To
co większość ludzi robi podpisując to jako survival, to jedna wielka
pomyłka. Jakby nie spojrzeć to są z tych komedyantów niezłe aparaty.
Do robienia pieniędzy (też), ale nie tylko. Pseudosurvivaliści robią wodę
z mózgu porządnym ludziom przygotowując ich do przeżycia w warunkach ekstremalnych
podczas trzydniowego pobytu w lesie na przedmieściu albo w miejskim parku.
Przykłady można mnożyć, choćby i z naszego podwórka (chodzi o Gdańsk).
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pseudosurvivaliści mają tendencję
do dorabiania ciężkiego kalibru ideologii do tego co robią. Często serwują
na dzień dobry różne cuda na kiju, superszpej, samochody terenowe, śmigłowiec
itp. bajery.
Idę o zakład, że
wyszkoleni w ten sposób ludzie w sytuacji prawdziwie ekstremalnej skazani
są na zagładę.
Przetrwanie
to kwestia psychomentalna, a nie fizyczna i przede wszystkim przetrwanie
to instynkt samozachowawczy. Nie ma sensu podniecać się tym, że zjadę z
30 piętra, skoczę na spadochronie, rozwalę głową mur. Liczyć się będzie
zawsze efekt, a efektem będzie osiągnięcie celu - poprzeczki, którą musimy
pokonać. Poprzeczkę bólu, strachu, głodu, zmęczenia i wyczerpania. Pokonując
ją, stawiamy ją zaraz wyżej by dalej kształtować własną psychikę, dyscyplinę,
umiejętność koncentracji, by wzmocnić odporność psychiczną i nauczyć się
prostych odruchów. Bo w sytuacji ekstremalnej nie ma czasu na myślenie.
Czas jest tylko na wyuczone odruchy.
W
survivalu wcale nie chodzi o to, by nauczyć się różnych sprytnych sposobów,
czarodziejskich sztuczek, nauczyć się z książek kłusowniczych metod
i zielarskich porad. W survivalu trzeba uwierzyć we własne siły i odpowiedzieć
sobie do czego jest się zdolnym, przełamać własny strach, by stać się silniejszym.
Tu trzeba wierzyć w siebie i z nikim się nie porównywać. Te wszystkie bzdety
z ogniskami, pułapkami itp. sztuczkami będą mi tak potrzebne jak dupie
czyrak, jeśli nie zachowam zimnej krwi, trzeźwości psychicznej i instynktu
samozachowawczego. Survival to głównie marsze, ale rzecz jasna nie tylko.
Takie rzeczy jak budowa szałasu, zbieranie jagód, polowanie na cierniki,
to tylko środki które umożliwią nam przetrwanie. Celem przetrwania będzie
przeważnie dotarcie do ludzkich siedzib lub własnych wojsk. Czas, żeby
wszyscy survivaliści to sobie wreszcie uzmysłowili. Czy przetrwaniem jest
pójście na kilka dni do lasu ? Siądzie taki delikwent, przetrzebi zwierzynę
w lesie, połowy zabitych biednych zwierzaków nie zje, wytnie hektar lasu,
by zbudować szałas, który za tydzień i tak się zeschnie i rozsypie, siądzie
i powie: posiedzę tak trochę sobie i idę do domu. Rozpali jeszcze
ognisko, takie że je na orbicie na stacji Mir1 zobaczą,
nie daj Boże zaprószy ogień i pójdzie spać. Rano wstanie, po drodze przekąsi
coś w grill-barze, w domu siądzie przed telewizorem, wypije colę, a potem
będzie opowiadał jaki to z niego survivalista (po polsku: przetrwalnik)
i komandos.
I jeszcze jedno. Warto
żeby paru zatwardziałych pacyfistycznych survivalistów wbiło sobie do mózgu,
że pochodzenie survivalu jako szkoły przetrwania jest czysto militarne
i survival nie powstał jako zabawa dla znudzonych gospodyń domowych. Jak
ktoś ma wątpliwości to proponuję zainteresować się historią "System
of surviving" oraz "Sistema e sopravivenza", które opracowane
zostały dla potrzeb wojskowych ładnych paredziesiąt lat temu.
Copyright
(C) GDL '1997
|