Survival 

Żądza przygód




   Nieszczęściem wielu mężczyzn bywa dążenie do bycia bohaterem. Są to zazwyczaj faceci, którzy boją się nawet przechodzenia przez ulicę na czerwonym świetle, ale przez całe życie miota nimi ambicja, żeby tak raz chociaż dokonać niezwykłego czynu i trafić na pierwsze strony gazet. Czekają więc swojej chwili, pełni goryczy i żółci, często szarpiąc za nogawki prawdziwych mężczyzn-wojowników, którzy po prostu spuszczają piąchę i jest po herbacie.
 
    Co najgorsze jednak, są to faceci, którzy z jakąś chorobliwą pasją dążą do nobilitacji swoich prywatnych zajobów i mają skłonność do przypisywania byle czemu wyższych znaczeń i celów. Weźmy choćby alpinistów.
    Zawsze podejrzewałem, że wspinaczkę po wysokich górach uprawiają ludzie z kompleksem niższości, którzy nie potrafią się pogodzić z faktem, że człowiek jest bydlęciem nie potrafiącym latać. Oczywiście, gdy zapytać ich po co łażą po górach, brudzą je i niszczą, to z reguły chrzanią głupoty o granicach ludzkich możliwości, odwadze, miłości i poświęceniu czy radości płynącej z samego faktu przebywania wśród dzikiej przyrody.
    Ale gdy tylko jakiś gryzipiórek przytomnie zauważy, że jemu tę radość mącą zwały polskich trupów zalegających Himalaje - z miejsca zaczyna się płacz i zgrzytanie zębami.
    Z tymi granicami ludzkich możliwości to też pieprzenie w bambus. Bo niby dlaczego granice te wyznacza wejście na ośmiotysięcznik, a nie, powiedzmy, wypicie naraz stu kufli piwa, co nawet Suworow w "Akwarium" uważa za kres możliwości komandosa ze Specnazu? Co może mieć wspólnego pętanie się po ośmiotysięcznikach przy blasku jupiterów i terkocie kamer telewizyjnych z samotną walką z żywiołami przyrody? Czy wielki sprint Messnera po ośmiotysięcznikach to był wyczyn sportowy czy raczej show pod publiczkę?
 Niestety, nawet w wysokich górach nie można uciec od spraw przyziemnych, jak choćby od nabijającej kabzę autoreklamy.
    Najbardziej wnerwiającym jest fakt, że ci ludzie czynią tak wiele, by stać się przedmiotem publicznego zainteresowania. Oczywiście, zawsze się może zdarzyć, że jakiś łebski pismak wyniucha coś zawczasu, ale żeby samemu chlapać ozorem na lewo i na prawo?!

    Był kiedyś taki Japończyk Naomi Uemura, który jako pierwszy na świecie dokonał solowego wejścia zimą na najwyższy szczyt Ameryki Północnej McKinley. W drodze powrotnej zginął w zamieci śnieżnej, ale podejrzewam, że niewielu ludzi płakało po jego śmierci. Był to bowiem prawdziwy wojownik, który nie zabiegał o popularność i uznanie, biorąc się zawsze za bary z samym sobą. Najwyższe szczyty obu Ameryk, Azji, Europy i Afryki zdobywał samotnie, miał za sobą spływ tratwą po Amazonce, przejechał saniami z psim zaprzęgiem 3500 kilometrów wzdłuż brzegów Grenlandii, dotarł również, samotnie, z zaprzęgiem psów Husky do bieguna Północnego.

    To samo, a jednak inaczej robi Jacek Pałkiewicz. Cenię go na swój sposób, ale też dostrzegam w nim ten rodzaj próżności, która ociera się o małość.
    Ten facet lubi po prostu, żeby możliwie często powtarzano, że jest wielki. Dlatego na każdą wyprawę zabiera ze sobą co najmniej jednego operatora telewizyjnego i fotoreporterów, którzy póżniej klecą laurki na temat mistrza.

    Myślę więc, że tak jak kaleka jest osobowość karateki, który łazi po knajpach i szuka zadym, by sprawdzić się jako mężczyzna, tak poszukiwanie przygód za wszelką cenę widzi mi się stanem maniakalnym, typowym dla mężczyzn nie dopieszczonych przez los.

Jacek Podoba
"Superkomandos" nr 4/92
All rights reserved

www.greendevils.pl