OPRACOWANO
NA PODSTAWIE NUMERÓW "SUPERKOMANDOSA" Z ROKU 1992.
(NASZ EKSPERT)
SAM WYSZKOLIŁ BRYGADĘ
"Dobry komandos powinien być mistrzem
we wszystkim co robi. Ponieważ jednym z najczęściej stosowanych sposobów
przeniesienia go na pole walki jest skok na spadochronie, także i w tym
musi być świetny. Nauka skakania odbywa się więc także pod okiem prawdziwych
mistrzów. Spadochroniarstwo może też być fascynującą przygodą. Ale żywioł
powietrza bywa groźny i niebezpieczny. Tym bardziej więc adeptowi potrzebny
jest doświadczony nauczyciel, który pomoże mu go oswoić.
Zrobiliśmy to dla Was i postaraliśmy się
o kogoś takiego. Od dziś naszym ekspertem w sprawach skoków spadochronowych
będzie pułkownik Władysław Koźmiński -szef wyszkolenia spadochronowego
we Wrocławskiej Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych. Człowiek,
dla którego skakanie nie ma żadnych tajemnic. Pułkownik Koźmiński pierwszy
raz skoczył 10 października 1962 roku. Był wtedy uczniem liceum na rok
przed maturą i członkiem sekcji szybowcowej Aeroklubu Częstochowskiego.
Latanie szybowcem jest i dziś jego hobby -skakanie stało się zawodem. Do
matury odskakał jeszcze 39 razy, czyli więcej niż w czasie 2 lat służby
żołnierz jednostki powietrzno-desantowej. Dziś ma ponad 5000 skoków. Po
maturze wstąpił do wrocławskiego "Zmechu". Tu uzyskał oficerskie gwiazdki.
Przez rok odbywał praktykę w jednostce liniowej, czyli w "zielonym garnizonie",
ale wrócił, bo bardzo był potrzebny jako instruktor spadochronowy. Jeszcze
kiedy był podchorążym (rok 1964) wprowadzono obowiązkowe szkolenie spadochroniarskie
dla wszystkich słuchaczy tej najlepszej uczelni wojskowej w Polsce. Przydzielono
go do skakania ze słuchaczami trzeciego roku, bo umiał znacznie więcej
niż oni. Jednocześnie zaczęła się rozwijać jego kariera sportowa. W 1965
w WKS "Śląsk" powstrała sekcja spadochronowa, w której pierwszymi zawodnikami
byli podchorążowie ze "Zmechu". Jako zawodnik startował do 1988 roku. Uczestniczył
w zawodach organizowanych w wojsku, mistrzostwach Polski, konkurencjach
w obsadzie międzynarodowej i mistrzostwach świata. Przez 8 lat z rzędu,
od 1968 roku, jego sekcja zajmowała pierwsze miejsce w mistrzostwach WP.
Indywidualnie płk Koźmiński nie schodził nigdy poniżej II miejsca. Drużyna,
którą prowadził, była szczególnie mocna w typowo wojskowej konkurencji
-wieloboju desantowym. Skok na celność lądowania, bieg na 5 kilometrów
przerywany strzelaniem i rzutem granatem oraz urozmaicony atrakcjami w
rodzaju noszenia rannego i pokonywania przeszkód terenowych. Wszystko,
oczywiście, z pełnym bojowym wyposażeniem spadochroniarza. Indywidualnie
płk Koźmiński był pięciokrotnie uznany za najlepszego. Drużyna zgarniała
też medale w wieloboju na słynnych niegdyś Spartakiadach Armii Zaprzyjaźnionych
i okazywała się najlepsza w wojskach Układu Warszawskiego. Jak chcieli,
bili uznawanych za supermenów nie do zdarcia, żołnierzy Armii Czerwonej.
Poza tym nasz ekspert startował w klasycznych spadochroniarskich zawodach,
gdzie ocenia się celność lądowania i akrobacje w powietrzu. Od 1966 roku
podczas udziału w "cywilnych" mistrzostwach Polski został zakwalifikowany
do kadry narodowej. Gdy skakał, minęło ledwie 40 dni od zdjęcia gipsu ze
złamanej nogi. Zdobywając puchar Głównego Inspektora Szkolenia -znowu pierwsze
miejsce w wieloboju desantowym (rok 1970) - miał złamaną rękę. Trudno mu
było utrzymać broń.
Najwyższym osiągnięciem pułkownika i jego
zespołu był udział w mistrzostwach świata w akrobacji zespołowej. Minimalnej
ilości punktów zabrakło do brązowego medalu. Pułkownik wie o spadochroniarstwie
wszystko, dzięki temu, że wszystkie jego tajniki stara się poznać w praktyce.
Skakał chyba ze wszystkiego, co tylko potrafi unieść się w powietrze. Od
starego dwupłatowca CSS-13 -dwumiejscowego z nie osłoniętą kabiną zaczynając
(chcąc wyskoczyć z czegoś takiego trzeba było wyjść na skrzydło), poprzez
balony, śmigłowce, do ogromnych transportowców z drzwiami wielkimi jak
w stodole. Desantował się w każdej porze roku, w dzień i w nocy, na śnieg,
błoto i do wody. Zdarzyło mu się też wylądować w... ogródku. Przypinał
wszystkie możliwe spadochrony: stare PD-47 (desantowy), wyczynowe i treningowe
produkcji polskiej, czeskiej, niemieckiej, francuskiej, a nawet amerykański
"Para Commander", przeznaczony dla mistrzów. Najwyższy skok wykonał z wysokości
5300 metrów, najniższy z 600. Obliczyliśmy, że przez 28 lat (do 1992 -
przyp. Red.) bycia instruktorem oglądał co najmniej 120 tysięcy skoków,
a wyszkolił ponad 5000 skoczków, czyli tylu, że dałoby się z nich zebrać
brygadę desantową. Widać więc, że ma co opowiadać".