Każda szanująca się armia świata posiada siły specjalne. Do tego rodzaju
wojsk można zaliczyć z pewnością oddziały płetwonurków bojowych. Są to
formacje szczególnego rodzaju, o charakterze elitarnym i posiadające niewielkie
stany osobowe. Fakt przynależności do takiej jednostki jest szczególnym
powodem do dumy.
Wyszkolenie
sprawnego komandosa-płetwonurka jest niezwykle kosztownym i długim procesem.
Dlatego też do tego celu nadają się najbardziej żołnierze mający kontakt
z tym sportem już przed przystąpieniem do wojska. Do rzadkości należą przypadki
wyszkolenia dobrego płetwonurka wbrew jego woli. Nurkujący musi być przekonany
do tego co robi. Nauczanie "na siłę" jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Tak
na marginesie, przypomina mi się sytuacja, gdy mój dobry kolega, świetnie
wyszkolony nurek, jeden z najlepszych dżudoków w kraju, wylądował w wojskach
łączności! Panów z komisji poborowej nie interesował patent uprawniający
do nurkowania na całym świecie. Wymagany był kurs płetwonurkowania ukończony
w... LOK. Jakość wyszkolenia płetwonurków zrzeszonych w CMAS w stosunku
do płetwonurków szkolonych na potrzeby wojska przez LOK, ma się tak jak
"volkswagen" do "poloneza". Kumpel
udał "świra", natrzaskał po pysku dowódcę drużyny i tak skończyła się jego
wojskowa kariera. Ta
historia obrazuje poziom płetwonurkowania w nasyzm wojsku. Poza nieliczną
grupą, będących prawdziwymi pasjonatami żołnierzy zawodowych (Formoza)
oraz rzadkimi przypadkami powołania do armii "nurów" z cywila, nie mamy,
niestety, wysoko wykwalifikowanych "podwodnych komandosów". Kiedyś
podobno próbowano szkolić "na bojowo", lecz robiono to tak nieudolnie,
że po większej liczbie wypadków zrezygnowano z tego. Sprzęt, którym dysponowali
nasi żołnierze nie za bardzo nadawał się do tego celu. Na przykład taki
skafander "Foka". Do robót podwodnych na dnie to on się nadaje, ale do
pływania w toni wodnej nie bardzo. Znam to z autopsji, w "Foce" wykonałem
niejedną robotę podwodną. Oczywiście,
dobry pilot to i na drzwiach od stodoły poleci... Czy potraficie wyobrazić
sobie pododdział płetwonurków, w skafandrach, aparatach powietrznych wiszących
co do jednego na drzewach podczas ważnych manewrów? Wiszących, oczywiście,
na zaplątanych w korony drzew spadochronach? Opowiadał mi to zdarzenie
jego naoczny świadek! No cóż... Wzorców
nie trzeba szukać daleko. Tuż za naszą zachodnią granicą jest armia posiadająca
takie oddziały "nurków bojowych", że szkoda mówić (Kampfschimmerkompanie).
Podczas egzaminu wstępnego, decydującego o przyjęciu do takiej jednostki,
trzeba wykazać się m.in. co najmniej 2-minutowym zanurzeniem pod wodę bez
aparatu oddechowego. Po wielu miesiącach szkolenia głównym zaliczeniem
jest maraton z jednej z wysp Morza Północnego do stałego lądu. Okręt podwodny
wysadza przez luk torpedowy naszego delikwenta i zaczyna on płynąć wg wskazań
podręcznej busoli. To nic, że płynie on po szlaku żeglugowym i w każdej
chwili może zostać rozjechany przez jakąś krypę. Niska
temperatura też nie ma żadnego znaczenia. Dopłynięcie do celu jest jego
obowiązkiem. Żeby było fajnie, egzaminowany ciągnie za sobą hermetyczny
zasobnik z bronią, radiostacją, jedzeniem i namiotem! Komandos ma 24 godziny
na zrealizowanie zadania, trasa wynosi około 20 kilometrów w linii prostej.
Tak naprawdę trzeba przepłynąć około 30 kilometrów. Obowiązkowy
jest też nocleg z biwakiem na jednej z wysp! Ciekawy
jest również trening załóg okrętów podwodnych prowadzony przez US Navy.
Ma on na celu przygotowanie marynarzy do opuszczenia zatopionego okrętu.
Odbywa się to w ten sposób, że delikwenta umieszcza się w luku torpedowym.
Następnie zalewa się luk wodą i dopiero otwiera zewnętrzną klapę torpedową.
Siłą rzeczy ten proces zajmuje trochę czasu i jest potwornie stresujący. Marynarz
po wypłynięciu za zewnątrz okrętu płynie na powierzchnię. Jest to bardzo
niebezpieczne, gdyż w płucach wypływającego znajduje się powietrze pod
ciśnieniem - takie, jakie było w luku torpedowym. W miarę wynurzania ciśnienie
zewnętrzne maleje i powietrze w płucach rozpręża się zwiększając swoją
objętość. Jeżeli wypływający nie będzie dokonywał stałego wydechu. dojdzie
do poważnego urazu zwanego urazem ciśnieniowym lub też barotraumą płuc. Polega
to po prostu na rozerwaniu pęcherzyków płucnych. Wyobraźcie sobie, że wynurzacie
się z mrocznej otchłani, brakuje wam powietrza, a wy musicie je jeszcze
wydychać! Najlepsi "wychodzą" w ten sposób z głębokości 60 metrów! Największe
tradycje, jeśli chodzi o oddziały podwodnych komandosów, posiadają Niemcy
(zobacz też: płetwonurkowie
Bundeswehry), Wielka Brytania (SBS)
i Włochy. Tradycje te sięgają II wojny światowej i nikogo nie trzeba tam
przekonywać o celowości posiadania takich wojsk.
Krzysztof Benducki
Copyright (C) Krzysztof
Benducki - Wrocław 1992 All rights reserved Wszelkie prawa zastrzeżone www.greendevils.pl