprawdził się co do joty.
    Plany wyposażenia Wojska Polskiego w nowoczesny sprzęt taki jak systemy automatyzacji dowodzenia i kierowania, samoloty wielozadaniowe i śmigłowce bojowe, przeciwpancerne pociski kierowane czy kołowe transportery opancerzone pozostaną jeszcze na długo w sferze marzeń, a polska armia chyba jeszcze przez dziesięciolecia będzie najsłabszą armią w NATO. Być może, według najlepszych scenariuszy i po powodzeniu programu modernizacji Sił Zbrojnych RP w latach 2001-2006, za 6-7 lat jedna trzecia polskich sił zbrojnych będzie funkcjonować według natowskich standartów.
    Zmniejszenie armii do 150 tysięcy żołnierzy nie przyniesie żadnych korzyści. Zresztą owe 150 tysięcy to już najniższy pułap do jakiego można zmodernizować armię tak, aby zachowała zdolność do przeciwdziałania i do rozwinięcia większych sił. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze i tak się gdzieś "rozpłyną" (czytaj: znajdą się w kieszeni tych co planują budżet).
    Wśród członków NATO, jak i w świecie mamy już wyrobioną opinię mało wiarygodnego partnera: niedotrzymane umowy, zerwane kontrakty i przetargi, wstrzymane zamówienia. Tego typu okoliczności w Brukseli są już nazywane z przekąsem jako "polski kontrakt".
    W Siłach Zbrojnych RP po dwóch latach członkostwa w Sojuszu nadal tylko 24% uzbrojenia wojsk lądowych spełnia wymagania współczesnego pola walki. 52% artylerii, 80% sprzętu inżynieryjnego, 94% pokładowego sprzętu łączności i 21% sprzętu pancernego oraz 40% parku samochodowego nadaje się na złom albo do muzeum. Zaledwie 3% broni strzeleckiej spełnia wymagania współczesnego pola walki.
    Tylko 44% śmigłowców nadaje się do użycia na polu walki, a 29% mogłoby swobodnie trafić na złom lub do ogródków kolekcjonerów. Przestrzeń powietrzną chroni sprzęt artyleryjski, z którego niespełna 10% przy dobrym humorze i gdyby się było chromym na jedno oko, możnaby uznać za sprzęt nowoczesny.
    Według zachodnich ekspertów wskaźnik nowoczesności naszych sił zbrojnych jest trzykrotnie niższy niż w innych armiach NATO.
    Nadal wokół okręgu kalinigradzkiego przestrzeni powietrznej chroni tylko 41. Pułk Myśliwski w Malborku latający ciągle na spadających  trumnach MiG-21. A zaledwie kilka kilometrów od polskiej granicy stacjonują nowoczesne Su-27 mogące przenosić broń jądrową (Król jest nagi).
    Polska armia nadal zamiast przeznaczać swoje mizerne pieniądze na efektywne szkolenie żołnierzy (nadal niestety w większości z poboru, więc wiadomo jaki jest ich poziom, o czym zresztą już pisałem) to utrzymuje setki instytucji zajmujących się pierdołami nieprzystającymi w żaden sposób do wizerunku nowoczesnej armii do jakiego z wysiłkiem staramy się dążyć. W polskiej armii utrzymywane są teatry tańca, warsztaty metaloplastyki, studia malarskie i kółka zainteresowań w rodzaju ochrony przyrody, filmu, etcetera, etcetera. Zamiast uczyć wojennego rzemiosła (zresztą jakiego wojennego rzemiosła ma uczyć, skoro słusznie zauważył Naopleon, że "armia która nie walczy od dziesięciu lat - dziecinnieje") Wojsko Polskie uczy pisania, recytacji, śpiewu poezji jakby się, cholera, wybierała na jakiś pieprzony konkurs Eurowizji, a nie przygotowywała do obrony kraju. Żadna armia w świecie nie ma tylu zespołów artystycznych co Wojsko Polskie. Mamy więc i Estradę, i Flotyllę, i Biedronki, Niebieskie Berety i Czerwone Berety oraz dziesiątki innych boysbandów. W ośrodkach szkolenia sportowego, wojskowych leśniczówkach i ośrodkach wczasowych pracuje ponad 2000 osób - kupa osób nie mających tym samym nic wspólnego z wojskiem. Nadal tysiące żołnierzy zamiast uczyć się choćby strzelać, to pracują w wojskowych biurach, są kelnerami w klubach garnizonowych, obsługują setki wojskowych domów wypoczynkowych, ośrodków i instytucji badawczych, szkół, akademii i szpitali. Ciągle miliony złotych idą na utrzymanie ponad stu klubów garnizonowych, ponad trzystu klubów żołnierskich i kilkunastu biur emerytalnych. Wojsko Polskie nadal utrzymuje nie wiadomo po co - kiedy nie ma pieniędzy na amunicję do AK, żeby sobie chłopaki poćwiczyły - ponad dwa tysiące punktów wyświetlania filmów, ponad czterdzieści kin oraz ponad 400 bibliotek. Połowa z tych instytucji jest właściwa dla kochających inaczej, a nie dla żołnierzy szkolących się do obrony kraju i zabijania wroga. Ministerstwo Obrony Narodowej utrzymuje też nie wiadomo po jaką cholerę: pięć zakładów remontowo - budowlanych, jedenaście zakładów remontowo - produkcyjnych, pięć biur projektowo - konstrukcyjnych i dziesięć przesiębiorstw handlowych.
    Wszystko to utrzymywane jest oczywiście za pieniądze Ministerstwa Obrony Narodowej, które nie wie albo nie chce się przyznać ile to kosztuje. Specjaliści jednak potrafią ocenić te wydatki. Otóż jest to jedna czwarta budżetu wojska!
    Jak widać z pasożytowania na wojsku utrzymuje się cała armia ludzi z prawdziwą Armią nie mającą jednak kompletnie nic wspólnego. I nic dziwnego, że choć do zlikwidowania tego całego bajzlu wystarcza jedna decyzja ministra - nie podejmie on takiego kroku.
    Ostatnio w debacie budżetowej posłowie chcieli okroić budżet MON z 98 baniek, czyli 98 milionów złotych polskich. Jakoś tym tłustym dupskom w Sejmie nie przyszło do głowy, żeby ograniczyć swoje diety i apanaże oraz ograniczyć koszty utrzymania rozrośniętej do granic możliwości budżetówki. Wiadomo - jak mają gdzieś ograniczyć budżet to najpierw zrobią to wojsku. Normalka. Liczyli, że nikt "nie zauważy" tego ograniczenia w budżecie MON i post factum sprawa rozejdzie się po kościach. Na szczęście się przeliczyli.
    Z wizytą (czytaj: z wizytacją) przybył natychmiast do Polski sekretarz genaralny NATO gen. George Robertson, by zobaczyć co to za burdel wyprawia się w Sejmie przy ustalaniu budżetu dla Wojska Polskiego. Z miejsca posłowie zaczęli bić ukłony aż do ziemi przed możnym z Zachodu stając na baczność, wciągając opasłe brzuchy i powtarzając ciągle "yes, sir". Odsiecz Robertsona przyszła w samą porę - budżet wojska nie został okrojony.


    Na horyzoncie jednak nowe zagrożenie: Unia Europejska z armią urzędasów-biurokratów powołujących jak polscy urzędnicy do każdego problemu nową komisję, nowy urząd i nowe biuro. Mają oni takie samo uwielbienie do dbania o swoją stale rosnącą armię biurokratów, jak polska budżetówka.
    Polska Armio - strzeż się urzędników!
Major Derlin
Copyright by www.greendevils.pl