Z wielu sytuacji właściwie bez wyjścia żołnierze SOG wyszli cało
dzięki doświadczeniu, rozwadze, spostrzegawczości dowódcy patrolu, bardzo
dobremu indywidualnemu wyszkoleniu oraz właściwemu przygotowaniu do wykonania
powierzonego zadania. Przykładem tego jest chociażby akcja patrolu Maine,
który został omyłkowo desantowany ze śmigłowca prosto w środek obozu wojsk
północnowietnamskich. Doskonałe opanowanie żołnierzy pozwoliło całkowicie
wykorzystać zaskoczenie nieprzyjaciela. Skupiony i precyzyjny ogień prowadzony
przez żołnierzy SOG pozwolił patrolowi wytrzymać do ewakuacji 42 minuty
podczas których patrol SOG wystrzelił ponad 4000 pocisków i zużył 50 granatów.
Żołnierze patrolu Maine zabili conajmniej 50 żołnierzy północnowietnamskich
i ranili ponad setkę. W patrolu Maine tylko dowódca, David Baker, został
lekko ranny.
Żołnierze SOG rekrutowali się z żołnierzy Green Berets, SEAL i komandosów
podporządkowanych USAF.
W skład każdego patrolu wchodziło 2-3 amerykańskich komandosów i 9 wojowników
zwerbowanych do współpracy z lokalnych górskich plemion. Miało to zapewnić
połączenie w jednym zespole techniki i doświadczenia - nowoczesnej technologii
i starodawnych technik walki i umiejętności poruszania się i przetrwania
w terenie. Górale nie byli Wietnamczykami, przez nich zresztą uważanych
za ludzi niższej rasy. Nie wcielali ich nawet do armii. Już w trakcie wojny
francusko- -wietnamskiej Nungowie okazali się być doskonałymi żołnierzami
wykonującymi działania specjalne w głębi terytorium przeciwnika. Amerykanie
bardzo dobrze ich opłacali. Najniższy w hierarchii wojskowej Nung (w skrócie
nazywany też skrótowo Yardem od francuskiego słowa Montagnard
-
góral) otrzymywał żołd wysokości równej wynagrodzeniu kapitana armii południowowietnamskiej,
czyli około 60 dolarów.
Patrole otrzymywały nazwy stanów USA. Pierwsze pięć patroli sformowanych
w 1965 roku otrzymało nazwy: Alaska, Dakota, Idaho,
Iowa
i Kansas.
PRZYGOTOWANIA
Wbrew
temu co pokazują filmy rodem z Hollywood, w SOG nigdy nie przygotowywano
się do wykonania zadania kilka chwil przed opuszczeniem bazy. Proces przygotowawaczy
do operacji zaczynał się już tydzień przed terminem akcji od wydania zaleceń
wstępnych, podczas których podawano dowódcy patrolu datę i cel misji. Następnie
amerykańscy członkowie patrolu (patrol składał się też z górali lokalnych
plemion, Montagnardów - o tym wyżej) brali udział w odprawie. Później
dowódca patrolu leciał na rekonesans, by znaleźć miejsce na lądowisko,
zrobić zdjęcia oraz zapoznać się z terenem. Kolejny etap przygotowań to
studiowanie map, zdjęć lotniczych i zapoznanie się z treścią meldunków
rozpoznawczych. Dopiero po tej fazie wstępnych przygotowań dowódca patrolu
przygotowywał szczegółowy plan działania, który przedstawiał dowódcy bazy
SOG. Jak widać, dowódca patrolu miał większe pole do działania i większą
samodzielność niż niektórzy starsi rangą oficerowie w jednostkach piechoty
amerykańskiej.
Dowódcą patrolu był zazwyczaj żołnierz wojsk specjalnego przeznaczenia
z jednostek Green Berets i oznaczano go kodem 1-0 (one-zero).
Tytuł one-zero stał się najbardziej znaczącym w środowisku żołnierzy
wojsk specjalnego przeznaczenia. Komandos, który otrzymał to stanowisko
musiał wcześniej sprawdzić się w walce w czasie działań specjalnych w ekstremalnych
warunkach. Żołnierze SOG zawsze odnosili się z szacunkiem i poważaniem
do one-zero. Dowódcy patrolu musieli bowiem tak dowodzić patrolem,
by wywieść w pole nieprzyjaciela i wymknąć się z każdej sytuacji, choćby
była ona zupełnie beznadziejna. Nie było wcale ważne, czy dowódca miał
wyższy, czy niższy stopień od swoich podwładnych. Nikt nie kwestionował
również podejmowanych przez niego decyzji, zwłaszcza zaś tych dotyczących
ewakuacji patrolu. Jak mówił major Scotty Crerar z SOG: "Gdy dowódca
patrolu się nie sprawdzał zawsze można było go zmienić, ale w czasie trwania
zadania nikt nie powinien był podrywać jego autorytetu".
Po zatwierdzeniu planu przez dowódcę bazy, patrol przystępował do szkolenia
przygotowawczego. Dla przykładu: jeżeli zadanie polegać miało na założeniu
urządzeń podsłuchowych, ewakuacji zestrzelonego pliota lub zdobyciu "języka",
to trenowano to do całkowitego i bezbłędnego przygotowania patrolu. Ustalano
także sposób działania patrolu. Starano się dopracować nawet najmniejsze
szczegóły, gdyż to właśnie od szczegółów najczęściej zależało życie poszczególnych
żołnierzy, jak i całego patrolu rozpoznawczego. Żołnierze SOG mieli zawsze
starać się wyprzedzić Wietnamczyków o conajmniej jeden krok i jedną sekundę.
Jedną
z najbardziej istotnych spraw było mistrzowskie opanowanie umiejętności
posługiwania się posiadaną bronią. Szef SOG, pułkownik Jack Singlaub, zawsze
powtarzał swoim ludziom: "Tylko żołnierz, który ufa w stu procentach
swojej broni i wyszkoleniu może w pełni efektywnie wykonywać powierzone
mu zadania".
Na koniec patrol pobierał potrzebny specjalistyczny sprzęt, sprawdzał broń
i przeprowadzał trening strzelecki. Żołnierze SOG trenowali i tak właściwie
każdego dnia, strzelając głównie z etatowego CAR-15, ale i także z innych
rodzajów broni. Ćwiczono przede wszystkim strzelanie instynktowne, tak
aby odruch mógł wyprzedzić myśl. Uratowało to życie niejednemu żołnierzowi
patrolu.
Każdy element oporządzenia oraz wyposażenia miał swoje miejsce. I tak np.:
Zapasowe
magazynki
umieszczano po lewej stronie, w ten sposób, aby można było
nawet w ruchu i bez patrzenia odłączyć pusty magazynek i podpiąć pełny.
Granaty
umieszczano po prawej, odginając im zawleczki i okręcając je taśmą klejącą,
tak aby nawet ranny żołnierz mógł ją łatwo wyciągnąć.
Kompas
zakładano na lewą rękę, tak aby nie było potrzeby odrywania prawej od karabinu.
Każdy element oporządzenia zabezpieczano taśmą klejącą, aby w czasie marszu
patrolu nie zdradził najmniejszy nawet hałas.
IA DRILL
Patrol w przerwach między misjami, jak i przed pierwszą misją przechodził
szereg szkoleń i ćwiczeń, które miały zgrać perfekcyjnie żołnierzy patrolu,
wyszkolić ich i pozwolić doskonale opanować poszczególne elementy działania.
Największy nacisk kładziono na taktykę działania patrolu SOG - na opanowanie
sposobów wspólnego działania w momencie nawiązania kontaktu z nieprzyjacielem.
Nazywało się to IA Drill (Immediate Action). Ćwiczenia te
pozwalały na podjęcie konfrontacji z przeważającym liczebnie wrogiem. Jak
obrazowo ujął to John L. Plaster, b. żołnierz SOG i autor książki "SOG.
The Secret War of America's Comandos in Vietnam") wyglądało to jak
walka pięściarza wagi koguciej z pięściarzem wagi ciężkiej, kiedy ten pierwszy
zaskakuje przeciwnika serią ciosów, a następnie wykorzystuje te dziesięć
sekund zaskoczenia, jakie uzyskał swoją niespodziewaną akcją, i daje nogę.
W działaniach wykorzystywano podstawową zasadę działania grup partyzanckich:
zaskoczenie
- ogień - odskok.
Działania z zakresu
IA Drill rozpoczynał zazwyczaj strzał oddany
przez komandosa na posterunku obserwacyjnym. Nawet w przypadku, kiedy to
nieprzyjaciel otworzył jako pierwszy ogień, nigdy nie zmieniało to kolejności
wykonywanych przez żołnierzy patrolu czynności. Nieparzyści w szyku patrolu
odskakiwali krok w prawo, a parzyści w lewo, w ten sposób aby wszyscy mogli
prowadzić ogień w kierunku przeciwnika. Żołnierz, który znalazł się najbliżej
pozycji wroga, prowadził ogień krótkimi seriami po trzy pociski, a następnie
wycofywał się, by wyprowadzić patrol spod ognia nieprzyjaciela. Jego funkcję
przejmował następny w szyku prowadząc również ogień seryjny aż do wyczerpania
amunicji w magazynku i wycofywał się za swoim poprzednikiem. Dla wzmocnienia
efektu, w pierwszym załadowanym magazynku znajdowały się tylko pociski
smugowe.
Otrzymywano w ten sposób nieprzerwaną, ciąglą serię wystrzałów karabinowych, która
w połączeniu z granatami z gazem łzawiącym, granatami fosforowymi i minami
Claymore'a, zakładanymi z zapalnikiem
z 60-sekundową zwłoką przez ostatniego żołnierza w szyku patrolu, pozwalała
na zaskoczenie przeciwnika conajmniej półminutową nawałą ogniową. Stwarzała
ona wrażenie ataku prowadzonego przez dziesięciokrotnie silniejszego przeciwnika.
Ten sposób działania patrolu ćwiczono stale, nawet między przerwami w wykonywaniu
misji, wiele razy w ciągu tygodnia. Jak wspomina John L. Plaster stosowano
także niekonwencjonalne metody zaskoczenia przeciwnika. On sam, kiedy wpadł
w zasadzkę ze swoim patrolem, z której nie sposób było się wydostać, uruchomił
trąbkę sygnałową używaną na meczach futbolowych. Przerażeni żołnierze północnowietnamscy
uciekli w popłochu. Tego typu niespodzianki niestety można było
wykorzystać właściwie tylko raz.
Patrol wycofywał się biegiem przez około 200 metrów. Następnie dokonywano
raptownej zmiany kierunku, by zaskoczyć nieco atakujących Wietnamczyków.
Potem oddalano się z zagrożonego rejonu tak, aby zostawiać jak najmniej
śladów nawet kosztem szybkości marszu.
Nie było korzystne ściganie się z przeciwnikiem obciążonym jedynie bronią
osobistą. Pozwalało to nawet Wietnamczykom na wyprzedzenie patrolu SOG
(patrol poruszał się najkrótszą drogą, Wietnamczycy wykorzystywali sobie
tylko znane ścieżki i skróty). Oprócz tego nieprzyjaciel mógł powiadomić
swoje posterunki drogą radiową. Jeśli patrol miał 30 sekund przewagi to
miał pewne szanse przetrwania. Jeśli czas ten zmniejszał się o dziesięć
sekund mogło oznaczać to okrążenie lub likwidację całego patrolu. W rejonie,
gdzie występowało duże nasycenie wojskami północnowietnamskimi do pościgu
za patrolem SOG, co 10 minut dołączało kolejnych 40 i więcej żołnierzy,
a nawet do kilkuset, jeśli działo się to w okolicach szlaku przerzutowego
czy drogi.
By przyspieszyć marsz, żołnierze SOG porzucali nawet plecaki. Przeciwnik
nie mógł się oprzeć temu, by nie sprawdzić zawartości plecaków. W miarę
możliwości komandosi zakładali pułapki.
Wietnamczycy stosowali swoistą nagonkę na komandosów SOG. Pojedyncze strzały,
głośne okrzyki, uderzanie w różne przedmioty miało spowodować panikę wśród
żołnierzy patrolu. Musieli oni był bardzo odporni psychicznie, aby nie
ulec atmosferze nagonki. Wymknięcie się z takiej pułapki było szczytem
pomysłowości i szczęścia. Przerwanie okrążenia nie zawsze się udawało.
Jeśli w patrolu byli ranni, zajmowano pozycję do obrony na szczycie wzgórza
lub w kraterze po wybuchu bomby lub pocisku i przyjmowano walkę. Starano
się jednocześnie by miejsce do obrony było blisko lądowiska skąd patrol
mógł być łatwo ewakuowany. Czas był tu najważniejszy. Z każdą minutą siły
przeciwnika rosły i jeśli walka przeciągała się do zmierzchu, najczęściej
Wietnamczycy dysponowali taką bronią (w tym działkami plot kal. 37 mm)
i siłami, że dalsza walka i ewakuacja nie była możliwa.
Żołnierze pólnocnowietnamscy starali się podejść do pozycji patrolu na
tyle blisko, żeby ewentualne wsparcie z powietrza zagrażało także żołnierzom
patrolu. Jednak nawet wtedy patrole SOG wzywały wsparcie lotnicze, po to
by zadać jak największe straty przeciwnikowi nie licząc się z własnymi
stratami. Wezwanie ognia artylerii czy lotnictwa "na siebie" w US
Army, czy US Marines w czasie działań wojennych w Wietnamie było uważane
za akt bohaterstwa i nagradzano to najwyższymi odznaczeniami. W SOG takie
postępowanie było sprawą zupełnie normalną, za którą nigdy zresztą nie
odznaczono żadnego żołnierza SOG.
Pięć dni takiego patrolu mógł wytrzymać jedynie bardzo silny psychicznie
żołnierz, doskonale opanowany i wyszkolony.
Dowódca
patrolu jako pierwszy opuszczał pokład śmigłowca na lądowisku i jako ostatni
wsiadał do niego. Gdy zwiadowca idący z przodu patrolu nie chciał iść dalej
(bo np. bał się) lub nie mógł iść dalej, to dowódca go zastępował. Dowódca
zawsze musiał pociągnąć za sobą żołnierzy osobistym przykładem.
Żołnierze SOG nigdy nie pozostawiali swoich kolegów w niebezpiecznej sytuacji.
Na przekór wszystkiemu, w chwili gdy patrol atakowały przeważające siły
wroga, żołnierze podejmowali walkę, mimo że instynkt nakazywał natychmiast
uciekać.
Rannych żołnierzy patrolu nigdy nie pozostawiano. Było to nie do pomyślenia.
Przyjęto jednak zasadę, że jeśli chodzi o ewakuację patrolu, czy
odbicie ciał poległych, żołnierze nie ryzykują życiem i bezpieczeństwem
więcej niż jest to konieczne. Główną zasadą postępowania było przede wszystkim
najlepsze wykonanie postawionego zadania i w drugiej kolejności wyjście
z tego cało.
Dowódca zawsze starał się przewidzieć działania przeciwnika. Zawsze też
starał się dopasować sposób działania patrolu stosownie do zaistniałych
okoliczności. Ustalał miejsce spotkania na wypadek, gdyby patrol musiał
się rozdzielić. Chodziło o to, aby mieć zawsze opracowany scenariusz, który
precyzyjnie trzeba było zrealizować i żeby to nieprzyjaciel musiał improwizować.
PORUSZANIE SIĘ
W
ciągu dnia patrol przemieszczał się o około 500 metrów. Jest to mniej więcej
50 metrów na godzinę, czyli jeden krok na minutę. W ciągu tej minuty
żołnierz patrolu musiał bardzo uważnie rozglądać się na boki nie wykonując
żadnych gwałtownych ruchów i powinien kontrolować teren przed sobą, tak
aby wykryć wszelkie oznaki obecności przeciwnika. Broń powinna być skierowana
zawsze w kierunku, z którego atak przeciwnika był najbardziej prawdopodobny.
Miejsce, gdzie żołnierz miał postawić stopę należało wpierw dokładnie obejrzeć.
Należało się też co chwila zatrzymywać, słuchać i wąchać. Zwisające pnącza
należało ostrożnie odsuwać na bok lewą ręką, a puszczało się je dopiero
po ich minięciu, tak aby nie zaplątały się o szelki oporządzenia lub plecak.
Przed postawieniem kolejnego kroku najpierw należało czubkiem buta zbadać
grunt i dopiero przenieść ciężar ciała na tę nogę. Wszystkie te czynności
wykonywano krok po kroku, godzina po godzinie. Zachowanie ciszy było
absolutnie bezwzględne!
Kamuflaż
nie był specjalnie skomplikowany, ale doskonale sprawdzał się w działaniu.
Tuż przed wyruszeniem na patrol maskowano elementy munduru i wyposażenia
za pomocą roślinności. Następnie kolega z patrolu czarną farbą w sprayu
malował czarne smugi na mundurze i wyposażeniu, które powodowały rozmycie
się ostrych konturów i krawędzi. Dawało to bardzo dobre rezultaty w dżungli.
Na twarze nakładano specjalną farbę/szminkę maskującą. Co godzinę, na każdym
możliwym postoju patrolu, poprawiano maskowanie twarzy oraz maskowanie
całego żołnierza. Zdarzało się, że żołnierze SOG o jasnych włosach farbowali
je na czarno.
KOMUNIKOWANIE
SIĘ
W czasie pięciodniowego patrolu na jakie wyruszali żołnierze SOG porozumiewano
się niemal wyłącznie szeptem. Większość sygnałów przekazywano przy
pomocy rąk i dłoni, przez wyraz twarzy, ruch ciała. Takie sygnały jak kiwnięcie
głową, cmoknięcie, wzruszenie ramionami, wskazanie głową kierunku, specyficzne
spojrzenie, czy nawet uśmiech były czytelnymi dla żołnierzy patrolu rozkazami,
sygnałami czy komunikatami. Stosowano też równoczesne połączenie kilku
takich elementów np. ruch głową, wyraz twarzy, obrót części ciała, etc.
Dużą rolę ogrywał instynkt. W normalnym świecie ludzka intuicja jest ignorowana
na rzecz rozumu i rozsądku. W SOG było inaczej. Jeśli któryś z żołnierzy
patrolu miał poczucie niebezpieczeństwa, czy niepewności - nie lekceważono
tego. Traktowano to jako istniejące w podświadomości ostrzeżenie, które
niemal zawsze się sprawdzało. Żołnierzowi przebywającemu jakiś czas w takich
warunkach wyostrzały się po prostu pierwotne instynkty, które w cywilizowanym
świecie nie mają racji bytu.
SOG
nauczył się dowierzać własnemu instynktowi.
LIKWIDACJA ŚLADÓW
Od chwili wylądowania patrol dokonywał tzw. "sterylizacji", czyli bardzo
dokładnie zacierał i likwidował własne ślady. Dowódca patrolu doskonale
zdawał sobie sprawę, że od momentu wylądowania Wietnamczycy będą szukali
wszelkich śladów i tropów pozostawionych przez patrol. Dokładnej "sterylizacji"
pilnował zastępca dowódcy patrolu. Zbierano wszelkie pozostałości patrolu,
poprawiano wygniecioną roślinność i zacierano ślady butów. Jak tragicznie
może się skończyć niedbałość i lekceważenie zasad bezpieczeństwa świadczy
przykład dwóch patroli, które zostały wytropione i zlikwidowane dzięki
pozostawionym przez żołnierzy SOG papierkom po cukierkach i niedopałkom
papierosów.
Oprócz "sterylizacji" tworzono także fałszywe ślady oraz często zmieniano
kierunek marszu. Nie zawsze jednak pomagało to w zmyleniu doświadczonych
tropicieli. Dlatego patrole SOG stosowały taktykę "haczyka" (buttonhooking).
Polegała ona na wykonaniu dużego koła i powrocie w to samo miejsce, aby
stwierdzić, czy za patrolem nie podąża nieprzyjaciel. Dodatkowo wykorzystywano
też czasami miny typu M-14 Toe Popper.
Mina M-14 miała średnicę puszki z wodą sodową i około jej 1/3 wysokości
oraz masę około 100 gramów. Była zaprojektowana tak, aby powodować rany
jednej stopy.
Stosowano też zasadzki na tropicieli używając broni z tłumikami.
Znacznie gorzej szło z zespołami tropicieli wykorzystującymi psy tropiące.
Aby je zmylić używano różnych substancji, które rozsypywano/ rozpylano
na własnych śladach. Wykorzystywano m.in. pieprz i gaz łzawiący CS.
By zmylić tropicieli SOG używał butów o podeszwach w kształcie ludzkiej
stopy, podeszwach z kawałkami opony (upodobnić to miało ślady do "sandałów
Ho Chi Minha"), czy też butów z podeszwami używanymi w armii północnowietnamskiej.
Dla wprowadzenia zamieszania oraz by zwiększyć szanse w przypadku niespodziewanego
kontaktu z nieprzyjacielem, niektóre patrole SOG stosowały elementy umundurowania
żołnierzy północnowietnamskich (mundury, oporządzenie, hełmy, a także AK-47).
Niektóre patrole całkowicie przebierały się za żołnierzy północnowietnamskich.
Dawało to chwilę czasu, kiedy to przeciwnik musiał ustalić z kim ma rzeczywiście
do czynienia. Patrole SOG spotykały się również z zespołami tropiącymi
armii północnowietnamskiej, które były za to całkowicie ubrane jak amerykański
oddział!
BROŃ
Dowódca patrolu oprócz umundurowania, decydował o rodzaju zabieranego na
patrol uzbrojenia i wyposażenia. Najczęściej odbywało się to w ten sposób,
że dowódca szedł do magazynu i pobierał taką broń, jaka mogła być przydatna
w wykonaniu patrolu. Patrole zazwyczaj gromadziły też własne małe arsenały
broni. Na jednego żołnierza patrolu przypadało zwykle trzy sztuki różnej
broni. Bywało też i tak, że liczba ta sięgała nawet dwunastu sztuk. Arsenał
grupy zawierał m.in. karabiny maszynowe i granatniki.
Charakterystycznym dla SOG rodzajem szeroko wykorzystywanej broni był "obrzyn"
powstały ze skrócenia lufy chińskiego km RPD oraz odcięcia dwójnogu. Zmodernizowany
magazynek mieścił 125, zamiast 100 pocisków i był wytłumiony kawałkiem
llinoleum. Była to tak lekka, poręczna i precyzyjna broń, że żołnierze
SOG mówili, że z jej pomocą można wystrzelać na ścianie własne imię.
Niektóre patrole (New York i California) zabierały 2 takie
"obrzyny" RPD, sowieckie granatniki RPG, a czasem także moździeże kal.
60 mm, co zwiększało 4-krotnie siłę ognia patrolu w stosunku do konwencjonalnej
drużyny.
Patrole SOG używały m.in. charakterystyczne dla tej formacji holenderskie
ręczne granaty V-40 o wadze ok. 100 gramów. Z niekonwencjonalnych broni
można wymienić m.in. nunchaku, łuk i rzeźnicki topór (jego ostrze miało
zahipnotyzować
przeciwnika, jak mówił jego właściciel, dowódca Ed Wolfcoff)...
W karabinach maszynowych M-60 składanych z wybrakowanych i zużytych części,
SOG zastępował kolbę uchwytem typu pistoletowego, a zamiast szyny podajnika
montowano uchwyt z puszki z racji żywnościowych. Zastosowanie mocniejszej
sprężyny powrotnej umożliwiało łączenie 70 taśm z nabojami, co dawało około
7000 pocisków i bardzo efektywny środek walki.
To
właśnie w SOG powstał znany i rewolucyjny wynalazek jakim był zestaw
McGuire'a umożliwiający ewakuację patrolu z zagrożonego rejonu. Był
to zestaw, w skład którego wchodziła lina o długości 30 metrów zakończona
dwumetrową pętlą i siedziskiem pokrytym brezentem. Wkrótce bazując na tym
pomyśle, trzech instruktorów z ośrodka szkolenia 5. Grupy Sił Specjalnych
opracowało zestaw nazwany STABO, od pierwszych liter ich nazwisk.
NOC
Dużą rangę poświęcano zagadnieniu jakim była ochrona patrolu przed wykryciem
i atakiem ze strony nieprzyjaciela w nocy. Armia północnowietnamska szybko
dostrzegła, że patrole SOG rzadko nawiązują łączność radiową w nocy (wykorzystując
sprzęt pelengacyjny Wietnamczycy mogli ustalić pozycję patrolu z dokładnością
do 200 metrów). Patrol starał się wyszukiwać miejsce na nocny postój RON
(Rest-Over-Night Position) tam, gdzie było najwięcej cierni i parzących
roślin, najczęściej na zboczu wzgórza, aby masymalnie utrudnić przeciwnikowi
przeszukanie terenu. Patrol starał się zająć jak najmniejszą powierzchnię,
by przeciwnik nie domyślił się, że w małej kępce roślinności znajduje się
patrol. Pod głowę żołnierze podkładali plecak i zasypiali w całym oporządzeniu
z bronią gotową do strzału. Co najwyżej luzowano lub odpinano paski oporządzenia,
ale tak aby móc je jak najszybciej założyć z powrotem.
Przed noclegiem dowódca patrolu wyznaczał sektor ognia poszczególnego żołnierza,
osobiście podchodząc do niego i wskazując mu ręką sektor. Pokazywał też,
gdzie należy rzucać granaty oraz gdzie należy rozmieścić miny Claymore'a.
Według instrukcji i ze względu na bezpieczeństwo armia Stanów Zjednoczonych
nakazywała umieszczać te miny co najmniej w odległości 15 metrów, nawet
tam gdzie istniały rozbudowane pozycje pod względem inżynieryjnym. W SOG
miny Claymore'a rozmieszczano już w odległości niespełna 4 metrów. Było
to spowodowane tym, że w przypadku rozmieszczenia min w większej odległości
nieprzyjaciel mógł je wykryć, obejść, zmienić położenie lub nakierować
na patrol SOG.
Patrol SOG atakowano w nocy tylko wtedy, gdy Wietnamczycy od dłuższego
czasu tropili patrol. Używali do tego specjalnie wyszkolonych żołnierzy
przygotowanych do walki w nocy. Najczęściej Wietnamczycy starali się sprowokować
Amerykanów strzelając na oślep z AK-47.
Zmniejszona czujność w nocy mogła oznaczać śmierć. Należało być cały czas
w półśnie, tak by być gotowym w każdej chwili do działania, wychwytywać
najmniejszy szelest mogący oznaczać podkradanie się wroga pod pozycje patrolu.
Rankiem, o świcie, doprowadzano wszystko do porządku. Żołnierze szybko
jedli posiłek i sprawdzali postawione miny. Potem sprawdzano przez radiostację
łączność z oficerem naprowadzania lotnictwa. Dopiero wtedy rozbrajano miny
i dokonywano "sterylizacji".
WOLF
Opracowano
m.in. na podstawie książki, którą niżej polecamy.
Copyright
(C) by GREEN DEVILS LEGION
02/2001
Wszelkie
prawa zastrzeżone
|